sobota, 22 września 2012

Rozdział 4

Skrzywiłam się czując ogromny ból głowy. Dopiero co się obudziłam, a już odczuwałam skutki wczorajszego dnia.
Spróbowałam odtworzyć to co wydarzyło się kilka godzin wcześniej, lecz wtedy głowa zaczęła jeszcze bardziej pulsować.
Jak mogłam nie zauważyć, że wyciąga do mnie rękę?
Jak mogłam nie przewidzieć tego, że stanie się coś złego?
Próbując przypomnieć sobie tamto zajście przeszedł mnie zimny dreszcz. Zamknęłam oczy i zobaczyłam jak jej smukła dłoń chwyta za moje włosy i mocno uderza głową o ścianę. A następnie tylko ciemność. Pustka.
Mimo wszystko spróbowałam przypomnieć sobie jeszcze sen. Chociaż on był przyjemny. Przygryzłam delikatnie wargę znowu tonąc w marzeniach związanych z cudownym blondynem. Z każdym dniem moje wyobrażenie o nim stawało się coraz bardziej doskonałe. Zwracałam uwagę na inne szczegóły, a może sama je sobie dopowiadałam. Nie ważne. Dla mnie był cudowny właśnie taki, jakim go zapamiętałam i takim jaki śnił mi się co noc.
Blond kosmyki zmierzwione w nieładzie miały różne odcienie, tak jakby długo przebywał na słońcu, lecz często się przemieszczał, przez co niektóre miejsca pojaśniały, a inne nie miały takiej szansy. Na szyi było kilka zaczerwienionych miejsc. Wolałam nie wnikać w to skąd one się tam pojawiły, chciałam uwierzyć, że ma po prostu wrażliwą skórę i się podrapał. Pełne wargi wydawały się miękkie, oferujące znacznie więcej niż było potrzeba.
Wzięłam głęboki oddech z rozmarzonym uśmiechem i starałam się skupić na czymś innym niż marzeniach o kimś, kogo pewnie nigdy więcej nie spotkam. O kimś, kto może mieć każdą dziewczynę. Oraz o kimś, kto zaprzątał moje myśli dzień w dzień.
Spojrzałam na telefon. Do pierwszych zajęć miałam jeszcze ponad godzinę, lecz wiedziałam iż muszę się już zacząć zbierać, aby jakoś wyglądać. Domyślałam się, że mam cienie pod oczami i ogólnie nie wyglądam zbyt zachęcająco. Ale w sumie kto by wyglądał po czymś takim?
Podeszłam do szafy i się załamałam swoim odbiciem. Fakt, przewidywałam że nie będzie świetnie, ale czegoś takiego się nie spodziewałam. Włosy miałam poplątane i w niektórych miejscach posklejane czerwoną mazią. Krew. Tak, miałam rację, pod oczami miałam ciemne plamy, a poza tym byłam bardzo blada.
Wzięłam głęboki oddech i wyciągnęłam z szafy krótkie jeansowe spodenki i luźny, beżowy sweter z podkoszulką oraz czysty komplet bielizny, po czym udałam się prosto do łazienki.
Najwięcej czasu zajęło mi doprowadzenie twarzy do porządku. Podkład, cienie, puder, eyeliner, kredka, szminka, błyszczyk, zalotka, wszystko co tylko mogło zmienić zmizerniały wygląd na coś bardziej atrakcyjnego.
Po powrocie do pokoju uśmiechnęłam się do siebie. Byłam odświeżona po prysznicu, włosy były miękkie, sprężyste oraz co najważniejsze, były bez czerwonych oznak wczorajszego dnia. Nie byłam już blada na twarzy, lecz lekko brązowa. Sweter osłaniał jedno ramię oraz niemalże całe spodenki.
Ponownie uśmiechnęłam się do siebie i wzięłam zeszyty na dzisiejszy dzień. Nie widziałam Amy, lecz byłam przekonana, że pewnie już wyszła, chcąc zjeść pełne śniadanie, na które ja już nie mogłam sobie pozwolić.
Z takim przekonaniem oraz sztucznie przyklejonym uroczym uśmiechem wyszłam z pokoju wsuwając klucz i telefon do kieszeni.


* * *




Dni mijały i powoli zaczynałam się przyzwyczajać do tej szkoły, profesorów oraz innych uczniów.
Poznałam nowe osoby, na przykład na matematyce siedziałam z dziewczyną, która nazywała się Noxanne Joselyn Tynes. Miała piękne blond loki, które spływały po jej ramionach, a na twarzy dziewczyny zawsze gościł sympatyczny uśmiech. Niebieskie oczy były wiecznie roześmiane. Lubiła tak jak ja dziewczęcy, ale stanowczy makijaż. Niemalże od razu przypadłyśmy sobie do gustu i tak już pozostało.
Na angielskim w ławce gościłam chłopaka. Ciemne włosy, o dziwo krótko ścięte. Nie na jeżyka oczywiście, ale tak aby można je było postawić na żel. Oczy miał zawsze wesołe, ciemne, ale radosne. Na lekcji organizacyjnej, profesor przedstawił go jako Nathana Lucasa Roth'a. Nasza pierwsza rozmowa pozornie była dość dziecinna, sama nie wiem skąd taki temat się nam nasunął, ale rozmawialiśmy o kucykach Ponny. Od tamtej pory Nathan był dla mnie Spike'im.
Z Ass siedziałam na pracowni sprzedaży produktów i usług reklamowych.
Z Mattem na marketingu.
Z Beth na technikach biurowych.
Z Eli na ekonomii.
Z Marine na przedsiębiorczości.
Z Shann na cwsp (człowiek w środowisku pracy).
Z Amy na prawie.
Poznawałam nowe osoby, bardziej zbliżałam się z tymi, których już znałam. Wszystko posuwało się do przodu. Dosłownie wszystko.
Prześladowania ze strony Sophie również. Nie było dnia aby nie zaczepiła mnie na korytarzu, nie potrąciła przechodząc, albo nie zostawiła wrednego liściu w drzwiach. Mimo to nie zamierzałam jej ustąpić. Nate zaczepiał mnie na korytarzu i jak już rozmawialiśmy to naprawdę długo. Często się śmialiśmy i wygłupialiśmy, a kilka razy poszliśmy nawet na kawę, co ją jeszcze bardziej denerwowało.
Oczywiście nikt poza Amy nie wiedział o tym, że jestem prześladowana. Przecież to nie jest coś czym powinno się chwalićStarałam się ignorować popychania i liściki w nadziei, że w końcu jej się to znudzi. Lecz nigdy bardziej się nie pomyliłam.
Gdy tylko dostrzegła, że te "lekkie" zaczepki na mnie nie działają, zaczęła robić coś znacznie gorszego. To już nie były zwykłe przepychanki na korytarzu. Teraz to się zamieniło w dosyć silne uderzenia w brzuch i żebra oraz kopnięcia w piszczele. Liściki na drzwiach przekształciły się w obraźliwe tabliczki i "prezenty".
Zużywałam coraz więcej pieniędzy na kosmetyki maskujące siniaki oraz tabletki przeciwbólowe, lecz i tak się nie poddawałam. Nigdy nie dawałam się zastraszać. Lecz z drugiej strony też nikt nigdy nie posunął się tak daleko wobec mnie.
Nie dawałam jej tej satysfakcji i nigdy nie pokazałam jej słabości. Nie zginałam się z bólu i nie płakałam przy niej. Lecz kiedy znajdowałam się w pokoju, nie potrafiłam nad tym zapanować. Musiałam to wyrzucić z siebie, by móc przetrwać następny dzień, bez zbędnego bagażu przykrości i żalu z dnia poprzedniego.
Zawsze starałam się aby nie płakać przy Amy, lecz było to dość trudne i czasem przy niej wyrzucałam wszystko co spotkało mnie danego dnia. Kiedy już to robiłam, to razem płakałyśmy i mówiłyśmy jak bardzo jej nienawidzimy.
To zawsze pomagało.


* * *




Któregoś dnia postanowiłyśmy zaprosić znajomych do siebie i pograć w monopol, albo karty. Zrobić taki przyjemny wieczór, aby odskoczyć od rzeczywistości i niemiłych chwil, o które tak bardzo starała się moja prześladowczyni.
W pokoju było kilka osób. Spike, Matt, Ass, Marine, Beth, Eli, Shann, Nox, Amy i ja. Dziesięć osób w naszym apartamencie spokojnie mogłoby rozkręcić własną imprezę. I taki też mieliśmy zamiar.
Mimo iż planowaliśmy zabawę bez alkoholu, kilka butelek czystej znalazło sposób aby się tutaj dostać. Teraz już każde z nas trzymało w ręce papierowy kubek, z drinkiem w środku. Pozajmowaliśmy różne miejsca, tak aby nikt nie mógł patrzeć nam w karty, ponieważ graliśmy w ulubioną grę. Kent.
W grze biorą udział dwuosobowe drużyny, których gracze mają za zadanie przy pomocy umówionych tajnych znaków przekazywać sobie informacje na temat kart jakie aktualnie posiadają. Znaków tych nie może rozszyfrować oczywiście drużyna przeciwna. Osoby siadają na krzyż - tak żeby każda para była naprzeciwko, a nie obok siebie. Rozdaje się karty po 3, a ten, który je tasował, bierze 4.
Osoba, która ma 4 karty, podaje jedną kartę osobie obok siebie (gracz przeciwnej drużyny) - zgodnie ze wskazówkami zegara. Następnie ta osoba oddaje jedną ze zgromadzonych 4 kart kolejnej osobie - i tak w koło. Celem gry jest, zdobycie "Kenta" - trzech kart tego samego koloru (pik, karo, kier, trefl) lub trzech tych samych figur (dama, walet, król, itp.), np. trzy walety albo trzy karty kier oraz informacja o tym fakcie drugiej osoby w drużynie. Zadaniem drugiego gracza w drużynie, który nie zdążył skolekcjonować "Kenta", jest odpowiednie odczytanie znaku kolegi (np. mrugnięcia oczami swojego partnera siedzącego naprzeciwko) i głośne wypowiedzenie słowa "Kent!". Po takiej informacji gra zostaje przerwana, a druga osoba, która ma posiadać "kenta" pokazuje karty. W przypadku faktycznego zbioru drużyna otrzymuje punkt, w przypadku niezgromadzenia, każda drużyna przeciwna otrzymuje po punkcie. Karty są tasowane i rozdawane od nowa. Jednak by utrudnić rozgrywkę i wprowadzić więcej taktyki do tego wyścigu punktów, drużyna przeciwna równolegle może starać się przechwycić i rozszyfrować tajny znak przeciwników. Jeśli gracz drużyny przeciwnej przypuszczający iż druga para posiada kenta, ma prawo wypowiedzieć szybko słowa "STOP Kent!". Wtedy gra zostaje przerwana, a obie osoby z "podejrzanej" pary zobowiązane są pokazać karty. Jeśli choć jedna z nich była w posiadaniu kenta, para przeciwna otrzymuje punkt. W przypadku nieuzasadnionego użycia słów "STOP Kent!", oskarżona para otrzymuje punkt.
- Dlaczego znowu nie ma Alexa? I gdzie jest Josh? - spytała dla odmiany Shann, podając kartę do Amy.
- On chyba po prostu nie chce poznać naszej Victorii - zaśmiała się Amy, patrząc w karty i tę zbędą podając do Eli. - Ale Josh? To jest zastanawiające. A może oni coś razem ten teges.. ?
- Prze... - zaczęła Eli, w momencie gdy jej przerwałam.
- Kent - zawołałam ze śmiechem i oczywiście trafiłam.
Nasz znak z Amy był wręcz nie wykrywalny i banalny. Chodziło tylko o wypowiedzenie swojego imienia. Kiedy nie miałyśmy kenta, mówiłyśmy do siebie bezosobowo, typu podaj, zrób itp. a podczas znaku, Vik podaj, Amy zrób. Znak wręcz idealny.
- Pfff. Nie, Josh i Alex zostali w pracy, przyjechała dostawa i muszą to wszystko uporządkować - powiedziała Eli z przekąsem, lecz mimo to zaśmiała się po chwili, podając dalej kartę.
- Ich strata - zaśmiałam się upijając kolejny łyk trunku.
Po skończonej grze jeszcze długo rozmawialiśmy. O wszystkim i o niczym. Nox i Spike szybko wkupili się w łaski już wcześniej poznanej mi ekipy i czułam, że stworzymy całość. Na samą tą myśl uśmiechnęłam się promiennie i duszkiem dokończyłam pić.
Koło pierwszej Eli musiała się zbierać, ponieważ jako jedyna mieszkała poza szkołą, w domu z Joshem i Alexem, a jej ukochany już czekał na nią na dole. Ucałowawszy nas w policzki ruszyła do drzwi żwawym krokiem, nie ukazując tego ile wypiła. Przynajmniej nie po stylu w jaki się poruszała, bo poczucie humoru raczej widocznie jej się poprawiło po którymś z kolei kubku, przyrządzonym przez któregoś z chłopaków.
- No więc do jutra kochani - powiedziała otwierając drzwi z szerokim uśmiechem. Nagle jej wzrok utkwił na progu drzwi. Schyliła się, o dziwo zgrabnie i coś podniosła. - Vik, to do ciebie - dodała po chwili podając mi pakunek z zaciekawionym spojrzeniem, lecz mimo to wyszła, świadoma tego iż Josh oczekuje jej na dole.
Podziękowałam jej z wyraźnie wymuszonym uśmiechem, drżąc na samą myśl o tym co może być w środku. Mimo wszystko otworzyłam pudełko i spojrzałam na zawartość oniemiała. Przełknęłam ślinę nie chcąc dać po sobie niczego pokazać, lecz przyjaciele nawet pod wpływem alkoholu widzieli, że coś jest nie tak. Amy podeszła zabierając mi pudełko z rąk, a Spike poprowadził mnie do łóżka, sadzając na nim z troską i delikatnością. Czułam jak przerażenie rozlewa się po moim ciele, zatruwając każdy mięsień paraliżem.
Gdy tylko reszta zobaczyła zawartość kolejnego "prezentu", również oniemieli. W środku było kilka zdjęć. Moich zdjęć. Moich zdjęć gdy spałam, w pozornie bezpiecznym pokoju. Były one nadpalone, a oczy wydrapane. Oprócz zdjęć, w pudełku była jeszcze laleczka voodoo z powbijanymi szpilkami w miejsce serca, a podpisem pod tym było tylko jedno słowo.
Pokuta.


* * *



Kiedy wszyscy się już rozeszli i zostałyśmy z Amy same, wiedziałam co się święci. Po policzkach powoli zaczęły spływać mi łzy, a oddech znacznie przyspieszył. Ciało zaczęło nerwowo drżeć, nie chcąc się uspokoić. Zacisnęłam palce, wbijając paznokcie w dłonie niemalże do krwi, chcąc zmotywować się do opanowania i spokoju.
Lecz było to wręcz niemożliwe.
Amy znalazła się przy mnie niemalże od razu i objęła moje ciało w opiekuńczym geście, kiwając się do przodu i do tyłu jak z małym dzieckiem. Nie byłam przerażona, w ogóle nie przestraszyła mnie ta wiadomość. No dobrze, może trochę się bałam, ale nie samej wiadomości. Bałam się tego, do czego ta dziewczyna jest zdolna i co mnie jeszcze czeka.
Wzięłam głęboki oddech chcąc się za wszelką cenę uspokoić, co tak naprawdę wychodziło mi dosyć marnie, nie chcąc powiedzieć, że fatalnie. Po policzkach wciąż spływały łzy, a oddech był stosunkowo mocno przyśpieszony
- Musisz się stąd wyprowadzić - powiedziała nagle współlokatorka, głaszcząc mnie czule po plecach. - Tu nie jest bezpiecznie. Nie dla ciebie.
- Nie wyniosę się stąd. Wtedy ona wygra i cały mój trud pójdzie na marne - wydusiłam z siebie rozpaczliwie, wtulając jeszcze mocniej w dziewczynę. Lecz już po napięciu jej mięśni czułam, że moje słowa  i tak tutaj niczego nie zmienią.
- Musisz się stąd wynieść - powtórzyła używając siły głosu i tonu, nie tolerującego sprzeciwu.
- Nie bez ciebie - szepnęłam wciąż drżąc.
Poczułam jak jej oddech się spowolnił, a po chwili jej broda zaczęła smyrać czubek mojej głowy. Kiwała głową w zamyśleniu.
- Dobrze, wyprowadzimy się razem - szepnęła zmęczonym głosem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz