Obudziło mnie dziwne uczucie, że ktoś wbija igiełki w moją głowę. To było tak realne, że aż przerażające, ale cóż. Obudziłam się w końcu i rozejrzałam sennym wzrokiem po pomieszczeniu, w którym aktualnie się znajdowałam.
W sumie to nie było złudzenie. Kiedy oczy przyzwyczaiły się do przerażającej jasności, ujrzałam obok siebie ciemnowłosego chłopaka ze szpilką w ręce.
Jęknęłam stosunkowo dość głośno. Na tyle głośno by zwrócić na siebie uwagę profesor Davies. Na szczęście prowadziła jakiś pozornie ciekawy monolog i nie miała zamiaru go przerywać dla względnie jednego dzieciaka. Czyli w dosłownym tłumaczeniu - Davies gadała sama do siebie coś, czego nikt poza nią nie rozumiał, a praktycznie każdy potakiwał i się uśmiechał, w nadziei, że to co powiedziała nie było pytaniem, na które powinno się zaprzeczyć.
Spojrzałam na chłopaka, który wciąż siedział obok mnie i posłałam mu jedno ze swoich morderczych spojrzeń, mrużąc powieki i zaciskając przy tym wargi w cienką kreskę. Zawarczałam również, tak dla efektu.
- Spike... - mruknęłam i pokręciłam głową układając się w nadziei, że uda mi się zasnąć ponownie i rozmarzyć się, jak zwykle, o nieznajomym blondynie.
Wiem, to było dziwne. Marzyć cały czas o kimś tak bardzo nieosiągalnym i niemożliwym do poznania, ale on był... inny. Pomimo aury gburowatości i irytacji wyczuwałam od niego coś, co przyciągało znacznie mocniej niż magnes. Nieznana siła, która jednocześnie zbliża i oddala, jak magnesy o tych samych biegunach, na siłę przybliżane do siebie.
Czułam, że znowu dałam się ponieść wyobraźni i marzeniom, ponieważ nie wiedziałam o czym przyjaciel do mnie mówi. Widziałam, że porusza wargami, lecz żaden dźwięk do mnie nie docierał. Czułam natomiast perfumy nieznajomego blondyna, które ponownie przywołały przyjemne myśli o chłopaku ...
- Vik! - pisnął szeptem ciemnowłosy chłopak, sprowadzając mnie jednocześnie na ziemię.
Spojrzałam na niego jeszcze zamglonym spojrzeniem, ale wiedziałam już, że muszę się skupić na istniejącej rzeczywistości. Mimo wszystko się rozejrzałam czując znajomy zapach, lecz nie dostrzegłam jego nosiciela. Pewnie mi się uroiło.
Westchnęłam i zabrałam zeszyt Nathana, zaczynając przepisywać braki z lekcji.
* * *
Po szkole chciałam odrobiny samotności, więc udałam się do pobliskiej kawiarni. Zamówiłam frappe z szarlotką do tego, po czym zajęłam miejsce w rogu lokalu, chcąc jak najbardziej schować się przed całym światem zewnętrznym. Robiłam to dosyć rzadko, lecz każdy z nas potrzebuje chwili spokoju, od czasu do czasu. U mnie ta chwila nadeszła właśnie w tamtym momencie.
Fakt, nigdy nie miałam łatwego życia, ale to co tutaj się działo, to delikatna przesada. Prześladowca. Groźby. Włamania. A do tego jeszcze konieczność poszukania nowego mieszkania.
W zamyśleniu pokręciłam głową i zatopiłam łyżeczkę w bitej śmietanie, która spoczywała na wierzchu napoju, przy czym uśmiechnęłam się pod nosem, przypominając chwile spędzone w rodzinnym mieście. Wszystkie kawy wypite z Eśką, w domu czy też w mieście. Wszystkie wygłupy i inne sprawy. Westchnęłam tęsknie i zatopiłam wargi w kawie.
I nagle moją głowę napełniło stado przedziwnych myśli. Same gdybania i przypuszczenia. Domniemanie innej przyszłości poprzez naprawienie przeszłości.
Co by było gdybym nie była tak bardzo wściekła na mamę?
Co by było gdyby Taylor nigdy mnie nie skrzywdził?
Co by było gdyby rodzice rozstali się wcześniej?
Zacisnęłam mocniej palce na szklance z kawą czując, że zaczęłam drżeć. Myślenie o tym ostatnim zawsze doprowadzało mnie wręcz do histerii, zupełnie tak, jakbym za każdym razem zaglądała do pudełka z własną śmiercią.
Po dopiciu kawy podniosłam się z kanapy i wyszłam z lokalu płacąc za skonsumowany posiłek. Otulił mnie chłodny wiatr, zmuszając do poprawienia kremowego szala, pod czerwonym płaszczem. Zima zbliżała się nieubłaganie, przepędzając ciepłą jesień.
Cóż, takie prawa natury.
Z takim nastawieniem wsunęłam dłonie do kieszeni, zanim zdążyły zamarznąć i ruszyłam w stronę szkoły z delikatnym uśmiechem na twarzy.
Jak zawsze mijali mnie różni ludzie i tylko ja wyglądałam jak wyciągnięta z tego obrazka. Nigdzie się nie śpieszyłam, nie miałam miliona spraw na głowie, ani nie żyłam w ciągłym pędzie. Szczerze wątpiłam czy którekolwiek z nich miałoby czas wstąpić do kawiarni na godzinę czy dwie i odciąć się od telefonów, pagerów, tabletów i wszelkiego zmartwienia.
Z rozbawieniem usiadłam na ławce chcąc jeszcze przez chwilę poobserwować ludzi.
Pewna kobieta pędziła przed siebie z kubkiem kawy w jednej ręce, a telefonem w drugiej. Do tego krzyczała coś do taksówkarza, a kiedy dobiegła do ulicy i próbowała otworzyć sobie drzwi dłonią, w której trzymała kubek z napojem. Innym ciekawym okazem był mężczyzna tak zaaferowany jakimiś notatkami w teczce, że przeglądając ich nawet nie zauważył latarni, która przed nim stała. Tak, to zdecydowanie musiało boleć.
Lubiłam tak siadać i patrzeć na innych ludzi. To przypominało mi o tym, jak moje życie w pewnym stopniu jest beztroskie. Ja nie musiałam przejmować się notatkami firmowymi, skokami i spadami akcji giełdowych, pić tonami kawy, aby nie usnąć przy biurku czy też być uzależniona od komunikacji z innymi.
Kiedy już chciałam się podnieść, poczułam czyjeś dłonie na oczach i to jak z delikatnością przyciągają mnie z powrotem do ławki.
- Amy, wiem, że to ty - zaśmiałam się i uniosłam dłonie, chcąc ściągnąć ręce przyjaciółki, lecz wtedy poczułam coś niepokojącego.
Dłonie były za duże jak na moją współlokatorkę. Nie były wystarczająco miękkie i gładkie, te nie były zorane pracą, ale zdecydowanie różniły się od zgrabnych, filigranowych, kobiecych dłoni. Przez chwilę siedziałam w bezruchu, szacując kto to może być. Josh teraz był w pracy, a Spike chyba na zajęciach, Matt natomiast...
- Co tu tak sama siedzisz? - spytał chłopak odejmując dłonie od mojej twarzy.
Kiedy odwróciłam się do niego, odetchnęłam cicho, w pewnym sensie z ulgą. Przynajmniej nie był pedofilem, gwałcicielem, czy żadnym przestępcą.
Chyba.
Brązowa czupryna była delikatnie zmierzwiona pod wpływem chłodnego wiatru, a oczy patrzyły z ciepłem. Pachniał dymem, ale nie papierosowym tylko takim z ogniska, wodą morską i wiatrem. Uśmiechnęłam się pod nosem, ponieważ była to całkiem przyjemna mieszanka.
- Nathan... - szepnęłam siląc się na silny głos, chociaż nie byłam zbyt spokojna. Równie dobrze to mógł być ktoś, kto chciał mnie skrzywdzić.
Pamiętam pierwsze spotkanie z nim. Spotkałam go, a raczej na niego wpadłam, po rozpoczęciu roku szkolnego. Był elegancki, może nawet wręcz dostojny, chociaż to słowo nie pasowało zbytnio do chłopców w tym okresie historycznym. Jednakże było w nim coś... innego.
Kiedy przypominałam sobie pierwsze spotkanie z tym chłopakiem, uderzyła mnie pewna myśl.
- A gdzie twój cerber? - spytałam nawet nie zastanawiając się nad tym, jakie to było nietaktowne.
Jednakże Nate tylko się roześmiał, odchylając głowę do tyłu, tak, że jego jasno kasztanowe włosy, rozsypały się jak wiórki czekoladowe. Śmiech chłopaka był przyjemny i szczery, to było wyczuwalne. Tylko zastanawiało mnie, co go tak bawi, wiedząc, że mówię o jego dziewczynie?
- Vik, Sophie nie chodzi ze mną wszędzie, w każde miejsce. Tym bardziej, jeśli idę aby od niej odpocząć - wydusił w końcu, próbując zapanować nad śmiechem.
- Skoro musisz od niej odpoczywać, to dlaczego z nią jesteś? - spytałam szybko, nie myśląc nad zadanym pytaniem.
Oczywiście, nie chciałam aby to zabrzmiało jak jakiś wybuch zazdrości. Od rozpoczęcia roku spotkaliśmy się kilka razy, pożartowaliśmy i tyle. Między nami nic nie było, nic poza słabą nicią sympatii, zmierzającej powoli ku przyjaźni.
- Nie wiem, chyba ją kocham. Mimo wszystko, mimo tego jaka jest, a jaka powinna być to ją kocham - westchnął wzruszając ramionami. - Wiesz, ona nie zawsze jest zła. Kiedy jesteśmy sami to jest naprawdę słodka, czuła i romantyczna. Jest tak samo wrażliwa jak miliony innych dziewczyn, tylko próbuje to ukryć. Fakt, jest zaborcza, nie mogę temu zaprzeczyć, ale poza tym to jest zabawna i urocza, kiedy się ją bliżej pozna.
Nie mogłam uwierzyć w słowa chłopaka. Patrzyłam na niego z lekko rozchylonymi wargami i rozszerzonymi oczami. Ona miła? Słodka? Czuła? Urocza? ... SOPHIE?! Po tym wszystkim co mnie spotykało z jej strony, nie mogłam ani ja, ani Amy, ani nikt kto o tym by wiedział, powiedzieć, że Soph ma coś z aniołka.
Nie potrafiłam powstrzymać irytacji i frustracji na samą myśl o tej dziewczynie. Dłonie zaczęły mi drżeć, a na policzki wylały się czerwone rumieńce. Potrząsnęłam głową, biorąc przy tym jeden z głębszych oddechów.
- Wiesz o kim ty mówisz?! - wybuchłam po chwili. Oczywiście, wiedziałam, że on zna ją znacznie dłużej, ale to nie znaczyło, że wie o niej wszystko, prawda? - Wiesz jaka ona jest? Jest bezwzględna, dumna, uparta i żądna zemsty. Nie ma w niej niczego z litości. Usiłuje być bezkonkurencyjna i jest frustratką! - powiedziałam siląc się na spokojny ton, mimo iż głos mi drżał.
Widziałam zdziwienie w oczach chłopaka, które mieszało się ze zdumieniem. Nie miałam pojęcia co o mnie teraz myśli i w sumie niewiele mnie to interesowało. Powiedziałam to, co leżało mi na sercu i nie ważne, czy pójdzie jej o tym wygadać, czy nie. Miło się z nim rozmawiało, ale nie ufałam mu w 100%,. Mimo wszystko wciąż nie byliśmy przyjaciółmi.
- Co masz na myśli? Ty jej w ogóle nie znasz... - powiedział spokojnie, przyciszonym głosem, wpatrując się we mnie swoimi czekoladowymi oczami.
- To, że mnie terroryzuje - powiedziałam wstając z ławki - oraz to, że się nie poddam.
* * *
Wracając do szkoły, zerwałam ze słupów kilka ogłoszeń w sprawie mieszkania. Jedne były bliżej, inne dalej, ale większość zapowiadała się dosyć obiecująco. Przestronne pokoje, spora doza prywatności, godne warunki, nie za wielki czynsz. Zachęcały do sprawdzenia.
Gdy weszłam do pokoju, byłam zadowolona z możliwości pozytywnego spoglądania w przyszłość. Ona i Amy w nowym mieszkaniu, bez lęku, bez gróźb i nieproszonych gości. Byłam również zachwycona tym iż nie spotkałam po drodze dziewczyny rodem z koszmarów i rzuciłam się na łóżko.
Kiedy tylko moje ciało upadło na kołdrę, natychmiast krzyknęłam, zrywając się z niej i spojrzałam w dół oszołomiona.
Sapnęłam głośno, bardziej przerażona widokiem niż bólem, a może jego brak był tylko reakcją na szok. Zdjęłam płaszcz i spojrzałam na koszulkę przepełnioną małymi dziurkami, zachodzącymi krwią. Szybko ją ściągnęłam i patrzyłam na brzuch, dygocząc z przerażenia. Skóra była poprzebijana, na szczęście płytko, dzięki grubemu materiałowi płaszcza.
Cudem, zebrawszy dosyć siły, podniosłam się na nogi, oczywiście nie bez drżenia i wrażenia, że kolana same się pode mną ugną. Biorąc głęboki oddech odsłoniłam kołdrę, to co pod nią zobaczyłam przyprawiło mnie o mdłości.
Kilka płytek, takich na jakich siadają fakirzy, z długimi igłami, ostro zakończonymi leżało na materacu, przykrytych kołdrą.
Kiedy rzuciłam się na łóżko, widocznie kołdra wbiła się pierwszą warstwą, drugą był płaszcz, a dopiero później skóra. Osunęłam się obok łóżka, dygocząc z nerwów i przerażenia wizją, co by było gdybym nie była tak padnięta.
Gdybym nie miała na sobie płaszcza, igły wbiły by się zdecydowanie głębiej, przebijając narządy wewnętrzne, możliwe iż tak głęboko, że aż śmiertelnie. Na samą myśl, zalały mnie zimne poty, a mdłości przybrały na sile.
Jednakże przerażało mnie coś jeszcze. Ona musiała tu wejść, aby to podłożyć. Miała więc klucz do naszego pokoju, w związku z czym, nie czułam się już bezpiecznie w akademiku. Nie czułam się bezpiecznie w miejscu, do którego ona ma dostęp.
Wstałam na równe nogi i drżącymi palcami wykręciłam numer przyjaciółki, jednocześnie podchodząc do szafy. Zanim dziewczyna odebrała, już wyciągnęłam walizkę i rozłożyłam ją na podłodze, nawet na chwilę nie przestając drżeć.
- Musimy się wyprowadzić. Teraz. - powiedziałam do słuchawki, a głos tak bardzo mi zadrżał, że na sam jego dźwięk, wybuchłam głośnym, spazmatycznym płaczem.
* * *
Gdy Amy tylko znalazła się w pokoju, przyłożyła dłoń do ust, aby nie krzyknąć. Nie miałam pojęcia jak żałośnie musiałam wyglądać. Cały czas drżałam, ale największy szok już zniknął i odczuwałam nieznaczny ból. Spojrzałam na swój brzuch i zaschnięte stróżki krwi, wypływające z nakłuć.
Przyjaciółka szybko obmyła mi rany wodą utlenioną i nałożywszy gazę, obandażowała brzuch i plecy, aby się trzymał, nawet na krzyż, przez ramię, aby mieć pewność, że do ran nie wda się żadne zakażenie. Na szczęście bandaż nie był aż tak mocno zawiązany, więc mogłam brać głębsze oddechy, oddychając przeponą.
Po półgodzinie byłyśmy spakowane i chodziłyśmy po pokoju oraz łazience, sprawdzając czy aby na pewno wszystko mamy. Oczywiście, za każdym obchodem znajdowało się coś nowego. Szczota, pasta, spinka, wstążka, podwiązka, klamra itp. Współlokatorka robiła to bardziej energicznie, próbując się do kogoś usilnie dodzwonić.
W końcu, po wielu próbach usłyszałam, że oddycha z ulgą i mówi coś do telefonu.
- Hej, dalej masz wolny pokój? A mogłabym się wprowadzić na jakiś czas? Super, to będę w przeciągu pół godziny - zawołała i się rozłączyła klaszcząc w dłonie, po czym wróciła do mnie, do pokoju z szerokim uśmiechem. - Mamy gdzie się wynieść.
- Ty masz, ja nie - westchnęłam kręcąc głową.
- Nie dramatyzuj, oczywiście, że zamieszkasz ze mną, nawet jakbyśmy się miały kisić w małej klitce dwa na dwa, to i tak będzie lepiej, jeśli będziemy razem - powiedziała dziewczyna z uroczym uśmiechem i biorąc mnie pod rękę, poprowadziła do walizek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz