- Boże, następnym razem
to cię, Collins, zabiję – warknął szatyn tuląc mnie mocno do
siebie swoimi silnymi ramionami, niemalże uniemożliwiając mi
łapanie kolejnych oddechów.
- Wiem – szepnęłam
wtulając się w przyjaciela, pomimo niewygody oddychania.
Od powrotu do San Diego
nie byłam w domu. Znaczy się, byłam pod domem lecz do środka już
nie było dane mi wejść. Gdy tylko wjechaliśmy na posesję, drzwi
wejściowe otworzyły się, a z nich wytoczył się Nate, porywając
mnie na spacer.
Oczywiście Alex
oponował. Posłali sobie jadowite spojrzenia, lecz ostatecznie
poszłam z przyjacielem się przejść. Nienawidziłam tego napięcia
między nimi, którego przyczyną było… no właśnie, tego to już
nikt nie wiedział.
Doszliśmy do spalonego
domu, do którego uciekłam po tamtym… wydarzeniu, na początku
mojego mieszkania w domu Alexandra.
Przeszliśmy i usiedliśmy
na małej plażyczce przy niewielkim jeziorze, a gdy zaczęłam drżeć
chłopak założył na mnie swoją kurtkę i do tego objął
ramieniem.
- Co ci strzeliło do
głowy? Telefonu też odebrać niełaska? – westchnął biorąc
głęboki oddech, wciągając mnie na swoje kolana.
Rozchyliłam wargi, aby
mu jakkolwiek na to odpowiedzieć, lecz po chwili je zamknęłam. No
bo co bym miała mu powiedzieć? Nie mogłam opowiedzieć mu o Maxie.
Nie dlatego, że było mi wstyd. Wiedziałam ile kosztowało mnie
powiedzenie o tym Alexowi. Kolejny raz mogłabym nie mieć już tyle
siły.
- Miałam urodziny –
szepnęłam ostatecznie i wzruszyłam przy tym delikatnie ramionami.
Chłopak wciągnął
głośno powietrze do płuc, a jego mięśnie znacznie się napięły.
Słyszałam jak zaklął pod nosem chwilę przed tym, jak podniósł
się wraz ze mną i spojrzał w oczy z zaciętością.
- Czemu nie powiedziałaś?
– spytał chłodno, zaciskając palce na moich przedramionach.
- Nie pytałeś? –
westchnęłam wywracając oczami.
- Głupek.
- Dupek.
Z piersi szatyna wyrwał
się chrapliwy chichot, po czym przyciągnął mnie mocno do siebie i
przycisnął wargi do czoła. Poczułam jak wzdłuż ciała przeszedł
przyjemny dreszcz i wtuliłam się mocniej w przyjaciela.
- Idziemy na pourodzinowe
lody i nie ma NIE! – powiedział z tym swoim zawadiackim
uśmieszkiem, któremu nie można się oprzeć, więc jedynie się
roześmiałam i skinęłam posłusznie głową.
Ujęłam go pod ramię z
promiennym uśmiechem, zapominając na chwilę o problemach. O
tajemniczych notatkach w kalendarzu mamy, o żałobie po
Maximilianie, o spotkaniu z Eleein, o swojej lekkomyślności oraz
nawet o grasującym w pobliżu Taylorze.
Miałam nadzieję, że
tak zostanie.
Po kupieniu lodów
czekoladowych, dzięki którym można było znaleźć się u wejściu
do bram niebiańskich, ruszyliśmy wolnym krokiem w kierunku
pobliskiego parku.
- Widziałaś się
chociaż z mamą? – spytał przesuwając językiem po chłodnym
smakołyku, co dziwnym trafem wywołało rumieńce na moich
policzkach.
Potrząsnęłam głową,
skupiając się na swoich łakociach. Czekolada niemalże rozpływała
się w ustach, pobudzając do życia miliony endorfin wywołujących
poczucie szczęścia.
Chwilę później
śmialiśmy się z Natem, skacząc po murkach, ścigając się i
przekrzykując. Wskoczyłam mu na plecy, a on z głośnym wrzaskiem
wrzucił mnie do pobliskiej fontanny.
- Ej! – pisnęłam
roześmiana i wciągnęłam go do siebie, po czym woda zaczęła
tryskać we wszystkie strony, dookoła nas.
Mijały minuty, a my
leżeliśmy na tafli uśmiechając się delikatnie. Ludzie
przechodzili patrząc na nas rozbawieni, a kilka pensów wylądowało
na moim brzuchu, co wywołało u nas głośniejszy śmiech.
Po wyjściu byliśmy
przemoczeni i roześmiani. Przez beżową koszulkę prześwitywał
czarny stanik, a ponadto wilgotna bluzka opinała ciało, tak samo
jak spodnie. Trzymałam w ręce kurtkę przyjaciela i spojrzałam na
niego, przygryzając dolną wargę.
Czarna koszula przylgnęła
do jego torsu podkreślając mięśnie. Przeczesał palcami swoje
mokre włosy, które teraz wyglądały na niemalże hebanowe.
Dostrzegłam spojrzenie
jego czekoladowych oczu, które przesuwało się wzdłuż mojego
ciała i odwróciłam wzrok czując jak na policzki występują
zawstydzone rumieńce. Zdecydowanie nie powinien tak patrzeć.
Nie zauważyłam jak się
poruszył, lecz już po chwili przyciskał mnie do siebie z tym swoim
łobuzerskim uśmiechem, a brązowe oczy błyszczały radośnie, co
wywołało u mnie promienny uśmiech.
- Miss mokrego
podkoszulka? – wymruczał, co skwitowałam dźwięcznym śmiechem.
Potrząsnęłam głową
pokazując mu, że chyba coś pomieszał i wspięłam się na palce
aby musnąć jego policzek. Jęknęłam cichutko, czując chłodny
wiatr smagający moje plecy, przez co oboje się roześmialiśmy.
Doszliśmy już do parku,
gdzie obecnie nie było nikogo oprócz nas, co jednocześnie
wywoływało delikatny ucisk w żołądku jak i podbrzuszu. Zaśmiałam
się pod nosem, zdając sobie sprawę z tego uczucia.
Rozchyliłam wargi, aby
coś powiedzieć, lecz w tym samym momencie wydarzyły się dwie
rzeczy, wyrywając krzyk z mojego gardła.
Usłyszałam głuche
uderzenie, czemu towarzyszył błysk tuż za głową przyjaciela,
który następnie osunął się na kolana nieprzytomny.
Doskoczyłam, próbując
go złapać, lecz wtedy poczułam przed sobą barykadę. Uniosłam
wzrok i dostrzegłam spojrzenie chłodnych błękitnych oczu spod
czarnej grzywki.
Krzyknęłam głośno,
cofając się o krok, lecz palce chłopaka boleśnie zacisnęły się
na moich ramionach. Wydarłam się jeszcze głośniej, po czym zatkał
mi usta swoimi . Ugryzłam go mocno w wargę, przez to tym razem on
wydał z siebie sfrustrowany jęk.
Stalowa rura, którą
powalił Nathana, wypadła z jego dłoni. Spojrzał na mnie z
niemalże nienawiścią jawną w oczach i wymierzył silny policzek,
zewnętrzną stroną dłoni, zwalając tym samym z nóg.
Skuliłam się, czując
kolejne uderzenie, znacznie silniejsze. I tym razem w brzuch.
Krzyknęłam czując łzy w oczach.
To nie mogło się znowu
dziać. To powinno odejść miesiące temu i pozostań w głębokiej
czeluści zapomnienia, oddalonej o tysiące mil.
Jednakże działo się
znowu, a kolejny niesamowicie silny kopniak w podbrzusze jeszcze
bardziej mnie o tym utwierdził.
Krzyczałam i płakałam
jednocześnie, błagając aby w końcu to się skończyło. W głowie
huczało od płaczu i nieprzerwanego krzyku.
Poczułam silne
szarpnięcie w ramieniu i niemiałam nawet siły się bronić.
Przeturlałam się na plecy, zaciskając oczy pod którymi cały czas
wzbierały gorące łzy rozpaczy, bólu i żałości.
Wiedziałam, że z nim
nie wygram, nie było szans nawet się stawiać, ponieważ wtedy
mógłby się dopiero wściec. Moim ciałem wstrząsały raz po raz
dreszcze wywołane spazmatycznym płaczem.
Przepraszam, Alex…
- Myślałaś, że
uciekniesz? Jesteś moja, rozumiesz? I zamierzam odebrać to co mi
się należy – warknął wprost do mojego ucha niemalże zdzierając
ze mnie beżową koszulkę.
Błagałam, aby nastała
ciemność, abym nie musiała tego wszystkiego czuć. Jego dotyk
palił niczym rozgrzane węgle. I tak samo pozostawiał trwałe
ślady, na ciele jak i psychice.
Szarpnęłam się mocno,
czując jego palce przy pasku swoich jeansów, a on energicznie
docisnął mnie do ziemi. Głowa uderzyła o ziemię z głuchym
łoskotem i nic więcej nie słyszałam.
Pulsowanie krwi stało
się tak głośne iż miałam ochotę zwymiotować. I to może nie
byłoby takie głupie, może właśnie wtedy to wszystko by się
skończyło. Może by go to zniechęciło.
Lecz żołądek był
pusty, a ciałem zaczęły targać puste torsje. Każdemu
mocniejszemu ruchowi ciała, towarzyszyło zdecydowanie mocniejsze
uderzenie o ziemię.
Gdy poczułam osuwające
się po udach spodnie, mięśnie zaczęły się rozluźniać, a
wszystko przesłoniła ciemność.
Dzięki Bogu.
Wydawało mi się, że w
oddali słyszałam jakieś krzyki, lecz równie dobrze mogła to być
jedynie moja wyobraźnia. Coś co chciałam usłyszeć. Ratunek.
Kilka sekund później
nie słyszałam już niczego, niczego nie widziałam, ani nie czułam.
Ostatnia myśl, która przemknęła przez myśl brzmiała:
Przepraszam, Alex…
Słyszałam przytłumione
głosy w swoim pobliżu, lecz nie potrafiłam wyłowić żadnych
konkretnych słów. Ból jakimś dziwnym cudem minął.
Poczułam czyjeś palce
zaciśnięte na mojej dłoni. Chciałam szarpnąć ręką, aby się
wyrwać.
Ale nie mogłam.
Ręka nie chciała
drgnąć. Sapnęłam w duchu, lecz z piersi nie wydał się żaden
dźwięk. Spróbowałam otworzyć oczy, lecz to samo.
Nawet nie drgnęły.
- Obudź się, kochanie –
usłyszałam zrozpaczony szept Alexa tuż przy swoim uchu.
Jestem tutaj,
wykrzyknęłam w myślach, lecz wargi nie drgnęły nawet na moment.
Równomierne pipczenie cały czas brzmiało w tle.
Szpital.
Po tej myśli, znowu
nastała ciemność, a dźwięki rozmyły się w przyciszony szum,
który kołysał mnie do snu.
- Jak chodzisz? -
prychnęłam wrzucając telefon do torebki.
- To ty na mnie
wpadłaś - usłyszałam naburmuszony męski głos, który dobiegał
niemalże od mych stóp.
Zanim zdążyłam
spojrzeć w dół, chłopak już stał na nogach podając, a raczej
wciskając mi w ręce książki, które zebrał z chodnika.
Był o głowę ode
mnie wyższy, a blond włosy wręcz szalały na jego głowie w istnym
nieładzie. Ponętnym nieładzie. Nie miał krótkich włosów, wręcz
przeciwnie. Gdyby je uczesał, pewnie sięgałyby mu do ucha.
Spojrzałam w jego kocio zielone oczy i poczułam jak przeszedł po
mnie dreszcz, a serce na chwilę przestało bić. Nie słyszałam
nawet co do mnie mówił. Widziałam tylko każdy ruch jego pełnych
warg, które zapewne były ciepłe i miękkie.
Później myśli spłynęły
na inne wspomnienie.
Żołądek niemalże
podskoczył mi do gardła. Teraz wszystko miało się rozstrzygnąć,
czy będę mogła spędzić tu kilka nocy, czy będę musiała wrócić
do akademika, skazana na mękę i tortury.
Z zamyślenia wyrwał
mnie odgłos odsuwanej zasuwy w drzwiach. Przeniosłam wzrok na
domownika z uroczym uśmiechem, aby przekonać go do siebie, lecz
kiedy zobaczyłam kim jest ta osoba, nie byłam w stanie niczego z
siebie wykrzesać.
- To Ty... -
szepnęliśmy oboje w tym samym czasie.
Wpatrywałam się
wielkimi oczami w chłopaka stojącego przede mną. Był inny niż go
zapamiętałam. Bardziej doskonały. Blond włosy były rozrzucone we
wszystkie strony tak, jakby dopiero co się obudził natomiast kocio
zielone oczy były całkowicie rozbudzone i skupione na mnie.
Stał bez koszulki,
smagany chłodnym wiatrem, przez co jego napięte mięśnie jeszcze
mocniej się uwydatniły. Wzięłam głęboki oddech aby się nie
rozpłynąć pod wpływem tego widoku.
- Musisz się przespać –
usłyszałam czuły, kobiecy szept, dosyć blisko mnie.
- Będę tu, kiedy się
obudzi – warknął znajomy, głęboki głos.
Alex.
Chciałam zarzucić mu
ręce na szyje, aby przestał się martwić. Boże, ile on wiedział?
Z jak wieloma faktami musiał się zmagać?
Poczułam zimny dreszcz,
choć byłam świadoma tego, że ciało pozostało niewzruszone.
To było żałosne!
Świadoma, w pełni jasności umysłu, a jednocześnie uwięzione w
ciele, WŁASNYM ciele. Nie miałam już nad nim kontroli. Żadnego
wpływu na jego ruchy, a raczej ich brak.
Nie poddam się,
słyszysz, kupo mięcha? Nie utrzymasz mnie tutaj, krzyczałam do
własnego ciała rozwścieczona tą irracjonalną sytuacją.
Ale następnego dnia,
ponieważ już odpływałam w sen.
Znowu odbiłam się od
jakiejś zapory. Jakim cudem w moim umyśle są jakieś zapory?!
Jakim cudem jestem uwięziona w samej sobie?!
CHCĘ WYJŚĆ!
Załkałam w myślach,
pragnąc się wyrwać w tego dziwnego stanu. W wielu filmach zdarzały
się takie sytuacje, ale to przecież nie było możliwe, prawda?
Skoro mózg był sprawny, dlaczego nie miałam władzy nas własnym
ciałem?
CHCĘ WYJŚĆ!
Ponownie uderzyłam w
zaporę, a później jeszcze raz i jeszcze. Czułam się dziwnie w
swojej głowie ze swoimi myślami, nie mogąc ich wypowiedzieć na
głos.
Słyszałam w tle
równomierne pipczenie jakiejś maszyny. Pewnie to ta, która
kontroluje pracę serca. Przynajmniej wiedzą, że ciągle żyję.
Brzmiał jeszcze jeden dźwięk. Cichutki pomruk, ledwie zauważalny.
Ale jednocześnie bardzo znajomy.
Alex mruczy przez sen.
Czyli chłopak cały czas
tutaj był. Przynajmniej się przespał, chociaż na chwilę. Boże,
ile dni on spędził przy moim łóżku? Boże, ile dni JA tutaj
spędziłam?
CHCĘ WYJŚĆ!
Upadłam na dno
świadomości zmęczona walką z barierami umysłu. Pewnie bym
zapłakała, gdybym miała na to jakikolwiek wpływ!
Usłyszałam cichutki
pomruk, formujący się jak gdyby w jakieś słowo. Skupiłam na tym
całą swoją uwagę – jedyne co mi jeszcze pozostało.
- Vik.. nie żegnaj się
ze mną – wymamrotał przez sen, a ja poczułam wzbierające pod
powiekami łzy.
Znałam te słowa, sama
je wykrzyczałam, gdy Max umierał. Znałam ten ból. Błagam,
dlaczego on? On nie mógł przechodzić przez to samo co ja, lata
wcześniej.
Ja żyję, żyję! Do
cholery, żyję, jestem tutaj!
Zaprzedałabym duszę
Diabłu za to, aby móc się w końcu obudzić i przytulić do
blondyna. Móc obudzić go z tego snu i powiedzieć, że wszystko
będzie dobrze, że nic się nie stało. Ale nie mogłam z dwóch
powodów. Nie mogłam się poruszyć. Oraz nie mogłam go okłamać.
Błagam, ja chcę stąd
wyjść…
super. ;)
OdpowiedzUsuń