sobota, 15 września 2012

Rozdział 11



Jęknęłam głośno, czując silne dłonie Alexa, opierające się akurat o moje plecy. Przylgnęłam go niego mocno, napawając się bliskością. Tą naszą prywatną chwilą.
Jego język niemalże nagląco starał się znaleźć wejście do moich ust. Rozchyliłam wargi z pomrukiem, wychodząc mu na spotkanie.
Nie poczułam tego, że się przemieszczamy, aż do momentu, gdy usiadłam na stole. Otarłam się o niego znacząco, zapominając o wszystkich zasadach jakie sobie wytyczyłam. Jak to mówił Freud? Teraz przejęło nade mną władzę ID.
Ściągnęłam z niego koszulkę, ponownie zsuwając palce w jego miękkie, blond włosy. Alex z każdą chwilą się coraz bardziej pochylał w moim kierunku, całując z zapalczywością, może nawet tęsknotą.
Chciałam aby tęsknił za tym tak bardzo jak ja tęskniłam. Za każdym kawałkiem jego ciała, dotykiem, głosem. Po prostu za nim w stu procentach.
Nie minęło wiele czasu, a moja bokserka wylądowała na podłodze tuż obok jego koszulki.
Zamruczałam z uśmiechem, poddając się pod wpływ tej bliskości. Uczucie jego palców przesuwających się po nagiej skórze, wywołując przyjemny dreszcz.
Wydałam z siebie pełen zadowolenia pomruk, wodząc opuszkami palców po jego umięśnionych ramionach, czując jak się naprężają i rozluźniają przy każdym ruchu chłopaka, co wydobyło ze mnie jeszcze kilka rozkosznych, głębokich pomruków.
Oparłam się na ręce, nie mogąc dłużej utrzymać ciała wtulona w niego, jednakże nawet na chwilę nie przerywając pocałunku. Wsunęłam palce w jego włosy, całując go niemalże łapczywie, z palącym żyły pożądaniem.
Poczułam jak jedna z jego rąk oplata mnie w tali, przyciągając do siebie mocno, a wolną zaczął przesuwać wzdłuż mojego uda.
Wargi chłopaka zaczęły zsuwać się coraz niżej, po brodzie, ciągle schodząc w dół, wywołując u mnie przyjemny pomruk. Przymknęłam powieki rozkoszując się tym doznaniem. Tą chwilą.
I w tej samej chwili moich uszu dobiegł dźwięk otwieranych z impetem drzwi kuchennych.
Oboje niemalże podskoczyliśmy zaskoczeni tym i skierowaliśmy spojrzenia ku źródłu dźwięku.
Zobaczyliśmy wtedy równie zdumioną ciemnowłosą dziewczynę, której zielone oczy niemalże wyskoczyły z wręcz niedowierzania zaistniałej sytuacji.
I tak się na siebie gapiliśmy przez chwilę. Eli, która widocznie wcześniej wróciła, z wielkimi oczami i rozchylonymi wargami, a my niemalże półnadzy, wtuleni w siebie, w niedwuznacznej sytuacji.
Cholera.
- Ja… ja nie chciałam wam przeszkadzać – wydusiła w końcu z siebie dziewczyna, cały czas patrząc na nas oniemiała, po czym powoli na jej wargach zaczął pojawiać się uroczy uśmiech.
Zaczynała rozumieć.
A ja jęknęłam w duchu.
Ostatecznie pisnęła radośnie i zaczęła tupać w miejscu jak dziecko w pełni szczęścia, po czym wybiegła z kuchni w ekspresowym tempie. Po chwili dało się tylko słychać jej krzyk „są razem!”.
Oboje się roześmialiśmy przyjemnie i opadliśmy na stół, wtulając się. Jego wargi jeszcze muskały skórę na mojej szyi, wywołując tym uroczy uśmiech u każdego z nas.
- Nikogo więcej nie ma w domu? – spytałam niepewnie z uśmiechem, spod przymkniętych powiek.
- A bo to wiesz? – odparł z cichym pomrukiem, otulając mnie sobą tak, jakby chciał mnie ukryć.
I dobrze, bo po chwili do środka wpadli wszyscy współlokatorzy.


* * *

Kiedy w końcu zostaliśmy sami, postanowiliśmy wyrwać się z domu. Jak się okazało – za dużo radości to też niezdrowo. Od nadmiaru pisków, śmiechów i rozentuzjazmowanych uśmiechów, zaczynała nas boleć głowa i robić się niedobrze.
Paskudne uczucie.
Spojrzałam w górę, w te cudowne kocio zielone oczy i przygryzłam dolną wargę w nieśmiałym uśmiechu. Czułam, że radosna głupawka doparła w końcu i mnie, a ja nie wiedziałam czy mam się śmiać czy płakać.
Wybrałam to pierwsze.
Splatając z nim palce, zachichotałam uroczo i ponownie podniosłam na niego spojrzenie swoich błękitnych oczu. Uwielbiałam ten odcień zieleni, który był widoczny w jego tęczówkach. Był rzadko spotykany, w pewnym sensie dziki i seksowny.
- Zróbmy jutro imprezę – powiedział w końcu, a ja poczułam jak każda komórka ciała reaguje na jego głęboki, niski pomruk.
- Z okazji? – spytałam przechylając głowę w promiennym uśmiechu, chociaż doskonale znałam odpowiedź na to pytanie.
- Nas – rzucił luźno, jakby to nie było nic wielkiego, bo w sumie może i nie było.
Zapiszczałam radośnie, kiedy złapał mnie w tali i uniósł do góry, kręcąc się w kółko, również zanosząc głośnym śmiechem. Zakochałam się w tym dźwięku. W każdej części jego osoby. Teraz już to wiedziałam.
Kiedy mnie w końcu puścił, znowu splotłam nasze palce, posyłając mu zaczepne uśmieszki i spojrzenia, na co odpowiadał tym samym. Mieczem wojujesz i od miecza giniesz. A niech to!
Stanęłam na palcach, zarzucając ręce na ramiona Alexa i posłałam mu jeden z tych zadziornych uśmieszków, na które reagował jednym, ponętnym, uwodzicielskim uśmiechem, od którego miękły mi kolana. Zdecydowanie to powinno być karalne.
Przysunęłam się aby go pocałować, gdy coś usłyszałam. Zesztywniałam, nasłuchując dźwięków, których nie potrafiłam od razu zweryfikować. I Alex robił to samo.
Zmarszczyłam brwi i wracając na pełne stopy ruszyłam ku źródłu dźwięku, ciągnąc za sobą rękę Alexa. Tsa, teraz byłam odważna, mając za sobą 70 kilo mięśni i zapewne dwa razy więcej hormonów niż do tej pory myślałam, że chłopcy mają.
Wchodząc do parku poczułam przechodzący po plecach dreszcz. Chłopak widocznie też to wyczuł, ponieważ przyciągnął mnie do siebie i dalej szliśmy wtuleni, rozglądając się na boki.
A dźwięk ciągle przybierał na sile. Był piskliwy, jak kwilenie niemowlaka, oraz urywany, jak podczas czkawki albo duszenia. W każdym bądź razie z pewnością nie była to serenada miłosna. No, chyba, że jakiegoś dziwnego zwierzęcia.
Po przejściu kilku alejek, dostrzegłam w cieniu drzewa jakąś postać. Pewnie bym ją przeoczyła, ponieważ znajdywała się pomiędzy dwoma latarniami, lecz to stamtąd dochodził ten dziwny dźwięk, który już potrafiłam zdefiniować.
Płacz.
Spojrzałam znacząco na Alexa, lecz ten tylko mocniej przycisnął mnie do piersi. Jęknęłam cicho i podeszłam z nim jeszcze kilka kroków, po czym się uwolniłam od jego uścisku. Naprawdę nie chciałam aby patrzył na prawdopodobnie gołą, skrzywdzoną dziewczynę. Miał już chyba wystarczająco golizny w życiu, prawda?
I w tym momencie przed oczami znowu stanął mi obraz jego i Sylvi w łóżku…
Odegnałam wściekła to wspomnienie i ruszyłam ku dziewczynie skulonej w cieniu rozłożystego dębu. Przynajmniej sądziłam, że to był dąb. Było ciemno i niewiele widziałam, serio. Nie oceniajcie mnie.
- Nic ci nie jest? – spytałam będąc kilka kroków od dziewczyny. Nie chciałam jej wystraszyć, będąc tuż obok. Mogłoby to być tak samo niebezpieczne zarówno dla niej, jak i dla mnie.
Nie odpowiedziała, jednakże usłyszałam jak coś zaszeleściło. Domyśliłam się, że dziewczyna się skuliła, wprawiając w ruch liście. Podeszłam bliżej i kucnęłam obok. Było zbyt ciemno, abym mogła ją dobrze zobaczyć, lecz już z takiej odległości mogłam co nieco dostrzec.
Dziewczyna miała długie, ciemne włosy – nie byłam pewna czy czarne, czy brązowe, a może po prostu ciemny blond. Łagodne, dziewczęce rysy twarzy i niewielkie, urocze usta.
Westchnęłam smutno i wyciągnęłam rękę, aby ją pogłaskać, lecz ta przed nią uskoczyła w bok. Usiadłam na piętach, przyglądając jej się przez dłuższy czas w milczeniu.
- Jestem Victoria i mieszkam niedaleko. Jest ze mną mój chłopak, Alex.. – zadrżałam mówiąc to słowo. „Chłopak” brzmiało dziwnie nieodpowiednio, a jednocześnie na swoim miejscu. – Nie chcę cię skrzywdzić, chcę ci pomóc. Mogę ci jakoś pomóc? – spytałam spoglądając na dziewczynę. Słyszałam, że do ludzi w szoku trzeba mówić oczywistości i miałam ogromną nadzieję, że to poskutkuje.
Przez dłuższy czas dziewczyna przyglądała mi się w milczeniu, jakby nie zwracając uwagi na nic poza mną. Nie wiedziałam czy mam się bać jakiejś psychopatki, czy współczuć dziewczynce. Jednakże w pobliżu był Alex, cóż mogła mi takiego zrobić?
Dźgnąć w brzuch? – podpowiedziała mi moja urocza podświadomość, posyłając zniesmaczone spojrzenie znad kanciastych okularów.
Fuknęłam w głowie na tę wredną babę, która plątała mi się po głowie i znowu spojrzałam na dziewczynę, która kuliła się przede mną.
Nie wygląda jakby mogła mnie skrzywdzić – nie mogłam się powstrzymać przed ocenieniem dziewczyny i znowu skarciłam za to swoją podświadomość. Ta baba uczy mnie wstrętnych nawyków.
- Chcę do domu – usłyszałam cichutki, stłumiony szept, który był naprawdę ledwo słyszalny.
Spojrzałam ku dziewczynie i powoli skinęłam głową, wstając z kucek. Wyciągnęłam rękę ku dziewczynie, a ta dopiero po chwili niepewnie ją ujęła, pozwalając sobie pomóc wstać.
Po chwili podeszłyśmy do Alexa, fakt, dziewczyna nie była do końca przekonana, jednakże w końcu delikatnie skinęła blondynowi głową, który patrzył na mnie jednocześnie karcąco i czule. Nigdy chyba nie pojmę sprzeczności tego człowieka.
W świetle latarni dostrzegłam, że dziewczyna ma ciemnobrązowe włosy, barwy wręcz mlecznej czekolady, a oczy były niemalże tego samego koloru.
Mimo tego iż była teraz roztrzęsiona, włosy zmierzwione, a źrenice rozszerzone strachem, widać było to, że jest bardzo ładna. Kilka razy przyłapałam się na tym iż posyłałam Alexowi buntownicze spojrzenia, kiedy zbyt długo spoglądał na dziewczynę. To było silniejsze ode mnie.
Przez całą drogę dziewczyna nie odezwała się ani razu. Czasem kiwała głową, a czasem zdawała się wcale nas nie słyszeć. Po prostu prowadziła nas krętymi uliczkami, dzięki którym widocznie czuła się bezpieczniej.
Zauważyłam, że od czasu do czasu rozgląda się nerwowo na boki, jakby czegoś oczekując, a nie dostrzegając tego, ponownie się rozluźniała.
Po kilkunastu minutach doszliśmy do małego, skromnego domku, który miał w sobie jakiś urok. Był parterowy i trochę mniejszy niż ten, w którym mieszkałam obecnie, ale wyglądał naprawdę przytulnie.
Posłałam dziewczynie spokojny, przyjacielski uśmiech i wyciągnęłam z kieszeni szminkę. Wzięłam rękę dziewczyny, przez chwilę spoglądając na jej skonsternowaną minę, po czym zaczęłam kreślić znaki na jej skórze. Kiedy skończyłam podniosłam na nią wzrok z delikatnym uśmiechem.
- To jest mój numer. Gdybyś czegoś potrzebowała, porozmawiać czy coś, daj znać – powiedziałam uśmiechając się przy tym cały czas przyjaźnie i pogłaskałam ją po ramieniu. – Jutro robimy imprezę w domu na rogu, taki biało-szaty z czarnym dachem, nie przeoczysz – odparłam z uśmiechem.
Dziewczyna się uśmiechnęła delikatnie i był to pierwszy uśmiech, który nam podarowała, a ja poczułam, jak serce skacze mi z radości.
- Lana – szepnęła cicho, mrugając szybko, jak nakręcana laleczka. – Mam na imię Lana.


* * *

Po powrocie do domu, przy kolacji, cały czas myślałam o dziewczynie poznanej w parku. Była przerażona, a ja nie miałam pojęcia co robić. Mogłam jedynie zdać się na własne przeczycie i powrócić do dawnych wydarzeń, które na zawsze utkwiły mi w pamięci.

Ciemna noc. Byliśmy na imprezie u przyjaciela, a Taylor zdecydowanie przesadził z alkoholem, pomimo moich próśb, aby kontrolował to ile pije. Nigdy tego nie robił.
A teraz musiałam uciekać.
Nie znosiłam go pijanego. Nie znosiłam niekontrolującego się Taylora, który nie ma żadnych zahamowani. I tego momentu, kiedy włącza się w nim władca stada. Nie raz próbował przy wszystkich udowodnić to, że należę tylko do niego, a jeszcze bardziej go podsycało to, że nigdy ze sobą nie spaliśmy.
Znowu próbował to zrobić przy wszystkich. Stawał się coraz bardziej agresywny z każdą odmową. W końcu zaczęły latać talerze. Wiedziałam, że w końcu znajdzie sobie jakąś łatwą laskę i zaspokoi pożądanie, a rano będzie błagał o wybaczenie – jak zawsze.
A ja jak zawsze naiwnie mu wybaczę.
Pomimo tego ile razy mi naubliżał, upokorzył i uderzył, byłam w nim naiwnie, ślepo i bezgranicznie zakochana. Nawet mimo to, że mnie zdradzał z niemalże każdą dziewczyną, która zakręciła dla niego biodrami. I nie tylko.
Na ostatniej imprezie ciągnął Jake’owi.
Myślałam, że zwymiotuję kiedy to zobaczyłam. A i tak byłam w stanie mu to wybaczyć. I chociaż byłam świadoma tego, jak bardzo toksyczna była to miłość, trwałam w niej, ponieważ nie potrafiłam inaczej.
A teraz ukrywałam się w gąszczu drzew, płacząc niczym dziecko. Pobita, upokorzona i niemalże zgwałcona. I to przez kogoś, kogo tak bardzo kochałam.
Upadłam na kolana, zwracając nadmiar alkoholu i lekką kolację.
Marzyłam o tym, aby ktoś teraz przyszedł, wziął mnie w ramiona i obiecał, że się mną zaopiekuje, że nie będę musiała więcej przez to przechodzić. Nigdy więcej, z nikim innym.
Jednakże tak nie było.
Nikt nie przyszedł.

- Kochanie, co się dzieje? – usłyszałam przy uchu zmartwiony głos Alexa i potrząsnęłam głową próbując odgonić wspomnienia dawnego życia.
Dopóki czułym gestem nie starł łez z moich policzków, nie byłam świadoma tego, że płaczę. Widocznie te wszystkie wspomnienia były jeszcze zbyt świeże. Fakt, nie rozmawiałam z Taylorem od czasów wyprowadzki, lecz mimo to codziennie wydzwaniał po kilka razy i wysyłał sms’y.
- Myślałam o tej dziewczynie z parku – szepnęłam wsuwając sobie do ust widelec z chłodną już zapiekanką mięsną, aby uniknąć tłumaczenia się.
Chłopak widocznie zrozumiał o co chodzi, bo przygarnął mnie ramieniem do siebie w milczeniu i zaczął wodzić kojąco opuszkami palców po moim ramieniu.
Nawet nie wiem w którym momencie usnęłam.

1 komentarz: