wtorek, 25 września 2012

Prolog.

Nie zależnie od tego czego pragniemy, do jakich celów dążymy czy z jakimi problemami się zmagamy - czas nieubłaganie pędzi do przodu, a z jego biegiem dzieje się coś nieuniknionego. Zmieniamy się. Nie ważne jak bardzo się przed tym bronimy, jak bardzo chcemy temu zapobiec - dorastamy. Nowe doświadczenia oraz przeżycia nieodwracalnie nas zmieniają i tak naprawdę mamy wpływ tylko na to czy przyszłość będzie lepsza, czy gorsza niż teraźniejszość.

poniedziałek, 24 września 2012

Rozdział 1


Lato. Każdemu kojarzy się z czymś przyjemnym. Koniec szkoły. Wakacje. Wolność. Dla mnie ten okres na zawsze pozostanie czasem pełnym bólu, łez, tęsknoty i niezrozumienia. Koszmarem regularnie powracającym, nie dającym o sobie zapomnieć.
W milczeniu spoglądałam przez okno, obserwując latające ptaki, wolno rosnące polne kwiaty i stabilne drzewa. Zacisnęłam zęby próbując powstrzymać napływającą falę palących powieki łez. To wszystko, na co patrzyłam, miało coś co mi odebrano. Wolność. Niezależność. Stabilność. A ja co? Zrujnowano mój na pozór stabilny świat, odebrano wolność wyboru i zamknięto w czterech ścianach.
Poczułam kolejny wstrząs i tym razem uderzyłam głową o dach samochodu.
- Mówiłam, żebyś prowadziła ostrożniej - warknęłam zirytowana i rozżalona nad swoim i tak już beznadziejnym losem.
- Przepraszam, ale tutaj jest pełno dziur, skarbie - powiedziała spokojnym głosem kobieta siedząca obok mnie.
Tak. Właśnie siedziałam w samochodzie obok kobiety, która powinna być moim wsparciem i ostoją w trudnych chwilach. A teraz co? Moja własna matka wywoziła mnie daleko od domu, do szkoły z internatem, za co miałam ochotę po raz kolejny wykrzyczeć jak bardzo jej nienawidzę.
Nie żebym rzadko jej o tym przypominała, co to to nie. Od ponad pół roku nie pozwalałam jej o tym zapomnieć. Dokładnie to od ośmiu miesięcy. Od czasu, gdy mój pozornie bezpieczny i stabilny świat legł w gruzach, bez szans na odbudowanie go na nowo.
Rozwód.
Na to słowo do tej pory krew w żyłach przyspiesza swój bieg, a do oczu napływają mi łzy. Nie jednokrotnie je słyszałam, ale nigdy nie sądziłam, że może ono dotknąć moją rodzinę zadając tyle bólu. Zawsze to było jak odległa bajka, jak wiadomości z drugiego krańca świata, chociaż zdarzały się w naszym mieście jeden za drugim. A jednak. Osiem miesięcy temu sąd orzekł rozwód moich rodziców, bezpowrotnie rozbijając naszą rodzinę.
Nienawidziłam mojej mamy za to że do tego dopuściła, że nie starała się ratować małżeństwa, tylko pozwoliła tacie odejść. Każdego dnia wypominałam jej, że nie była dość dobra, skoro odszedł. Bezapelacyjnie zrujnowała moje życie, więc nie widziałam przeciwwskazań aby zafundować jej to samo.
A teraz jeszcze to.
Z końcem szkoły mama obwieściła mi, jej zdaniem, cudowną wiadomość, iż nowy rok szkolny rozpocznę w San Diego Community College District. I kolejny raz wykrzyczałam jak bardzo jej nienawidzę. Wysłała mnie do szkoły oddalonej o 2788 mil od mojego ukochanego Dover w stanie New Jersey. Oddalonej o 2788 mil od domu, rodziny i przyjaciół.
Nie znałam miejsca.
Nie znałam ludzi.
Czułam się jak jedna z osób objętych zsyłkami na Sybir, o których niegdyś głośno było w Europie.
A teraz jechałam z mamą z lotnika świadoma niemożliwości odwrotu.
- Boisz się? - zagadnęła ponownie kobieta tak bardzo mi obca.
- Nie, sikam szczęściem - odparłam ironicznie, nawet na nią nie spoglądając.
Miałam ochotę otworzyć drzwi i wyskoczyć z pędzącego samochodu. Ogromną ochotę. I pewnie bym to zrobiła gdyby nie obietnica złożona mojej przyjaciółce. Obiecałam, że zadzwonię do niej jak tylko dojadę do szkoły i się rozpakuję. A obietnic nigdy nie łamałam. Nie tak jak moi rodzice, którzy obiecywali przed kilkunastoma latami, że nie opuszczą się aż do śmierci.
Z zamyślenia wyrwała mnie właśnie mijająca tablica, która witała nas w San Diego. Westchnęłam czując napływające łzy, nienawidząc matki jeszcze mocniej za to, że mnie tutaj zostawia. Tak daleko od domu. Tak daleko od wszystkiego co mi znane.
Nie długo później samochód stanął i w końcu przeniosłam wzrok na przednią szybę. Duży, nowoczesny budynek który ukazał się moim oczom wcale nie dodał mi otuchy, wręcz przeciwnie. Już wyobrażałam sobie te snobistyczne dzieciaki, które tutaj uczęszczały. Puste laleczki gadające tylko o tym, który z chłopaków jest najbardziej gorący w szkole i bezmózgich mięśniaków, którzy na nie lecą.
Już miałam otworzyć drzwi, gdy poczułam ciepłą dłoń na swoim udzie. Odruchowo ją strząsnęłam nawet nie patrzeć na mamę, ale nie dawała za wygraną i za każdym razem kładła ją na nowo, zmuszając abym pozostała na swoim miejscu.
 - Co chcesz? - westchnęłam w końcu i oparłam się o siedzenie z wyraźnie naburmuszoną miną.
Lecz mimo to ona nic nie odpowiedziała i z czułym uśmiechem położyła mi na kolanach średnich rozmiarów pakunek. Spojrzałam na nią przelotnie i szybko odwróciłam wzrok czując w oczach łzy. Nie miała pojęcia jak bardzo ranił mnie ten jej pełen miłości i troski uśmiech. Byłam dla niej okropna, a ona nigdy nie odpowiedziała mi tym samym.
Bez słowa wsunęłam pakunek do plecaka i otworzyłam drzwi wysiadając z auta. Zanim zdążyłam wyciągnąć walizki z bagażnika, już wychodziła ku nam drobna blondyneczka z pogodnym uśmiechem. Wiedziałam, że czas się żegnać, ale w sumie było mi już wszystko jedno - przynajmniej to chciałam pokazać. Nie mogłam pokazać niczego innego.
- Ty pewnie jesteś Victoria - powiedziała pogodnym głosem przybyła dziewczyna. - Mam na imię Amy. To ja mam oprowadzić cię po szkole i dzielić z tobą pokój - powiedziała bardzo żywotnie przez co już zaczynałam mieć jej dość, ale tylko westchnęłam spoglądając na nią.
- Miło cię poznać - powiedziałam delikatnie ściskając dłoń dziewczyny i spojrzałam krótko w stronę mamy. - Dasz nam chwilkę?
Dziewczyna energicznie skinęła głową, przez co jej proste, blond włosy sięgające ramion rozpierzchły się w różne strony, czym wywołała lekki uśmiech na mojej twarzy, a następnie, ku mojemu zdziwieniu, wzięła jedną z moich walizek, ciągnąc ją w stronę szkoły.
Gdy Amy zniknęła za drzwiami mama podeszła do mnie wolnym krokiem z delikatnym uśmiechem. Już wyciągała ręce by mnie objąć, gdy zrobiłam krok do tyłu uniemożliwiając jej to. Kobieta westchnęła cicho, lecz mimo tego uśmiechnęła się ciepło.
- Skarbie, poradzisz sobie - powiedziała swoim pełnym ciepła głosem.
- Zabierz mnie stąd - szepnęłam wiedząc, że jest to niemożliwe, ale tak bardzo chciałam wrócić do domu.
- Kochanie, to nowe doświadczenie - ciągnęła próbując mnie przekonać do swojego pomysłu.
- Jak możesz mnie tak tutaj zostawiać? Jestem twoim dzieckiem! - powiedziałam czując upokarzające łzy, którym za wszelką cenę nie chciałam pozwolić popłynąć po policzkach.
- Masz siedemnaście lat, kochanie. To nic wielkiego, na święta znowu będziesz w domu - mówiła nie poddając się.
- Nienawidzę cię - powiedziałam spokojnym głosem, lecz moim ciałem wstrząsnął delikatny dreszcz. Powtarzałam te słowa tak często, że już nawet nie towarzyszył im krzyk.
Mama chyba też się przyzwyczaiła to ich brzmienia, bo tylko uśmiechnęła się delikatnie, tak jakbym powiedziała coś pięknego, co zamieniło moje rozżalenie we wściekłość. Właśnie powiedziałam słowa, które powinny dotknąć ją do żywego, a ona się z tego cieszyła.
- Kocham cię - usłyszałam głośno wypowiedziane słowa, tym znienawidzonym przeze mnie, matczynym głosem.
Następnie już tylko oglądałam jak zgrabna blondynka wsiada do samochodu posyłając mi jeden ze swoich najpiękniejszych uśmiechów. Nie wyglądała wtedy na te niepełne czterdzieści lat. Wyglądała jakby była niewiele starsza ode mnie. Zielone oczy błyszczały, tworząc z uroczym uśmiechem niewinną aurę. Przed rozwodem szukałam u mamy zmarszczek i co najdziwniejsze miałam problem z doliczeniem się do pięciu.
A później wszystko szlag trafił.
Rozwód.
Do oczu ponownie napłynęły mi łzy, które odpędziłam wraz ze znikającym za rogiem samochodem. Akurat w momencie gdy zza zaszklonych drzwi wychodziła do mnie moja nowa współlokatorka. Uśmiechnęłam się do niej delikatnie próbując wyzbyć się wszelkich myśli związanych z mamą i chwyciłam cięższą walizkę.
- To idziemy? - spytałam jeszcze lekko drżącym głosem w nadziei, że dziewczyna tego nie dosłyszała.

* * *

Zanim doszłyśmy do pokoju pokonałyśmy naprawdę spory kawałek drogi.
Mijając zaszklone drzwi szłyśmy długim korytarzem obwieszonymi dyplomami szkoły oraz zdjęciami absolwentów. Następnie skręciłyśmy w inny, wąski przedsionek, a Amy przyłożyła do czytnika jakiś breloczek, po czym drzwi przed nami się rozsunęły ukazując przestronny przedsionek. Miał on beżowe ściany, kanapę oraz kilka foteli skórzanych, a z sufitu zwisał elegancki żyrandol. Drzwi za nami automatycznie się zasunęły, a my podeszłyśmy do jednego z dwojga kolejnych drzwi.
Kolejny czytnik.
Ten sam brelok.
Weszłyśmy w następny korytarz, lecz ten był inny w porównaniu do poprzednich. Ściany były wyłożone futrzastym, szkarłatnym materiałem, a w tle grała muzyka. Aktualnie Saxobeat. Nie weszłyśmy na czarne schody wyłożone krwistoczerwonym dywanem, lecz ruszyłyśmy w głąb ciemnego korytarza. Dziewczyna która szła przede mną, przemieszczała się tanecznym krokiem, widocznie poddając się rytmom muzyki.
- Od dawna tu jesteś? - spytałam gdy doszłyśmy do windy.
- Od miesiąca - powiedziała uśmiechając się do mnie szeroko. - Chciałam się trochę zaklimatyzować. Podziwiam cię, że przyjechałaś tutaj dopiero teraz. Za dwa dni zaczyna się przecież szkoła - ciągnęła patrząc na mnie z nieznikającym, promiennym uśmiechem.
Już miałam jej coś odpowiedzieć, ale nadjechała winda, a wraz z otwierającymi się drzwiami muzyka przybrała na sile, nie dając nam możliwości konwersacji.
Po dojechaniu na trzecie piętro wysiadłyśmy, kierując się korytarzem przed siebie. Zauważyłam wiele par drzwi i każde oblepione innymi zawieszkami. Rozpoczynając od "teren prywatny Roxy.", kończąc na "wchodzisz na własne ryzyko. Zagrożenie gwałtem.". Westchnęłam kręcąc głową z zażenowaniem i stanęłam przed naszymi - na szczęście - czystymi drzwiami.
Kolejny czytnik.
Ten sam brelok.
Dodatkowo dziewczyna wpisała na klawiaturze hasło i popchnęła drzwi, które otworzyły się bez najmniejszego oporu. Weszłam do środka ciągnąc walizkę, lecz kiedy podniosłam wzrok, usta automatycznie rozchyliły mi się z zaskoczenia.
- Robi wrażenie, co? - spytała pogodnie stawiając nowe walizki obok już wcześniej przyniesionej.
 Nie potrafiąc wykrztusić ani jednego słowa tylko skinęłam głową rozglądając się z podziwem. Pokój był skromnie mówiąc... ogromny. Dwa duże, wygodne i eleganckie łóżka stały obok siebie w odległości metra, dzielone dwoma hebanowymi szafkami nocnymi. Przy ścianie stały dwie lustrzane szafy CZTERODRZWIOWE! A równolegle do nich dwa szerokie, również hebanowe, biurka. W rogach stały sporych rozmiarów regały pod kolor pozostałych mebli, a podłogę zdobił miękki, czarny dywan. Ściany miały kolor lawendy, a duże okno dodatkowo rozjaśniało pomieszczenie. Między ścianą, jedną z szaf stała czarna wieża z ogromną stertą płyt. Przy drzwiach wejściowych znajdowały się, po jednym z każdej strony, dwa ciemne, skórzane fotele, które wyglądały na wygodne, wręcz zachęcając by na nich usiąść.
W oszołomieniu, sądząc że lepiej już być nie może, podeszłam do ciemnych drzwi umieszczonych koło biurek. Gdy weszłam do pomieszczenia zaczęłam krzyczeć z radości, przez co Amy zjawiła się obok mnie z szerokim uśmiechem.
Przyglądałam się wannie narożnej z hydromasażem z wręcz uwielbieniem. Mój wzrok później omiótł także kabinę prysznicową z radiem oraz podstawowe wyposażenie każdej łazienki.
Wyszłyśmy z łazienki zanosząc się śmiechem. Kiedy spojrzałam na regały w pokoju, westchnęłam cicho. Te, które zajęła Amy były pełne książek i zeszytów. Moje były puste. Położyłam się na łóżku i z zadowoleniem stwierdziłam, że jest bardzo wygodne. Nawet nie wiem w którym momencie zaczęłam po nim skakać, lecz chwilę później zaczęła to robić moja współlokatorka.
Kiedy już się uspokoiłyśmy, zabrałam się za rozpakowywanie. Sukienki wieszałam w ogromnej szafie, a spodnie układałam na półeczkach, tak samo jak topy i inne nie gniotące się rzeczy. Gdy skończyłam, cofnęłam się kilka kroków, z zadowoleniem podziwiając efekt. Byłam zaskoczona tym jak pięknie się prezentowały moje ubrania.
Następnie wyciągnęłam pakunek z plecaka, wzdychając cicho. Korzystając z tego, że Amy skoczyła po coś do jedzenia, powoli otworzyłam pudełko całkiem rozbita. Gdy zajrzałam do środka, momentalnie do oczu napłynęły mi łzy. Wzięłam do rąk przedmiot, który po chwili delikatnie przytuliłam, następnie odkładając na szafkę nocną.
Przyglądałam się z subtelnym uśmiechem zdjęciu w ramce, pozwalając łzom płynąć po policzkach. To było chyba nasze ostatnie wspólne zdjęcie. Na fotografii widać w parku mnie oraz moich rodziców podczas czegoś, co nazywałam "atakiem dwa jeden". Tata trzymał mi ręce z tyłu, a mama łaskotała od przodu. Tak dobrze pamiętam tamten dzień.
To były moje szesnaste urodziny i rano przed imprezą rodzice zabrali mnie na lody. Spędziliśmy wspólnie poranek, a wracając szczęśliwie z zakupami, zatrzymaliśmy się w parku przy placu zabaw. W spokoju jedliśmy deser, aż nagle tata zaczął odliczać. Wiedziałam co to oznacza więc wepchnęłam sobie resztę wafla do ust i rozpoczęłam ucieczkę. Gdy wypowiedział "trzy", razem z mamą rzucili się w pogoń za mną. Oczywiście tata dopadł mnie pierwszy i zaczął krzyczeć "mam ją! mam ją!".
To była moja ulubiona zabawa z dzieciństwa i jedyna, jaką kontynuowaliśmy, gdy już dorosłam. Zawsze czułam się wtedy tak bardzo beztroska, wolna od wszelkich zmartwień i kłopotów. Mała i bezbronna, mając obok siebie osoby, które oddały by za mnie życie.
Nie raz chciałam aby czas się zatrzymał, by minął ból, a jutro nie musiało nadejść. Lecz on nie słuchał, dalej nieubłaganie pędząc do przodu. A może i słuchał, tylko robił mi na złość. W każdym razie nigdy nie robił tego o co go prosiłam. Niektórzy mówili że czas leczy rany. A mi oczywiście musiał zrobić na złość. Rany pozostały takie same, a może nawet się powiększały, lecz czas tylko przyzwyczajał mnie do bólu, jaki mi zadawały.
Nawet nie zwróciłam uwagi, że otwarcie, głośno płaczę i pewnie nie wiedziałabym o tym przez dłuższy czas, gdyby nie chusteczka, którą Amy przykładała mi pod oczy.
Nawet nie słyszałam jak weszła.
Westchnęłam cicho, z wdzięcznością biorąc od niej jednorazówkę i zaczęłam wycierać nią policzki pełne tuszu, łez i upokorzenia. Gdy skończyłam spojrzałam na małe pudełeczko które dziewczyna trzymała w dłoniach i przeniosłam wzrok na nią w wyrazie szczerego zaciekawienia.
- To dla ciebie - powiedziała podając mi owy przedmiot, który rozpakowałam w mgnieniu oka z dumnym uśmiechem.
W środku znajdował się podłużny, czarny breloczek z różowym logo szkoły. Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej na widok „klucza” do naszego pokoju. Od razu przypięłam go do pęku kluczy, który miałam jeszcze z Dover i wsunęłam je z powrotem do kieszeni jeansów. Już otwierałam usta aby coś powiedzieć, lecz w tym samym momencie rozległa się z mojego telefonu piosenka Beautiful Lie – 30STM.
- Elieen! – wykrzyknęłam radośnie imię przyjaciółki, rzucając się do źródła dźwięku, na co Amy zareagowała głośnym śmiechem.

* * *

Po ponad godzinie skończyłam rozmawiać z przyjaciółką opisując jej wszystko co tutaj jest, co już widziałam, co dostałam oraz co jeszcze mnie czeka. Śmiałam się do rozruchu słuchając jej jęków, że musi chodzić do obskurnej szkoły, a ja trafiłam do raju.
Do raju, za który kolejny raz powiedziałam mamie, że jej nienawidzę.
Westchnęłam opadając na łóżko zżerana przez poczucie winy. Fakt, nienawidziłam mojej matki. Zasłużyła sobie na to w moim uznaniu, ale to nie był powód aby ranić ją za coś tak wspaniałego. Jednak nie potrafiłam podziękować mamie wprost, więc napisałam sms’a do mojej przyjaciółki:
„ Kochanie, pokaż tego sms mojej mamie, dobrze?
Mamo, tutaj jest cudownie. Dziękuję ci za to.”

Nawet w sms’ie nie potrafiłam napisać jej, że ją kocham. Tak, wiem, to smutne, ale prawdziwe.
Nie miałam siły nawet wziąć prysznica. Nadmiar emocji wyprał ze mnie całą energię, więc tylko zakopałam się pod kołdrę słysząc co jakiś czas szmer przewracanych kartek z czytanej przez współlokatorkę książki. Westchnęłam cicho czując się zadziwiająco szczęśliwa z powodu tego, że tu jestem.
Leżąc w łóżku układałam jeszcze plan następnego dnia, przypominając sobie o wszystkim co muszę zrobić. Począwszy od zakupienia podręczników i książek, poprzez zwiedzenie szkoły, a kończąc na wycieczce do dziekanatu na rozmowę w sprawie omówienia roku. Zapowiadał się świetny dzień.
- Dobranoc – szepnęłam zaspanym głosem, wtulona w miękką poduszkę której byłam wdzięczna za to że jest przy mnie.
- Dobranoc – odpowiedziała z uśmiechem blondynka, podnosząc wzrok z nad czytanej książki by obdarować mnie czułym spojrzeniem.
I w tym momencie wiedziałam, że mimo kłótni i awantur jakie nas czekają, będziemy najlepszymi przyjaciółkami i nic, ani nikt nie będzie w stanie nas rozdzielić na dłużej, niż będzie to konieczne.
Usłyszałam początek piosenki Hurricane – 30STM i odrzuciłam połączenie zbyt dobrze wiedząc kto dzwoni.
Taylor.
W końcu musi nauczyć się żyć beze mnie, ponieważ mnie już nie ma w Dover. A nawet jeślibym była, nie wybaczyłabym kolejnej zdrady. Miałam już wystarczająco dużo swoich problemów, by brać sobie kolejny na głowę.
I tak z myślą o przeszłości zasnęłam w końcu, wtulona w nową poduszkę, pod nową kołdrą, z nową koleżanką u boku, rozpoczynając nowe życie.
Bez nadmiaru łez.
Bez zdrad.
Bez Taylora.

niedziela, 23 września 2012

Rozdział 2



Zamrugałam kilkakrotnie czując na swojej twarzy poranne promyki słońca, co mimowolnie wywołało szeroki uśmiech. Wzięłam do ręki telefon z nastawieniem rozpoczęcia wszystkiego od zera. Od podstaw. Albo jeszcze niżej.
Trzy nowe wiadomości.
Sześć nieodebranych połączeń.
Ten sam nadawca.
Taylor.
Skasowałam je nawet nie wnikając w ich treść. Przesłanie jakie zawierały było mi zbyt dobrze znane, a każdy jego gest zbyt przewidywalny.
Ale nie ma już głupiej Vik.
I z takim przeświadczeniem zsunęłam się z łózka podchodząc do szafy po nowe ubranie na nadchodzący dzień. Amy nie było w pokoju, ale na jej miejscu dostrzegłam kartkę, którą przeczytałam z szerokim uśmiechem na ustach.

" Jak znajdziesz chwilę to zadzwoń. Pokręcimy się po mieście, może kogoś poznamy.
Amy. "

Wyciągnęłam z cudownej szafy czarną sukienkę w drobne różyczki, która sięgała nieznacznie za pośladki i zarazem nie grzeszyła dekoltem. Zabrałam z półki również nową paczką brązowych rajstop oraz komplet bielizny i zniknęłam za drzwiami łazienki.
Po zsunięciu z siebie wczorajszej odzieży wsunęłam się do luksusowej kabiny prysznicowej, zasuwając za sobą drzwi. Szybko włączyłam radio i kolorowe światła, czując się niczym gwiazda filmowa. Po napłynięciu ciepłej wody odetchnęłam z rozkoszą. To było to czego w tej chwili najbardziej potrzebowałam.Wzięłam do ręki czekoladowy peeling i z uśmiechem zaczęłam myć nim ciało, czując przy tym przyjemne mrowienie.
Po ponad półgodzinie zakończyłam relaksacyjny prysznic i wysunęłam się z kabiny, biorąc do ręki miękki, czarny ręcznik, po czym zaczęłam wycierać nim dokładnie każdą część mojego ciała. Oczywiście nie obyłoby się bez wcierania różnych kremów i balsamów.
Kolejne półgodziny i byłam już ubrana oraz pomalowana. Z uśmiechem weszłam do pokoju, aby przejrzeć się w jednym z luster, umieszczonych na szafie.
Zakręciłam się dookoła własnej osi z szerokim uśmiechem na ustach i przyjrzałam się swojemu odbiciu w lustrze. Wilgotne włosy spływały kaskadą po plecach ukazując szerokie ramiączka od sukienki, która opinając się na biuście przechodziła w zaokrąglony dekolt. Przesunęłam krwistoczerwonymi paznokciami po idealnie dopasowanym do ciała materiale, wciąż uśmiechając się promiennie. Dopiero od tali delikatnie się rozszerzał dając swobodę poruszania się.
Na górnych powiekach widniały cienkie kreski czarnego eyelinera, dolne zaś drobiły linie wykonane kredką tego samego koloru. Rzęsy były pociągnięte tuszem, przez co wydawały się dłuższe, gęstsze i bardziej wyraziste, zaś wargi pokrywał czekoladowy błyszczyk.
Uśmiechnęłam się do siebie pogodnie i wykonałam jeszcze jeden piruet zakładając czarne kółka. Następnie chwyciłam torebkę i wyszłam z pokoju kierując się ku wyjściu z nowej szkoły.
Czas poznać to miasto - zaśmiałam się w myślach stawiając czoło własnym obawom i słabościom.

* * *

Dzień zapowiadał się na dość słoneczny. Nieznaczna ilość białych obłoczków zdobiła jasnobłękitne niebo, a liście drzew poruszał przyjemny wiatr. Kierując się wskazówkami napotkanych osób, dotarłam w końcu do księgarni.
Z szerokim uśmiechem weszłam do dużego pomieszczenia, witając ekspedienta. Zdziwił mnie jego młody wiek, ponieważ nie wyglądał na więcej niż dwadzieścia lat, ale tylko wzruszyłam ramionami, podchodząc do niego niemalże tanecznym krokiem.
Brązowe oczy chłopaka powitały mnie radośnie współgrając z szerokim uśmiechem pełnych warg. Kosmyki jego dłuższych, kasztanowych włosów pałętały się pozornie bez ładu po policzku nieznajomego, co w sumie nadawało mu całkiem sympatyczny wygląd. Nie szalał opalenizną, ale nie można było też powiedzieć, że był blady. Wyglądał jak przeciętny nastolatek po okresie letnim. Moją uwagę natomiast zwróciła jego koszulka z logo  ukochanego zespołu.
- Też słuchasz Marsów? - spytałam zaskoczona, przy czym uśmiech nawet na chwilę nie schodził mi z twarzy.
Dopiero głośny śmiech chłopaka uświadomił mnie o popełnionym nietakcie. Spojrzałam na niego czując jak policzki pokrywają się rumieńcami, więc ostatecznie spuściłam wzrok na swoje buty udając, że są szalenie interesujące.
- Hej, nie stresuj się tak - powiedział próbując się uspokoić. - Tak, uwielbiam Marsów - dodał po chwili i przyjrzał mi się badawczo. - Ale raczej nie przyszłaś o to zapytać - wyjaśnił i wtedy zrozumiałam jego nagły wybuch śmiechu, rumieniąc się jeszcze bardziej.
 Nie, oczywiście że nie - wydusiłam w końcu i wyciągnęłam z torebki spis książek, który wsunęłam w dłoń chłopaka.
- Studentka - skomentował widząc tytuły książek i uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Widziałam jak co chwilę biegał po sklepie przynosząc nowe podręczniki, tworząc coraz większy stosik. Oparłam się o ścianę patrząc na niego z delikatnym uśmiechem, co chyba zauważył ponieważ odpowiedział tym samym.
Gdy skończył, wrócił za kasę i zaczął nabijać podręczniki, a ja rozpoczęłam poszukiwania portfela. Z każdą chwilą byłam coraz bardziej przerażona, nigdzie go nie dostrzegając, a przecież do małych nie należał. Wysypałam całą zawartość torebki na stolik próbując go znaleźć i nic. Rozpinałam nawet przegródki jedna po drugiej z wielką nadzieją, lecz z każdą następną nawet ona słabła. Otworzyłam ostatnią, czując jak łzy napływają mi do oczu... i odetchnęłam z ulgą znajdując podłużny czarny portfel z króliczkiem i napisem " Together we are very happy".
- Damska torebka - powiedział chłopak z nieskrywanym rozbawieniem w czasie, gdy pakowałam jej zawartość do środka.
Podałam mu odpowiednią ilość pieniędzy i zaczęłam wkładać podręczniki do torebki. Niestety nie wszystkie się zmieściły, więc część musiałam trzymać w ręce. Spojrzałam na chłopaka z życzliwym uśmiechem, kierując się w stronę drzwi.
- Josh - usłyszałam za sobą trochę przyciszony, lecz wciąż rozpoznawalny głos nowo poznanego chłopaka.
- Słucham? - odpowiedziałam nie do końca rozumiejąc o co mu chodzi i zwróciłam się w jego stronę.
- Josh - powtórzył głośniej z promiennym uśmiechem. - Tak mam na imię. Teraz wypada abyś ty mi zdradziła swoje - wyjaśnił przeczesując swoje brązowe włosy palcami.
- Victoria - odparłam czując jak na policzki wychodzą mi nowe rumieńce, delikatniejsze, bardziej dziewczęce, ale jednak zdradzały zawstydzenie.
- Wpadnij od czasu do czasu i pochwal się jak tam na uczelni - powiedział z uśmiechem, na co tylko skinęłam głową wychodząc z księgarni, zarumieniona i z głupim uśmiechem na twarzy, który mógł być odczytany zupełnie inaczej niż powinien.
Gdy tylko wyszłam z cienia rzucanego przez gmach księgarni, uśmiechnęłam się szeroko czując promienie słońca na swoim ciele. Wdychałam zapach natury, jeszcze kwitnących kwiatów, które stały w wazonach po bokach, czekając na kupujących. Z otwieranych restauracji dochodziły też zapachy przyrządzanych dań. Dodatkowo niemalże każda mijająca mnie osoba miała swój własny zapach perfum o przeróżnych stylach.
Rozejrzałam się dookoła przyciskając książki do piersi. Nie sądziłam, że mogę być tak dziecinnie szczęśliwa w miejscu do którego jechałam z taką niechęcią. Zakręciłam się w okół własnej osi, ignorując rozbawione, czy też zaciekawione spojrzenia innych przechodniów, po prostu ciesząc się chwilą. Zaśmiałam się pod nosem, by nie uchodzić za wariatkę, chociaż czułam się dobrze. Po raz pierwszy od dawna.
Rozglądałam się po sklepach i ich ofertach. Wszędzie były obniżki. Uśmiechnęłam się pogodnie domyślając, gdzie pójdę z Amy i przygryzłam wargę aby się ponownie nie roześmiać ze szczęścia, które wręcz rozpierało mnie od środka.
W tak dobrym nastroju wyciągnęłam z torebki telefon i zaczęłam szukać uprzednio zapisanego numeru współlokatorki.
Nagle poczułam tak silne uderzenie, że aż cofnęłam się do tyłu i pewnie bym poleciała gdyby mnie ktoś nie przytrzymał. Zacisnęłam mocniej palce na telefonie, który na szczęście mi nie wypadł z ręki, czego nie można było powiedzieć o książkach.
- Jak chodzisz? - prychnęłam wrzucając telefon do torebki.
- To ty na mnie wpadłaś - usłyszałam naburmuszony męski głos, który dobiegał niemalże od mych stóp.
Zanim zdążyłam spojrzeć w dół, chłopak już stał na nogach podając, a raczej wciskając mi w ręce książki, które zebrał z chodnika.
Był o głowę ode mnie wyższy, a blond włosy wręcz szalały na jego głowie w istnym nieładzie. Ponętnym nieładzie. Nie miał krótkich włosów, wręcz przeciwnie. Gdyby je uczesał, pewnie sięgałyby mu do ucha. Spojrzałam w jego kocio zielone oczy i poczułam jak przeszedł po mnie dreszcz, a serce na chwilę przestało bić. Nie słyszałam nawet co do mnie mówił. Widziałam tylko każdy ruch jego pełnych warg, które zapewne były ciepłe i miękkie.
Dopiero po chwili zmusiłam się do skupienia na sytuacji i chociaż spróbowaniu wychwycenia nawet pojedynczych słów.
- ... primadonną i możesz robić co chcesz? "Patrzcie jestem ładna i wredna, pożądajcie mnie". Nie, ten świat tak nie działa, mała - usłyszałam każde jego słowo, które zawierało w sobie niemalże śmiertelną dawkę jadu.
Kiedy skończył wyminął mnie, a ja nawet nie wiedziałam już czy chcę go zatrzymać. Śnieżnobiała koszula mignęła mi przed oczami i mimowolnie odwróciłam się za nim. Dostrzegłam kontrast między barwą koszuli, a ciemnoniebieskimi jeansami, które podkreślały kształt jego pośladów.
I skarciłam się za to, przybierając postawę buntowniczki.
- A ty to niby lepszy jesteś? Wpadasz na mnie i się wydzierasz, że zachowuję się jak primadonna, chociaż nic o mnie nie wiesz! Jesteś jak te puste mięśniaki, które lecą na wytapetowane niunie z IQ poniżej zera, słonko. Myślisz, że jesteś przystojny i chamski to jesteś obiektem pożądania? Huh, nawet nie wiesz jak bardzo się mylisz - zawołałam za nim próbując włożyć w to tyle wściekłości ile tylko byłam w stanie, choć wiedziałam, że to i tak za mało aby stworzyć odpowiednie pozory.
Widziałam jak się odwraca powoli, lecz tylko się skrzywiłam i ruszyłam w swoją stronę, zostawiając go z domniemaną konsternacją, wywołaną przez nieznajomą mu dziewczynę.

* * *

- Ta jest ładna, prawda? - usłyszałam dźwięczny głos współlokatorki przymierzającej już chyba setną bluzkę.
Fakt, faktem ta bluzka była zdecydowanie ładniejsza od poprzednich. Nie miała żadnych obleśnych napisów, ani przesłodzonych kociaków. Nie była wykończona frędzelkami, ani ponacinana tak, jakby wpadła pod nożyczki małego dziecka. Była schludna, w czarno-białe paski, a materiał idealnie przylegał do zgrabnej figury Amy. Na lewym ramieniu znajdowała się urocza kokardka nadająca całości dziewczęcego wyglądu.
- Tak, ta jest idealna. Możemy już iść? - roześmiałam się patrząc na odbicie dziewczyny w lustrze.
Ja miałam już dawno wybrane ubrania, które zamierzałam kupić. Trzymałam w ręce czarne jeansowe rurki oraz białą tunikę, która była dopasowana aż do bioder, a następnie luźno puszczona. Oczywiście musiała mieć sensowny dekolt. Na wysokości bioder znajdowało się kilka szlufek, przez które przeciągnięty był cienki, złoty pasek. Na tym trzymałam jeszcze szary, luźny sweter oraz kilka prostych bokserek w różnych kolorach.
Gdy dziewczyna w końcu opuściła przymierzalnię byłam rozbawiona faktem, że kupuje dwa razy mniej rzeczy niż ja i dwa razy dłużej je mierzyła.
Po zakupach ruszyłyśmy w stronę pobliskiej pizzerii, a z racji tego iż zupełnie nie znałam miasta, to Amy mnie prowadziła.
- Będzie tam już kilka osób na nas czekało, ale nie martw się, oni są naprawdę mili. Poznasz ich teraz i łatwiej będzie ci później na zajęciach, bo z pewnością będziesz miała coś z każdym z nich.
 Skinęłam delikatnie głową dziewczynie próbując ukryć przerażenie. Tak szczerze to już wolałam wrócić i dokonać większych zakupów niż poznawać kogokolwiek. Oni wszyscy się znali, tylko ja byłam takim dzieckiem-podrzutką, które nikogo nie znało.
Mimo to uśmiechnęłam się do dziewczyny próbując okazać, że jestem zachwycona z powodu jej troski o moje samopoczucie w nowej szkole. Wzięłam kolejny głęboki oddech i pchnęłam drzwi pizzerii, wsuwając się do środka, za wszelką cenę starając się ignorować buchające z środka gorące powietrze.
Amy bez trudno odnalazła swoich znajomych w tłumie innych osób, więc podążyłam za jej śladami w stronę chyba największego stolika w całym lokalu. Zobaczyłam tam cztery dziewczyny i jednego chłopaka, którego widocznie rozbawił widok dwóch kolejnych dziewczyn.
- Hej, a Josha, Eli i Alexa nie ma? - westchnęła Amy, mimo wszystko wciąż pogodnie. - Dobra, nieważne. Ludzie, to jest Victoria. Victoria, to są ludzie - skwitowała z szerokim uśmiechem.
Zaraz po jej słowach wybuchł jeden wielki okrzyk, a w sumie masa przeróżnych śmiechów. Spoglądałam na dziewczyny z delikatnym uśmiechem, a widząc chłopaka siedzącego z brzegu, przypomniałam sobie jego minę i sama również się roześmiałam.
- Dobra, ale teraz już na serio, przedstawcie się - wydusiłam pomiędzy spazmami perlistego śmiechu.
- Astrid - powiedziała jedna z dziewczyn unosząc rękę do góry.
To ona siedziała najbliżej chłopaka . Miała długie, zniszczone blond włosy, które przy odrobinie pielęgnacji by się z pewnością odpłaciły pięknym blaskiem. Za to miodowe oczy wydawały się tryskać radością i szczęściem. Była zgrabna, może nawet zbyt szczupła, wyglądała na kruchą i delikatną.
- Shannon - odezwała się dziewczyna siedząca obok Astrid.
Ona wyglądała o wiele zdrowiej, a jej kasztanowe loki spływały po nagich ramionach dziewczyny. Brązowe tęczówki patrzyły na mnie z pewnym dystansem, lecz nie niechęcią. Po prostu widać było w niej pewną dozę nieufności.
- Marine - przedstawiła się następna dziewczyna.
Miała proste czarne włosy do ramion, trochę zniszczone, ale nie aż tak jak Astrid. Była blada. Wręcz trupio blada, choć pomimo to uśmiechała się pogodnie, jednak z cieniem bezczelności. Już od tamtej chwili czułam, że w tym gronie będzie się dużo działo.
- Elizabeth - powiedziała z pogodnym uśmiechem ostatnia z dziewczyn..
Jej średnie blond włosy, sięgające niewiele za linię ramion były zdrowe i silne. Zielone oczy dziewczyny radośnie błądziły po moim ubraniu, włosach i torbach z zakupami. Miałam wrażenie, że jest dużym, radosnym dzieckiem, a nie już względnie poważną studentką.
- Matthew - odparł jedyny chłopak.
Widziałam w nim coś zagadkowego. Może nawet mrocznego. Pomimo jego szerokiego uśmiechu, czułam, że skrywa coś w sobie. Coś czego nawet ciemnobrązowe włosy, ani zabójczo błękitne oczy nie mogły skryć. Wzięłam głęboki oddech próbując się oprzeć dziwnemu, przyciąganiu które odczuwałam względem niego.
- Victoria - zaśmiałam się unosząc rękę do góry jakbym się zgłaszała i zajęłam już chyba jedyne wolne miejsce, na moje nieszczęście, obok Matta.

* * *

Wróciłyśmy do pokoju sporo po północy, przez co strażnik groził, że nas nie wpuści do środka. Na szczęście po wylewie znacznie wymuszonych łez ulitował się nad nowymi studentkami i otworzył drzwi prosząc o zachowanie ciszy i spokoju.
Zanim doczołgałyśmy się do łóżek, stoczyłyśmy krwawą walką o pierwszeństwo do łazienki, w wyniku czego po całym pokoju swobodnie fruwała masa pierza, wypruta z co najmniej trzech albo czterech poduszek.
W końcu zanosząc się perlistym śmiechem w ponętnych, kobiecych piżamkach (dużych koszulkach i damskich bokserkach) wsunęłyśmy się, każda do swojego łóżka i próbowałyśmy złapać chociaż kilka godzin porządnego, relaksacyjnego snu.
Ostatecznie udało nam się zapaść w tak upragniony sen. Fakt, że po około stu kawałach, ogromnych bólach brzucha oraz wypitej butelce coli, ale w końcu zwyciężyłyśmy i to się liczy, prawda? Zwyciężyłyśmy i zasnęłyśmy.

sobota, 22 września 2012

Rozdział 3 ( dedykowany Dżoszowi ♥ )


Ból.
Krzyknęłam niemalże zdzierając sobie gardło, momentalnie zrywając się z łóżka, jednocześnie czując przy tym niewyobrażalny ból. Miałam wrażenie, jakby ktoś uderzył mnie czymś metalowym w twarz, przy okazji wbijając w czaszkę miliony ostrych igieł.
Rozejrzałam się otumaniona i dostrzegłam tylko przerażoną twarz współlokatorki, która stała nade mną z poduszką w rękach. Poduszką z metalowym zamkiem.
- Bolało - jęknęłam patrząc to na nią, to na narzędzie tortur i opadłam z powrotem na łóżko.
- Przepraszam, ale masz godzinę na wyszykowanie się przed rozpoczęciem roku - oznajmiła z mimo wszystko uroczym uśmiechem.
Pisnęłam i dopiero teraz dojrzałam, że dziewczyna ma na sobie strój galowy. Miała dobrze dopasowaną, białą koszulę, która była zgrabnie wepchnięta w krótką, plisowaną spódniczkę koloru granatu. Jej nogi zdobiły białe rajstopy, a na stopach dostrzegłam piękne, ciemnoniebieskie buty na co najmniej 10-centymetrowym obcasie. Skąpo, ale galowo.
Zerwałam się z łóżka i podbiegłam do szafy z przerażeniem.
Godzina.
Za mało.
Zamknęłam się w łazience rozpaczliwie chcąc spowolnić czas, lecz marnie mi to wychodziło. Właściwie to w ogóle nie wychodziło.
Na szczęście już po czterdziestu minutach wybiegłam z łazienki niemalże gotowa do wyjścia.
Przejrzałam się w lustrze i odetchnęłam z ulgą uznając, że wyglądam odpowiednio. Kobaltowa spódniczka sięgała połowy ud. Nie była mocno dopasowana, można w niej było swobodnie stawiać kroki, lecz mimo to zgrabnie opinała się na pośladkach. Była pozornie połączona hebanowym paskiem z alabastrową koszulą.
Na powiekach widniał modry cień, a ramówka oczu pozostała w czerni. Wsunęłam atramentowe szpilki na rajstopy koloru mleka i chwyciwszy torebkę pod kolor butów wybiegłam z Amy z pokoju.
Zbiegając po schodach mijałyśmy mnóstwo dziewczyn ubranych podobnie do nas. Modliłam się jedynie o to aby sztucznie wystylizowane loki nie zniszczyły się przed rozpoczęciem uroczystości.
Po drodze musiałyśmy się przepychać przez spory tłum, a przy drzwiach zauważyłam pozornie znajomą kasztanową czuprynę. Jednak szybko wyrzuciłam sobie z głowy wczorajsze spotkanie z Joshem i poddałam się fali napływających osób, trzymając mocno rękę Amy, aby przypadkiem jej nie zgubić.
Po kilkunastu minutach, wraz z falą innych studentów, dotarłyśmy do szkolnego amfiteatru. Rozejrzałam się dookoła z uśmiechem, podziwiając nowe miejsca tego obiektu. Porządny amfiteatr, dobrej jakości oświetlenie, szerokie korytarze.
Pokiwałam głową z uznaniem i uśmiechnęłam się delikatnie do współlokatorki. Chciałam jej nawet zwrócić uwagę na napawające podziwem otoczenie, lecz słysząc donośny głos, zamilkłam i zaczęłam wsłuchiwać się w apel.

* * *

Po zakończonym apelu spojrzałam na Amy zaskoczona. Nie spodziewałam się, że nie będzie spotkania dla uczniów pierwszego roku, nie będzie objaśnianych zasad, ani pokazywania szkoły... ale po chwili popukałam się mentalnie po czole. To już nie jest szkoła średnia. Tutaj traktują nas jak dorosłych ludzi i tak też musimy się zachowywać.
Ponownie ruszyłyśmy z tłumem ku wyjściu, a ja byłam dumna, że loki się jeszcze trzymają, co tak naprawdę było nie lada wyzwaniem dla moich włosów. Do tego ani razu się nie potknęłam oraz nic mi się nie przekręciło. Byłam dumna ze swojego wyglądu, że wspiera mnie w tym dniu.
Gdy już udało nam się przepchnąć w stronę drzwi, wręcz wypadłyśmy na zewnątrz. A raczej Amy wypadła, a ja wpadłam. Na kogoś.
Na chłopaka.
Jęknęłam w myślach, przeklinając swoje "szczęście". Drugi chłopak drugiego dnia. Może do końca roku znokautuję wszystkich chłopaków w szkole, a do końca edukacji wszystkich w mieście? Roześmiałam się cicho na tę myśl i uniosłam wzrok na poszkodowanego chłopaka.
Był wysoki, dobrze zbudowany. Jasnobrązowe włosy w artystycznym nieładnie plątały się po jego twarzy i głowie. Zaczęłam się zastanawiać, czy teraz już wszyscy noszą dłuższe włosy, lecz szybko przestałam, patrząc w orzechowe oczy nieznajomego.
- Przepraszam - mruknęłam pod nosem i już chciałam go wyminąć, lecz zatarasował mi przejście swoim ciałem.
- Nic się nie stało - usłyszałam jego głęboki, męski głos.
Zarumieniłam się delikatnie, mając lekko opuszczoną w dół głowę by nie było tego widać, lecz nawet z tym sobie poradził. Delikatnie ujął mnie pod brodę zmuszając bym spojrzała mu w oczy.
- Naprawdę nic się nie stało - powiedział z uroczym uśmiechem, przy czym ponętnie oblizał wargi.
Wzięłam głęboki oddech próbując ukryć zaczerwienienie na policzkach i je w choć najmniejszym stopniu złagodzić, lecz czułam że idzie mi to marnie. Rozchyliłam wargi aby coś powiedzieć i wtedy zza pleców dobiegł mnie inny, bardzo zirytowany głos.
- Chodź Nate - zawołała dziewczyna stojąc przy jednym z drzew w pobliżu budynku.
Pomimo irytacji i zdenerwowania, widniejącego na jej twarzy, była ładna. Czarne, proste włosy były upięte w luźny kucyk, a na twarz był nałożony delikatny makijaż. Miała na sobie dziewczęcą, białą sukienkę, do pasa na guziczki. Nogi zdobiły czarne rajstopy, a na stopach były równie ciemne buty.
Cóż, strój galowy to pojęcie względne, prawda?
- Już idę Soph - odkrzyknął chłopak z rozbawionym uśmiechem.
Usłyszałam jak szepcze mi coś na ucho, ale przez zgiełk panujący na dworze, nie miałam szans tego usłyszeć. Poczułam natomiast jak przesunął opuszkami po moim policzku i już po chwili biegł do nieznajomej mi dziewczyny.
Kiedy wróciłam do Amy zauważyłam pełne podziwu, zaciekawione spojrzenie, ale tylko machnęłam ręką zarumieniona, pokazując, że to nic ważnego.
Zanim dotarłyśmy do kawiarni, rumieńce zdążyły zniknąć z moich policzków. Oczywiście wczoraj poznani znajomi już na nas czekali. Tym razem dostrzegłam dwóch chłopaków i pięć dziewczyn. Próbowałam sobie przypomnieć imiona już znajomych twarzy. Matt. Astrid. Elizabeth. Shannon. Marine. Josh.
Josh?!
- Josh? - spytałam ogromnie zaskoczona jego obecnością.
- Victoria?! - odpowiedział równie zaskoczony, po czym oboje wybuchliśmy śmiechem ignorując zaskoczone twarze pozostałych osób.
Kiedy się uspokoiliśmy, spojrzałam na dziewczynę siedzącą obok bibliotekarza.
Była ładna i do tego bardzo zgrabna. Czekoladowo brązowe włosy nieznajomej nie były ani proste, ani kręcone. Łagodne fale spływały jej po ramionach, otulając całe ciało. Zielone tęczówki co chwilę spoglądały na Josha w sposób, który był zastrzeżony tylko dla jednych relacji.
- Poznaj Eli - powiedział wesoło robiąc mi miejsce koło siebie i już po chwili siedziałam obok, wdzięczna, że to nie Matt. - Moją dziewczynę - dodał po chwili, ale już wiedziałam.
- Elizabeth - powiedziała wspomniana przez chłopaka osoba, uśmiechając się do mnie przyjaźnie, na co odpowiedziałam tym samym.
- Czyli mamy dwie Elizabeth? - spytałam, na co reszta pokiwała głowami. Przyjrzałam się nowo poznanej dziewczynie. - Eli - powiedziałam powoli, wciąż się zastanawiając, po czym przeniosłam wzrok na jej imienniczkę, którą poznałam wcześniej. - A ty dla mnie będziesz Beth - odparłam, po czym rozległy się szmery podziwu, dzięki czemu poczułam się pewniej. Gdy każdy z nas złożył zamówienie, rozległ się szmer rozmów. Każdy z kimś, o czymś. Tylko ja siedziałam oparta o tył kanapy i myślałam o kimś, kto nie dawał mi spokoju. Jego blond włosy niemalże wszędzie i te kocio zielone oczy. Zadrżałam, co niestety nie pozostało niezauważone.
- Zimno ci? - głos Josha wyrwał mnie z zamyślenia.
- Hę? - mruknęłam i dopiero po chwili dotarł do mnie sens słów chłopaka, po czym delikatnie się uśmiechnęłam. - Nie, jest okej.
- Powie mi ktoś, dlaczego znowu Alex sie nie zjawił? - zapytała Amy wyraźnie zirytowana.
- Uszczelka poszła i zalało łazienkę, a nasz heros musiał się wykazać - powiedziała Eli z widocznym rozbawieniem. - No i schrzanił całkiem.
- Tsa... Alex - po owym komentarzu ze strony Beth wszyscy wybuchliśmy nieopanowanym śmiechem.

* * *

Po wypiciu kawy i jeszcze ponad godzinie rozmów, rozeszliśmy się grupkami. Wracając, doszłyśmy z Amy do wniosku, że przydałoby się kupić coś do picia i jedzenia, ponieważ nie zawsze chce się biec przez całą szkołę do bufetu.
W markecie byłam całkowicie nieobecna i zamyślona, co zaczynało denerwować moją współlokatorkę. W sumie każdy by się zdenerwował musząc wszystko powtarzać kilka razy. Mimo to dzielnie dokonałyśmy zakupów, które satysfakcjonowały nas obie i ruszyłyśmy w stronę szkoły.
- Opowiedz o nim - powiedziała dziewczyna patrząc jak znowu odpływam w rozmarzeniu.
- O kim? - spytałam wytrącona z wizji tajemniczego blondyna.
- O tym, który ciągle siedzi w Twojej głowie - zaśmiała się wskakując na murek.
Akurat przechodziłyśmy obok fontanny wolnym krokiem, dzięki czemu mogłam rozejrzeć się dookoła, udając, że są tam tak bardzo pasjonujące rzeczy. Bo przecież nie ma nic ciekawszego od kilku prostych ławek i kostki brukowej. Typowe kosze na śmieci i trochę trawy. To przecież musiało być tak bardzo fascynujące!
- No mów - poprosiła dziewczyna swoim słodkim głosem.
- Przystojny. Blondyn. Zielone oczy. Wysoki. Więcej go pewnie nie spotkam. Zadowolona? - odpowiedziałam z westchnieniem i usiadłam na brzegu fontanny.
Jeszcze raz wyobraziłam sobie owego chłopaka. Biała koszula w komplecie z dopasowanymi jeansami. Jego umięśnione ciało oraz blond kosmyki rozczochrane w ponętnym nieładzie. Pewne siebie, niebezpiecznie kuszące, kocio zielone oczy nawet w wyobrażeniu przyprawiały mnie o szybsze bicie serca.
- Jej, dużo mi o nim powiedziałaś - roześmiała się - A jak sie poznaliście?
- Wpadliśmy na siebie. Dosłownie. Wytrącił mi książki z rąk. Pokrzyczeliśmy i poszedł. - wzruszyłam ramionami odchylając głowę do tyłu.
Za szybko. Jedyne co zdążyłam zrobić to złapać się blondynki siedzącej obok. Zanim się zorientowałam co się dzieje usłyszałam krzyk dziewczyny, przez co sama wydałam podobny dźwięk. A następnie chlupnięcie wody, która wsiąkała w ubrania niczym w gąbkę. Gdy się rozejrzałam, zauważyłam że leżymy w wodzie, niczym jedne z wrzuconych tutaj monet.
Spodziewałam się tego, że Amy zaraz zacznie krzyczeć, lecz nie zrobiła tego. Wręcz przeciwnie. Śmiała się radośnie i chlapała mnie wodą, na co odpowiadałam tym samym. Następnie się przytuliłyśmy i zaczęłyśmy wygłupiać.
Aha, faza się włączyła.
Zaczęłyśmy skakać jak żaby, mocno odbijając się nogami od dna i kumkając pomiędzy spazmami śmiechu. Następnie, gdy dorwałyśmy jakieś gałęzie zaczęłyśmy symulować walkę wręcz z okrzykami wojennymi i nie mniejszą brutalnością. Kiedy już i ta zabawa nam się znudziła zaczęłyśmy udawać syrenki. Niestety w baseniku fontanny było zbyt mało wody byśmy mogły pływać, więc odegrałyśmy sceny duszącej się i umierającej syreny.
Gdy w końcu wyszłyśmy z wody byłyśmy całe przemoczone i roześmiane. Z racji tego, że wciąż miałyśmy na sobie stroje galowe wyglądałyśmy jeszcze śmieszniej, ale jakoś to nas nie obchodziło w tamtym momencie.
Po kilku gonitwach i rozmowach z policją pilnującą porządku, dotarłyśmy do szkoły. Tym razem mina ochroniarza była równie rozbawiona co nasze twarze, więc bez słowa wpuścił nas do środka.
Oczywiście zostawiałyśmy pełno mokrych śladów za sobą i spotkałyśmy się z nieprzyjemnymi komentarzami i spojrzeniami innych studentek, ale wcale się nimi nie przejmowałyśmy. No bo czym? Kilka wrednych lasek przecież nie mogło nas zabić.
Tak myślałam.
Poczułam jak ktoś mocno szarpnął mnie za rękę.
Przypomniałam sobie wszystkie złe chwile, związane z tym gestem, które spotkały mnie w Dover. To jak Taylor szarpał za rękę, chcąc na mnie coś wymusić. Andrew, który okładał pięściami do nieprzytomności. Connora, próbującego na siłę zaciągnąć mnie do łóżka.
Nie pomyślałam o konsekwencjach, to był odruch, którego nie mogłam powstrzymać. Do naszych uszu doszedł głośny odgłos mocnego uderzenia. A następnie zobaczyłam swoją dłoń na policzku innej dziewczyny.
Blada cera nieznajomej z jednej strony pokryta była mocnym rumieńcem, a hebanowe włosy ułożone były z niezwykłą precyzją. Niebieskie oczy wręcz ziały furią i irytacją. Już ją wcześniej widziałam.
Na boisku.
Była z tym miłym i słodkim chłopakiem. A teraz stała przede mną z miną, jakby miała mnie zaraz zabić.
- Nie dość, że kręcisz do mojego faceta, to jeszcze mnie bijesz?! - wybuchła wściekła, popychając mnie do tyłu.
Kręcę do jej faceta? Czyżby mówiła o tym chłopaku z boiska? Przecież ledwo zamieniłam z nim kilka słów i nic więcej.
Nie miałam pojęcia. Widziałam przerażoną minę Amy, gdy uderzyłam plecami o ścianę i syknęłam z bólu, próbując się nie krzywić, by nie dać czarnowłosej satysfakcji.
- Zamienię twoje życie w piekło - warknęła oschle.
Nie widziałam jak wysunęła rękę w moją stronę.
Po chwili niczego już nie widziałam.
Nie słyszałam.
Zemdlałam.

Rozdział 4

Skrzywiłam się czując ogromny ból głowy. Dopiero co się obudziłam, a już odczuwałam skutki wczorajszego dnia.
Spróbowałam odtworzyć to co wydarzyło się kilka godzin wcześniej, lecz wtedy głowa zaczęła jeszcze bardziej pulsować.
Jak mogłam nie zauważyć, że wyciąga do mnie rękę?
Jak mogłam nie przewidzieć tego, że stanie się coś złego?
Próbując przypomnieć sobie tamto zajście przeszedł mnie zimny dreszcz. Zamknęłam oczy i zobaczyłam jak jej smukła dłoń chwyta za moje włosy i mocno uderza głową o ścianę. A następnie tylko ciemność. Pustka.
Mimo wszystko spróbowałam przypomnieć sobie jeszcze sen. Chociaż on był przyjemny. Przygryzłam delikatnie wargę znowu tonąc w marzeniach związanych z cudownym blondynem. Z każdym dniem moje wyobrażenie o nim stawało się coraz bardziej doskonałe. Zwracałam uwagę na inne szczegóły, a może sama je sobie dopowiadałam. Nie ważne. Dla mnie był cudowny właśnie taki, jakim go zapamiętałam i takim jaki śnił mi się co noc.
Blond kosmyki zmierzwione w nieładzie miały różne odcienie, tak jakby długo przebywał na słońcu, lecz często się przemieszczał, przez co niektóre miejsca pojaśniały, a inne nie miały takiej szansy. Na szyi było kilka zaczerwienionych miejsc. Wolałam nie wnikać w to skąd one się tam pojawiły, chciałam uwierzyć, że ma po prostu wrażliwą skórę i się podrapał. Pełne wargi wydawały się miękkie, oferujące znacznie więcej niż było potrzeba.
Wzięłam głęboki oddech z rozmarzonym uśmiechem i starałam się skupić na czymś innym niż marzeniach o kimś, kogo pewnie nigdy więcej nie spotkam. O kimś, kto może mieć każdą dziewczynę. Oraz o kimś, kto zaprzątał moje myśli dzień w dzień.
Spojrzałam na telefon. Do pierwszych zajęć miałam jeszcze ponad godzinę, lecz wiedziałam iż muszę się już zacząć zbierać, aby jakoś wyglądać. Domyślałam się, że mam cienie pod oczami i ogólnie nie wyglądam zbyt zachęcająco. Ale w sumie kto by wyglądał po czymś takim?
Podeszłam do szafy i się załamałam swoim odbiciem. Fakt, przewidywałam że nie będzie świetnie, ale czegoś takiego się nie spodziewałam. Włosy miałam poplątane i w niektórych miejscach posklejane czerwoną mazią. Krew. Tak, miałam rację, pod oczami miałam ciemne plamy, a poza tym byłam bardzo blada.
Wzięłam głęboki oddech i wyciągnęłam z szafy krótkie jeansowe spodenki i luźny, beżowy sweter z podkoszulką oraz czysty komplet bielizny, po czym udałam się prosto do łazienki.
Najwięcej czasu zajęło mi doprowadzenie twarzy do porządku. Podkład, cienie, puder, eyeliner, kredka, szminka, błyszczyk, zalotka, wszystko co tylko mogło zmienić zmizerniały wygląd na coś bardziej atrakcyjnego.
Po powrocie do pokoju uśmiechnęłam się do siebie. Byłam odświeżona po prysznicu, włosy były miękkie, sprężyste oraz co najważniejsze, były bez czerwonych oznak wczorajszego dnia. Nie byłam już blada na twarzy, lecz lekko brązowa. Sweter osłaniał jedno ramię oraz niemalże całe spodenki.
Ponownie uśmiechnęłam się do siebie i wzięłam zeszyty na dzisiejszy dzień. Nie widziałam Amy, lecz byłam przekonana, że pewnie już wyszła, chcąc zjeść pełne śniadanie, na które ja już nie mogłam sobie pozwolić.
Z takim przekonaniem oraz sztucznie przyklejonym uroczym uśmiechem wyszłam z pokoju wsuwając klucz i telefon do kieszeni.


* * *




Dni mijały i powoli zaczynałam się przyzwyczajać do tej szkoły, profesorów oraz innych uczniów.
Poznałam nowe osoby, na przykład na matematyce siedziałam z dziewczyną, która nazywała się Noxanne Joselyn Tynes. Miała piękne blond loki, które spływały po jej ramionach, a na twarzy dziewczyny zawsze gościł sympatyczny uśmiech. Niebieskie oczy były wiecznie roześmiane. Lubiła tak jak ja dziewczęcy, ale stanowczy makijaż. Niemalże od razu przypadłyśmy sobie do gustu i tak już pozostało.
Na angielskim w ławce gościłam chłopaka. Ciemne włosy, o dziwo krótko ścięte. Nie na jeżyka oczywiście, ale tak aby można je było postawić na żel. Oczy miał zawsze wesołe, ciemne, ale radosne. Na lekcji organizacyjnej, profesor przedstawił go jako Nathana Lucasa Roth'a. Nasza pierwsza rozmowa pozornie była dość dziecinna, sama nie wiem skąd taki temat się nam nasunął, ale rozmawialiśmy o kucykach Ponny. Od tamtej pory Nathan był dla mnie Spike'im.
Z Ass siedziałam na pracowni sprzedaży produktów i usług reklamowych.
Z Mattem na marketingu.
Z Beth na technikach biurowych.
Z Eli na ekonomii.
Z Marine na przedsiębiorczości.
Z Shann na cwsp (człowiek w środowisku pracy).
Z Amy na prawie.
Poznawałam nowe osoby, bardziej zbliżałam się z tymi, których już znałam. Wszystko posuwało się do przodu. Dosłownie wszystko.
Prześladowania ze strony Sophie również. Nie było dnia aby nie zaczepiła mnie na korytarzu, nie potrąciła przechodząc, albo nie zostawiła wrednego liściu w drzwiach. Mimo to nie zamierzałam jej ustąpić. Nate zaczepiał mnie na korytarzu i jak już rozmawialiśmy to naprawdę długo. Często się śmialiśmy i wygłupialiśmy, a kilka razy poszliśmy nawet na kawę, co ją jeszcze bardziej denerwowało.
Oczywiście nikt poza Amy nie wiedział o tym, że jestem prześladowana. Przecież to nie jest coś czym powinno się chwalićStarałam się ignorować popychania i liściki w nadziei, że w końcu jej się to znudzi. Lecz nigdy bardziej się nie pomyliłam.
Gdy tylko dostrzegła, że te "lekkie" zaczepki na mnie nie działają, zaczęła robić coś znacznie gorszego. To już nie były zwykłe przepychanki na korytarzu. Teraz to się zamieniło w dosyć silne uderzenia w brzuch i żebra oraz kopnięcia w piszczele. Liściki na drzwiach przekształciły się w obraźliwe tabliczki i "prezenty".
Zużywałam coraz więcej pieniędzy na kosmetyki maskujące siniaki oraz tabletki przeciwbólowe, lecz i tak się nie poddawałam. Nigdy nie dawałam się zastraszać. Lecz z drugiej strony też nikt nigdy nie posunął się tak daleko wobec mnie.
Nie dawałam jej tej satysfakcji i nigdy nie pokazałam jej słabości. Nie zginałam się z bólu i nie płakałam przy niej. Lecz kiedy znajdowałam się w pokoju, nie potrafiłam nad tym zapanować. Musiałam to wyrzucić z siebie, by móc przetrwać następny dzień, bez zbędnego bagażu przykrości i żalu z dnia poprzedniego.
Zawsze starałam się aby nie płakać przy Amy, lecz było to dość trudne i czasem przy niej wyrzucałam wszystko co spotkało mnie danego dnia. Kiedy już to robiłam, to razem płakałyśmy i mówiłyśmy jak bardzo jej nienawidzimy.
To zawsze pomagało.


* * *




Któregoś dnia postanowiłyśmy zaprosić znajomych do siebie i pograć w monopol, albo karty. Zrobić taki przyjemny wieczór, aby odskoczyć od rzeczywistości i niemiłych chwil, o które tak bardzo starała się moja prześladowczyni.
W pokoju było kilka osób. Spike, Matt, Ass, Marine, Beth, Eli, Shann, Nox, Amy i ja. Dziesięć osób w naszym apartamencie spokojnie mogłoby rozkręcić własną imprezę. I taki też mieliśmy zamiar.
Mimo iż planowaliśmy zabawę bez alkoholu, kilka butelek czystej znalazło sposób aby się tutaj dostać. Teraz już każde z nas trzymało w ręce papierowy kubek, z drinkiem w środku. Pozajmowaliśmy różne miejsca, tak aby nikt nie mógł patrzeć nam w karty, ponieważ graliśmy w ulubioną grę. Kent.
W grze biorą udział dwuosobowe drużyny, których gracze mają za zadanie przy pomocy umówionych tajnych znaków przekazywać sobie informacje na temat kart jakie aktualnie posiadają. Znaków tych nie może rozszyfrować oczywiście drużyna przeciwna. Osoby siadają na krzyż - tak żeby każda para była naprzeciwko, a nie obok siebie. Rozdaje się karty po 3, a ten, który je tasował, bierze 4.
Osoba, która ma 4 karty, podaje jedną kartę osobie obok siebie (gracz przeciwnej drużyny) - zgodnie ze wskazówkami zegara. Następnie ta osoba oddaje jedną ze zgromadzonych 4 kart kolejnej osobie - i tak w koło. Celem gry jest, zdobycie "Kenta" - trzech kart tego samego koloru (pik, karo, kier, trefl) lub trzech tych samych figur (dama, walet, król, itp.), np. trzy walety albo trzy karty kier oraz informacja o tym fakcie drugiej osoby w drużynie. Zadaniem drugiego gracza w drużynie, który nie zdążył skolekcjonować "Kenta", jest odpowiednie odczytanie znaku kolegi (np. mrugnięcia oczami swojego partnera siedzącego naprzeciwko) i głośne wypowiedzenie słowa "Kent!". Po takiej informacji gra zostaje przerwana, a druga osoba, która ma posiadać "kenta" pokazuje karty. W przypadku faktycznego zbioru drużyna otrzymuje punkt, w przypadku niezgromadzenia, każda drużyna przeciwna otrzymuje po punkcie. Karty są tasowane i rozdawane od nowa. Jednak by utrudnić rozgrywkę i wprowadzić więcej taktyki do tego wyścigu punktów, drużyna przeciwna równolegle może starać się przechwycić i rozszyfrować tajny znak przeciwników. Jeśli gracz drużyny przeciwnej przypuszczający iż druga para posiada kenta, ma prawo wypowiedzieć szybko słowa "STOP Kent!". Wtedy gra zostaje przerwana, a obie osoby z "podejrzanej" pary zobowiązane są pokazać karty. Jeśli choć jedna z nich była w posiadaniu kenta, para przeciwna otrzymuje punkt. W przypadku nieuzasadnionego użycia słów "STOP Kent!", oskarżona para otrzymuje punkt.
- Dlaczego znowu nie ma Alexa? I gdzie jest Josh? - spytała dla odmiany Shann, podając kartę do Amy.
- On chyba po prostu nie chce poznać naszej Victorii - zaśmiała się Amy, patrząc w karty i tę zbędą podając do Eli. - Ale Josh? To jest zastanawiające. A może oni coś razem ten teges.. ?
- Prze... - zaczęła Eli, w momencie gdy jej przerwałam.
- Kent - zawołałam ze śmiechem i oczywiście trafiłam.
Nasz znak z Amy był wręcz nie wykrywalny i banalny. Chodziło tylko o wypowiedzenie swojego imienia. Kiedy nie miałyśmy kenta, mówiłyśmy do siebie bezosobowo, typu podaj, zrób itp. a podczas znaku, Vik podaj, Amy zrób. Znak wręcz idealny.
- Pfff. Nie, Josh i Alex zostali w pracy, przyjechała dostawa i muszą to wszystko uporządkować - powiedziała Eli z przekąsem, lecz mimo to zaśmiała się po chwili, podając dalej kartę.
- Ich strata - zaśmiałam się upijając kolejny łyk trunku.
Po skończonej grze jeszcze długo rozmawialiśmy. O wszystkim i o niczym. Nox i Spike szybko wkupili się w łaski już wcześniej poznanej mi ekipy i czułam, że stworzymy całość. Na samą tą myśl uśmiechnęłam się promiennie i duszkiem dokończyłam pić.
Koło pierwszej Eli musiała się zbierać, ponieważ jako jedyna mieszkała poza szkołą, w domu z Joshem i Alexem, a jej ukochany już czekał na nią na dole. Ucałowawszy nas w policzki ruszyła do drzwi żwawym krokiem, nie ukazując tego ile wypiła. Przynajmniej nie po stylu w jaki się poruszała, bo poczucie humoru raczej widocznie jej się poprawiło po którymś z kolei kubku, przyrządzonym przez któregoś z chłopaków.
- No więc do jutra kochani - powiedziała otwierając drzwi z szerokim uśmiechem. Nagle jej wzrok utkwił na progu drzwi. Schyliła się, o dziwo zgrabnie i coś podniosła. - Vik, to do ciebie - dodała po chwili podając mi pakunek z zaciekawionym spojrzeniem, lecz mimo to wyszła, świadoma tego iż Josh oczekuje jej na dole.
Podziękowałam jej z wyraźnie wymuszonym uśmiechem, drżąc na samą myśl o tym co może być w środku. Mimo wszystko otworzyłam pudełko i spojrzałam na zawartość oniemiała. Przełknęłam ślinę nie chcąc dać po sobie niczego pokazać, lecz przyjaciele nawet pod wpływem alkoholu widzieli, że coś jest nie tak. Amy podeszła zabierając mi pudełko z rąk, a Spike poprowadził mnie do łóżka, sadzając na nim z troską i delikatnością. Czułam jak przerażenie rozlewa się po moim ciele, zatruwając każdy mięsień paraliżem.
Gdy tylko reszta zobaczyła zawartość kolejnego "prezentu", również oniemieli. W środku było kilka zdjęć. Moich zdjęć. Moich zdjęć gdy spałam, w pozornie bezpiecznym pokoju. Były one nadpalone, a oczy wydrapane. Oprócz zdjęć, w pudełku była jeszcze laleczka voodoo z powbijanymi szpilkami w miejsce serca, a podpisem pod tym było tylko jedno słowo.
Pokuta.


* * *



Kiedy wszyscy się już rozeszli i zostałyśmy z Amy same, wiedziałam co się święci. Po policzkach powoli zaczęły spływać mi łzy, a oddech znacznie przyspieszył. Ciało zaczęło nerwowo drżeć, nie chcąc się uspokoić. Zacisnęłam palce, wbijając paznokcie w dłonie niemalże do krwi, chcąc zmotywować się do opanowania i spokoju.
Lecz było to wręcz niemożliwe.
Amy znalazła się przy mnie niemalże od razu i objęła moje ciało w opiekuńczym geście, kiwając się do przodu i do tyłu jak z małym dzieckiem. Nie byłam przerażona, w ogóle nie przestraszyła mnie ta wiadomość. No dobrze, może trochę się bałam, ale nie samej wiadomości. Bałam się tego, do czego ta dziewczyna jest zdolna i co mnie jeszcze czeka.
Wzięłam głęboki oddech chcąc się za wszelką cenę uspokoić, co tak naprawdę wychodziło mi dosyć marnie, nie chcąc powiedzieć, że fatalnie. Po policzkach wciąż spływały łzy, a oddech był stosunkowo mocno przyśpieszony
- Musisz się stąd wyprowadzić - powiedziała nagle współlokatorka, głaszcząc mnie czule po plecach. - Tu nie jest bezpiecznie. Nie dla ciebie.
- Nie wyniosę się stąd. Wtedy ona wygra i cały mój trud pójdzie na marne - wydusiłam z siebie rozpaczliwie, wtulając jeszcze mocniej w dziewczynę. Lecz już po napięciu jej mięśni czułam, że moje słowa  i tak tutaj niczego nie zmienią.
- Musisz się stąd wynieść - powtórzyła używając siły głosu i tonu, nie tolerującego sprzeciwu.
- Nie bez ciebie - szepnęłam wciąż drżąc.
Poczułam jak jej oddech się spowolnił, a po chwili jej broda zaczęła smyrać czubek mojej głowy. Kiwała głową w zamyśleniu.
- Dobrze, wyprowadzimy się razem - szepnęła zmęczonym głosem.