piątek, 7 września 2012

Rozdział 17


- Boże, następnym razem to cię, Collins, zabiję – warknął szatyn tuląc mnie mocno do siebie swoimi silnymi ramionami, niemalże uniemożliwiając mi łapanie kolejnych oddechów.
- Wiem – szepnęłam wtulając się w przyjaciela, pomimo niewygody oddychania.
Od powrotu do San Diego nie byłam w domu. Znaczy się, byłam pod domem lecz do środka już nie było dane mi wejść. Gdy tylko wjechaliśmy na posesję, drzwi wejściowe otworzyły się, a z nich wytoczył się Nate, porywając mnie na spacer.
Oczywiście Alex oponował. Posłali sobie jadowite spojrzenia, lecz ostatecznie poszłam z przyjacielem się przejść. Nienawidziłam tego napięcia między nimi, którego przyczyną było… no właśnie, tego to już nikt nie wiedział.
Doszliśmy do spalonego domu, do którego uciekłam po tamtym… wydarzeniu, na początku mojego mieszkania w domu Alexandra.
Przeszliśmy i usiedliśmy na małej plażyczce przy niewielkim jeziorze, a gdy zaczęłam drżeć chłopak założył na mnie swoją kurtkę i do tego objął ramieniem.
- Co ci strzeliło do głowy? Telefonu też odebrać niełaska? – westchnął biorąc głęboki oddech, wciągając mnie na swoje kolana.
Rozchyliłam wargi, aby mu jakkolwiek na to odpowiedzieć, lecz po chwili je zamknęłam. No bo co bym miała mu powiedzieć? Nie mogłam opowiedzieć mu o Maxie. Nie dlatego, że było mi wstyd. Wiedziałam ile kosztowało mnie powiedzenie o tym Alexowi. Kolejny raz mogłabym nie mieć już tyle siły.
- Miałam urodziny – szepnęłam ostatecznie i wzruszyłam przy tym delikatnie ramionami.
Chłopak wciągnął głośno powietrze do płuc, a jego mięśnie znacznie się napięły. Słyszałam jak zaklął pod nosem chwilę przed tym, jak podniósł się wraz ze mną i spojrzał w oczy z zaciętością.
- Czemu nie powiedziałaś? – spytał chłodno, zaciskając palce na moich przedramionach.
- Nie pytałeś? – westchnęłam wywracając oczami.
- Głupek.
- Dupek.
Z piersi szatyna wyrwał się chrapliwy chichot, po czym przyciągnął mnie mocno do siebie i przycisnął wargi do czoła. Poczułam jak wzdłuż ciała przeszedł przyjemny dreszcz i wtuliłam się mocniej w przyjaciela.
- Idziemy na pourodzinowe lody i nie ma NIE! – powiedział z tym swoim zawadiackim uśmieszkiem, któremu nie można się oprzeć, więc jedynie się roześmiałam i skinęłam posłusznie głową.
Ujęłam go pod ramię z promiennym uśmiechem, zapominając na chwilę o problemach. O tajemniczych notatkach w kalendarzu mamy, o żałobie po Maximilianie, o spotkaniu z Eleein, o swojej lekkomyślności oraz nawet o grasującym w pobliżu Taylorze.
Miałam nadzieję, że tak zostanie.
Po kupieniu lodów czekoladowych, dzięki którym można było znaleźć się u wejściu do bram niebiańskich, ruszyliśmy wolnym krokiem w kierunku pobliskiego parku.
- Widziałaś się chociaż z mamą? – spytał przesuwając językiem po chłodnym smakołyku, co dziwnym trafem wywołało rumieńce na moich policzkach.
Potrząsnęłam głową, skupiając się na swoich łakociach. Czekolada niemalże rozpływała się w ustach, pobudzając do życia miliony endorfin wywołujących poczucie szczęścia.
Chwilę później śmialiśmy się z Natem, skacząc po murkach, ścigając się i przekrzykując. Wskoczyłam mu na plecy, a on z głośnym wrzaskiem wrzucił mnie do pobliskiej fontanny.
- Ej! – pisnęłam roześmiana i wciągnęłam go do siebie, po czym woda zaczęła tryskać we wszystkie strony, dookoła nas.
Mijały minuty, a my leżeliśmy na tafli uśmiechając się delikatnie. Ludzie przechodzili patrząc na nas rozbawieni, a kilka pensów wylądowało na moim brzuchu, co wywołało u nas głośniejszy śmiech.
Po wyjściu byliśmy przemoczeni i roześmiani. Przez beżową koszulkę prześwitywał czarny stanik, a ponadto wilgotna bluzka opinała ciało, tak samo jak spodnie. Trzymałam w ręce kurtkę przyjaciela i spojrzałam na niego, przygryzając dolną wargę.
Czarna koszula przylgnęła do jego torsu podkreślając mięśnie. Przeczesał palcami swoje mokre włosy, które teraz wyglądały na niemalże hebanowe.
Dostrzegłam spojrzenie jego czekoladowych oczu, które przesuwało się wzdłuż mojego ciała i odwróciłam wzrok czując jak na policzki występują zawstydzone rumieńce. Zdecydowanie nie powinien tak patrzeć.
Nie zauważyłam jak się poruszył, lecz już po chwili przyciskał mnie do siebie z tym swoim łobuzerskim uśmiechem, a brązowe oczy błyszczały radośnie, co wywołało u mnie promienny uśmiech.
- Miss mokrego podkoszulka? – wymruczał, co skwitowałam dźwięcznym śmiechem.
Potrząsnęłam głową pokazując mu, że chyba coś pomieszał i wspięłam się na palce aby musnąć jego policzek. Jęknęłam cichutko, czując chłodny wiatr smagający moje plecy, przez co oboje się roześmialiśmy.
Doszliśmy już do parku, gdzie obecnie nie było nikogo oprócz nas, co jednocześnie wywoływało delikatny ucisk w żołądku jak i podbrzuszu. Zaśmiałam się pod nosem, zdając sobie sprawę z tego uczucia.
Rozchyliłam wargi, aby coś powiedzieć, lecz w tym samym momencie wydarzyły się dwie rzeczy, wyrywając krzyk z mojego gardła.
Usłyszałam głuche uderzenie, czemu towarzyszył błysk tuż za głową przyjaciela, który następnie osunął się na kolana nieprzytomny.
Doskoczyłam, próbując go złapać, lecz wtedy poczułam przed sobą barykadę. Uniosłam wzrok i dostrzegłam spojrzenie chłodnych błękitnych oczu spod czarnej grzywki.
Krzyknęłam głośno, cofając się o krok, lecz palce chłopaka boleśnie zacisnęły się na moich ramionach. Wydarłam się jeszcze głośniej, po czym zatkał mi usta swoimi . Ugryzłam go mocno w wargę, przez to tym razem on wydał z siebie sfrustrowany jęk.
Stalowa rura, którą powalił Nathana, wypadła z jego dłoni. Spojrzał na mnie z niemalże nienawiścią jawną w oczach i wymierzył silny policzek, zewnętrzną stroną dłoni, zwalając tym samym z nóg.
Skuliłam się, czując kolejne uderzenie, znacznie silniejsze. I tym razem w brzuch. Krzyknęłam czując łzy w oczach.
To nie mogło się znowu dziać. To powinno odejść miesiące temu i pozostań w głębokiej czeluści zapomnienia, oddalonej o tysiące mil.
Jednakże działo się znowu, a kolejny niesamowicie silny kopniak w podbrzusze jeszcze bardziej mnie o tym utwierdził.
Krzyczałam i płakałam jednocześnie, błagając aby w końcu to się skończyło. W głowie huczało od płaczu i nieprzerwanego krzyku.
Poczułam silne szarpnięcie w ramieniu i niemiałam nawet siły się bronić. Przeturlałam się na plecy, zaciskając oczy pod którymi cały czas wzbierały gorące łzy rozpaczy, bólu i żałości.
Wiedziałam, że z nim nie wygram, nie było szans nawet się stawiać, ponieważ wtedy mógłby się dopiero wściec. Moim ciałem wstrząsały raz po raz dreszcze wywołane spazmatycznym płaczem.
Przepraszam, Alex…
- Myślałaś, że uciekniesz? Jesteś moja, rozumiesz? I zamierzam odebrać to co mi się należy – warknął wprost do mojego ucha niemalże zdzierając ze mnie beżową koszulkę.
Błagałam, aby nastała ciemność, abym nie musiała tego wszystkiego czuć. Jego dotyk palił niczym rozgrzane węgle. I tak samo pozostawiał trwałe ślady, na ciele jak i psychice.
Szarpnęłam się mocno, czując jego palce przy pasku swoich jeansów, a on energicznie docisnął mnie do ziemi. Głowa uderzyła o ziemię z głuchym łoskotem i nic więcej nie słyszałam.
Pulsowanie krwi stało się tak głośne iż miałam ochotę zwymiotować. I to może nie byłoby takie głupie, może właśnie wtedy to wszystko by się skończyło. Może by go to zniechęciło.
Lecz żołądek był pusty, a ciałem zaczęły targać puste torsje. Każdemu mocniejszemu ruchowi ciała, towarzyszyło zdecydowanie mocniejsze uderzenie o ziemię.
Gdy poczułam osuwające się po udach spodnie, mięśnie zaczęły się rozluźniać, a wszystko przesłoniła ciemność.
Dzięki Bogu.
Wydawało mi się, że w oddali słyszałam jakieś krzyki, lecz równie dobrze mogła to być jedynie moja wyobraźnia. Coś co chciałam usłyszeć. Ratunek.
Kilka sekund później nie słyszałam już niczego, niczego nie widziałam, ani nie czułam. Ostatnia myśl, która przemknęła przez myśl brzmiała:
Przepraszam, Alex…

































Słyszałam przytłumione głosy w swoim pobliżu, lecz nie potrafiłam wyłowić żadnych konkretnych słów. Ból jakimś dziwnym cudem minął.
Poczułam czyjeś palce zaciśnięte na mojej dłoni. Chciałam szarpnąć ręką, aby się wyrwać.
Ale nie mogłam.
Ręka nie chciała drgnąć. Sapnęłam w duchu, lecz z piersi nie wydał się żaden dźwięk. Spróbowałam otworzyć oczy, lecz to samo.
Nawet nie drgnęły.
- Obudź się, kochanie – usłyszałam zrozpaczony szept Alexa tuż przy swoim uchu.
Jestem tutaj, wykrzyknęłam w myślach, lecz wargi nie drgnęły nawet na moment. Równomierne pipczenie cały czas brzmiało w tle.
Szpital.
Po tej myśli, znowu nastała ciemność, a dźwięki rozmyły się w przyciszony szum, który kołysał mnie do snu.


































- Jak chodzisz? - prychnęłam wrzucając telefon do torebki.
- To ty na mnie wpadłaś - usłyszałam naburmuszony męski głos, który dobiegał niemalże od mych stóp.
Zanim zdążyłam spojrzeć w dół, chłopak już stał na nogach podając, a raczej wciskając mi w ręce książki, które zebrał z chodnika.
Był o głowę ode mnie wyższy, a blond włosy wręcz szalały na jego głowie w istnym nieładzie. Ponętnym nieładzie. Nie miał krótkich włosów, wręcz przeciwnie. Gdyby je uczesał, pewnie sięgałyby mu do ucha. Spojrzałam w jego kocio zielone oczy i poczułam jak przeszedł po mnie dreszcz, a serce na chwilę przestało bić. Nie słyszałam nawet co do mnie mówił. Widziałam tylko każdy ruch jego pełnych warg, które zapewne były ciepłe i miękkie.

Później myśli spłynęły na inne wspomnienie.

Żołądek niemalże podskoczył mi do gardła. Teraz wszystko miało się rozstrzygnąć, czy będę mogła spędzić tu kilka nocy, czy będę musiała wrócić do akademika, skazana na mękę i tortury.
Z zamyślenia wyrwał mnie odgłos odsuwanej zasuwy w drzwiach. Przeniosłam wzrok na domownika z uroczym uśmiechem, aby przekonać go do siebie, lecz kiedy zobaczyłam kim jest ta osoba, nie byłam w stanie niczego z siebie wykrzesać.
- To Ty... - szepnęliśmy oboje w tym samym czasie.
Wpatrywałam się wielkimi oczami w chłopaka stojącego przede mną. Był inny niż go zapamiętałam. Bardziej doskonały. Blond włosy były rozrzucone we wszystkie strony tak, jakby dopiero co się obudził natomiast kocio zielone oczy były całkowicie rozbudzone i skupione na mnie.
Stał bez koszulki, smagany chłodnym wiatrem, przez co jego napięte mięśnie jeszcze mocniej się uwydatniły. Wzięłam głęboki oddech aby się nie rozpłynąć pod wpływem tego widoku.


































- Musisz się przespać – usłyszałam czuły, kobiecy szept, dosyć blisko mnie.
- Będę tu, kiedy się obudzi – warknął znajomy, głęboki głos.
Alex.
Chciałam zarzucić mu ręce na szyje, aby przestał się martwić. Boże, ile on wiedział? Z jak wieloma faktami musiał się zmagać?
Poczułam zimny dreszcz, choć byłam świadoma tego, że ciało pozostało niewzruszone.
To było żałosne! Świadoma, w pełni jasności umysłu, a jednocześnie uwięzione w ciele, WŁASNYM ciele. Nie miałam już nad nim kontroli. Żadnego wpływu na jego ruchy, a raczej ich brak.
Nie poddam się, słyszysz, kupo mięcha? Nie utrzymasz mnie tutaj, krzyczałam do własnego ciała rozwścieczona tą irracjonalną sytuacją.
Ale następnego dnia, ponieważ już odpływałam w sen.


































Znowu odbiłam się od jakiejś zapory. Jakim cudem w moim umyśle są jakieś zapory?! Jakim cudem jestem uwięziona w samej sobie?!
CHCĘ WYJŚĆ!
Załkałam w myślach, pragnąc się wyrwać w tego dziwnego stanu. W wielu filmach zdarzały się takie sytuacje, ale to przecież nie było możliwe, prawda? Skoro mózg był sprawny, dlaczego nie miałam władzy nas własnym ciałem?
CHCĘ WYJŚĆ!
Ponownie uderzyłam w zaporę, a później jeszcze raz i jeszcze. Czułam się dziwnie w swojej głowie ze swoimi myślami, nie mogąc ich wypowiedzieć na głos.
Słyszałam w tle równomierne pipczenie jakiejś maszyny. Pewnie to ta, która kontroluje pracę serca. Przynajmniej wiedzą, że ciągle żyję. Brzmiał jeszcze jeden dźwięk. Cichutki pomruk, ledwie zauważalny. Ale jednocześnie bardzo znajomy.
Alex mruczy przez sen.
Czyli chłopak cały czas tutaj był. Przynajmniej się przespał, chociaż na chwilę. Boże, ile dni on spędził przy moim łóżku? Boże, ile dni JA tutaj spędziłam?
CHCĘ WYJŚĆ!
Upadłam na dno świadomości zmęczona walką z barierami umysłu. Pewnie bym zapłakała, gdybym miała na to jakikolwiek wpływ!
Usłyszałam cichutki pomruk, formujący się jak gdyby w jakieś słowo. Skupiłam na tym całą swoją uwagę – jedyne co mi jeszcze pozostało.
- Vik.. nie żegnaj się ze mną – wymamrotał przez sen, a ja poczułam wzbierające pod powiekami łzy.
Znałam te słowa, sama je wykrzyczałam, gdy Max umierał. Znałam ten ból. Błagam, dlaczego on? On nie mógł przechodzić przez to samo co ja, lata wcześniej.
Ja żyję, żyję! Do cholery, żyję, jestem tutaj!
Zaprzedałabym duszę Diabłu za to, aby móc się w końcu obudzić i przytulić do blondyna. Móc obudzić go z tego snu i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, że nic się nie stało. Ale nie mogłam z dwóch powodów. Nie mogłam się poruszyć. Oraz nie mogłam go okłamać.
Błagam, ja chcę stąd wyjść…

1 komentarz: