Szłam ciemnym korytarzem, który był całkowicie zatopiony w ciszy. Nawet własne kroki wydawały się niemożliwe do usłyszenia. Przemierzając pustą przestrzeń mijałam wiele par drzwi, lecz wszystkie były zamknięte. Tak samo jak mój umysł. Nie mogłam sobie przypomnieć gdzie się znajdowałam, ani którędy mam iść aby znaleźć wyjście. Aż po chwili dobiegł mnie charakterystyczny dźwięk.
Klik-klik.
W któryś drzwiach został odblokowany zamek. Wydawało się, że to jedne z minionych drzwi, więc ruszyłam w drogę powrotną, jednakże z nutką niepewności. Nie wiedziałam kto otworzył drzwi, ani jak zareaguje na moją obecności, lecz im bardziej się zbliżałam, tym wyraźniej słyszałam odgłosy wydobywające się z wewnątrz.
Głosy.
Znałam je bardzo dobrze, lecz świadomość o tym uciekła w najodleglejszy zakamarek umysłu. Po chwili cichego spaceru doszłam do uchylonych drzwi. Teraz już wiedziałam do kogo należały wypowiadane słowa. Uśmiechnęłam się i pchnęłam drzwi chcąc wpaść w ramiona przyjaciół, lecz w tym samym momencie krzyknęłam.
Poczułam niesamowity ból i zgięłam się w pół starając się złapać jak najwięcej głębokich oddechów.
Kiedy otworzyłam oczy nie znajdowałam się już w nieznajomym korytarzu lecz na sofie w salonie Alexa, a mój wzrok utknął w chłopaku, który leżał obok, na podłodze. Widocznie musiał spaść przestraszony, kiedy krzyknęłam z bólu.
Zmrużyłam powieki starając się go zidentyfikować i już miałam wypowiedzieć jego imię, lecz nagle oślepiło mnie światło zmuszając do zamknięcia powiek. Gdy otworzyłam je po chwili zobaczyłam na szczycie schodów przerażoną minę Alexa i Amy, obok kanapy stojącą Eli oraz Josha leżącego na podłodze obok mnie.
Jęknęłam głośno i odrzuciłam głowę na poduszkę, starając się rozmasować brzuch po tym jak widocznie chłopak na niego wskoczył.
- CO TUTAJ ROBISZ?! - krzyknął brunet na co odpowiedziało mu prychnięcie blondyna z góry schodów.
- Śpi jeśli nie widzisz. Znaczy się spała. Dopóki jej nie obudziłeś. I nas wszystkich - mruknął chłopak i przetarł zaspane oczy z głośnym ziewnięciem.
Przyjaciel odpowiedział mu jedynie niezadowolonym spojrzeniem i w końcu dźwignął się z podłogi rozcierając przy tym ramię, na które najwidoczniej upadł.
- Przepraszam, Vik.. nie sądziłem, że...
- Nie obwiniam cię, spokojnie - zaśmiałam się i w tym momencie również spomiędzy moich warg wydobyło się ciche ziewnięcie. - Może idźmy wszyscy spać i pogadamy rano, huh? - spytałam mrużąc oczy wciąż oślepiana jasną żarówką.
- W sumie to już jest szósta... - zaczęła Eli, na co delikatnie skinęłam głową.
- Dobra, dobra, już wstaję - mruknęłam i zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować szłam po schodach owinięta kołdrą, w kierunku łazienki.
* * *
Gdy w końcu wyszłam z łazienki wszyscy byli już ustawieni w kolejce. Spojrzałam na Alexa, który stał pierwszy i pokręciłam głową, przepuszczając Amy, a dziewczyna po drodze musnęła wargami mój policzek w wyrazie wdzięczności.
- No chyba nie! - zaoponował chłopak, na co przyłożyłam palec do jego warg i się nachyliłam ku niemu.
- Dziewczyny mają pierwszeństwo, skarbie - szepnęłam z zadziornym uśmiechem, lecz zanim zdążył mnie odepchnąć już schodziłam po schodach do salonu.
Po zaścieleniu łóżka weszłam do kuchni w celu przygotowania śniadania. Wiedziałam, że jak Amy zejdzie przed resztą to mi w tym pomoże. A dzień zapowiadał się naprawdę pięknie, przynajmniej dla mnie.
Rozpuściłam wilgotne włosy na ramiona białej koszuli, która sięgała niewiele dalej niż za pośladki, lecz z racji odpowiedniej temperatury w domu nie założyłam spodenek. Spod materiału nieznacznie przebijała czarna bielizna, ale cóż. Opcjonalnie byłam w domu, prawda? Fakt, nie czułam się zaklimatyzowana, w końcu byłam tutaj jeden dzień, ale trzeba wykonać ten pierwszy krok.
Rześki prysznic zmył niewyspanie i napełnił mnie energią. Humoru dodało również świecące za oknem słońce. Uśmiechnęłam się pod nosem i wyciągnęłam wszystkie potrzebne produkty oraz przedmioty potrzebne do przygotowania sporej porcji naleśników.
Nucąc pod nosem Taylor Swift - White horse zabrałam się za rozgrzewanie patelni. Z uśmiechem kręcąc piruety, udałam się do lodówki i wyciągnęłam śmietanę oraz biały ser, wraz z innymi owocami i żółtym serem z szynką. Położyłam składniki na blacie i kręcąc piruety podeszłam do patelni.
Po chwili do pomieszczenia weszła Amy z równie szerokim uśmiechem i wilgotnymi kosmykami włosów. Dziewczyna rozejrzała się dookoła i wciągnęła do płuc zapach przygotowywanego śniadania, a uśmiech na jej twarzy jeszcze bardziej się powiększył.
- Boże, kocham cię - pisnęła i zanim się zorientowałam już się we mnie wtuliła, zaglądając przez ramię na moje poczynania.
- Zabierz się za farsz, a nie - roześmiałam się i skinęłam głową w stronę różnych produktów wystawionych na blacie kuchennym.
Po zasalutowaniu z widocznym rozbawieniem Amy podeszła do swojego stanowiska zabierając się za biały ser ze śmietaną, następnie rozdzieliła go do kilku miseczek i do każdej z nich dodała inne owoce.
Uśmiechając się promiennie nalewałam ciasto na patelnię, obracałam i ściągałam naleśniki na talerz zajmując się następnymi i następnymi. Niektóre z nich robiłam od razu z żółtym serem i szynką, niektóre ściągałam puste dla białego serka. Dawno nie robiłam śniadania dla kilku osób, przez co miałam z tego niesamowity ubaw, a radość wylewała się poprzez cichy śmiech, bądź szeroki uśmiech.
Następnie do kuchni weszli Eli z Joshem, również wdychając zapach naleśników, a ich oczy rozpromieniły się jak u małych dzieci. Później było słychać tylko przekrzykiwanie się kto ile zje i kto się na nie nie załapie.
Takiej atmosfery brakowało mi od dawna. Wesołej, pełnej życia i śmiechu innych osób niż mojego własnego.
W momencie kiedy kładłam na talerz ostatniego naleśnika, do pomieszczenia wszedł Alex pewnym krokiem. Spojrzał na parę siedzącą przy stole i uśmiechnął się delikatnie, po czym skinął głową Amy, mnie nawet nie zaszczycając spojrzeniem.
Wywróciłam oczami i postawiłam talerze na stole ze wszystkimi naleśnikami i uśmiechnęłam się szerzej widząc jak Eli, Josh i Amy się na nie rzucili. Blondyn spojrzał na śniadanie dosyć sceptycznie, jakby się bał, że chcę ich wszystkich otruć, lecz w końcu skusił się na jednego - na początek.
Minuty mijały, a naleśniki znikały. Całe śniadanie przebiegało dosyć wesoło. Zakochańce wytykali sobie że nie wolno im tyle jeść, albo podkradali sobie naleśniki, zanosząc się przy tym głośnym śmiechem. Amy co jakiś czas rzuciła jakiś dowcip przez co nie raz każdy z nas zaczynał się dusić i krztusić.
Cała atmosfera prysła kiedy został tylko jeden naleśnik.
Nie zauważyłam nawet, że ktoś jeszcze wyciągnął po niego rękę, dopóki nie poczułam jej na swojej dłoni. Spojrzałam na Alexa i zabrałam palce z zawiniętego placka jawnie mu go odstępując, na co chłopak tylko pokręcił głową.
- Ja muszę dbać o linię, tobie już nie zaszkodzi - powiedział wzruszając ramionami i podsuwając talerz w moją stronę.
- Słucham? - spytałam nie do końca wierząc w to co właśnie powiedział. - Czy ty właśnie zasugerowałeś, że jestem gruba?
- Nie, nie. Tylko, że nie należysz do najszczuplejszych - powiedział to tak spokojnie, jakby mówił o pogodzie, a nie starał się mnie obrazić.
Gwałtownie wstałam od stołu, odpychając krzesło daleko do tyłu i wymierzyłam mu siarczysty policzek. Słyszałam jak przyjaciele zaczerpnęli głębokie oddechy, lecz zanim Alex zdążył zareagować już mnie nie było w kuchni. Szybko ubrałam spodnie i zakładając w biegu buty opuściłam dom, zarzucając bluzę na ramiona.
* * *
Po kilku minutach oddaliłam się na tyle od domu, że zniknął mi z oczu. I z wzajemnością. Zwolniłam kroku, oddychając nerwowo z irytacji i odchyliłam głowę do tyłu próbując złapać kilka głębszych, kojących oddechów.
Jak on mógł tak powiedzieć? Gdzie jestem grubsza? Żadnej fałdki! Fakt, nie jestem szkieletem i dobrze mi z tym, ponieważ jestem zdrową dziewczyną, a nie wygłodzoną, wychudłą szkapą!
Różne myśli mi przychodziły do głowy i może faktycznie, sama podsycałam frustrację z powodu usłyszanej opinii, ale .... no prawdę mówiąc chyba każda kobieta by się zdenerwowała takimi słowami na swój temat.
Szłam ulicami skręcając pomiędzy domami nawet nie zwracając uwagi gdzie się znajduję. Patrząc przed siebie, rozglądałam się po okolicy. Czerwony dom. Żółty. Zielony. Niebieski. Sophie. Pomarańczowy. Różowy.
Sophie.
Oczywiście nie była sama. Towarzyszyła jej kilkuosobowa grupa dziewczyn, które wyglądały jak jej marne imitacje. Albo jak jej prywatna obstawa, nie wiadomo przed czym. Przed złamaniem paznokcia? Nie ważne. Wszystkie oprócz Sophie miały włosy ufarbowane na wręcz tleniony blond, co nie każdej z nich pasowało, wywołując u mnie cichy śmiech.
Mimo to poczułam jak po plecach przeszedł mi dreszcz, którego nie chciałam dać po sobie poznać. Fakt, ciało bardziej się napięło, lecz w kroku nadal pozostała jakaś nonszalancja - przynajmniej taką miałam nadzieję.
Minęłam jeden dom. Drugi. Trzeci. I dopiero przy czwartym się spotkałyśmy. Nie zamierzałam ich wyminąć, jak tchórzliwy pies. Chciałam prześlizgnąć się między nimi, lecz zwarły coś na pozór muru nie myśląc nawet o tym aby mnie przepuścić. Poczułam silny ból w ramieniu, kiedy zahaczył o nie bark czarnowłosej królowej lodu.
Powstrzymałam cichy jęk i pociągnęłam ramię tak, że i tym razem uderzyło o bark dziewczyny, co widocznie się jej nie spodobało. I nie tylko jej. Dziewczyny które z nią były zaraz przycisnęły moje ciało do murka pobliskiej posesji i wymierzyły siarczysty policzek.
Tym razem syknęłam i się poruszyłam. Kto by pomyślał o trzymaniu nóg? Po chwili jedna z dziewczyn zgięła się w pół trzymając za okolice podbrzusza, a druga zaskoczona odsunęła się. Za wolno. Przepchnęłam się obok niej i ruszyłam szybszym krokiem ulicą. Jednakże nie biegłam. Poczułam mocne szarpnięcie i zatoczyłam się do tyłu lekko.
Na szczęście w tym samym momencie usłyszałam krzyk właściciela domu. Speszone dziewczyny odskoczyły ode mnie, widocznie niezadowolone wizją policji jako sędziego całej sytuacji. Korzystając z chwili zamierzania skręciłam w boczną uliczę i kątem oka dostrzegłam blond czuprynę. Była zdecydowanie krótsza niż dziewczyn z królewskiej obstawy.
I w tym momencie nie byłam już pewna czy to na pewno była dziewczyna.
Nie miałam jednak czasu ani ochoty stać tam i sprawdzać kto się pojawił. Równie dobrze mógł to być właściciel domu przy którym stałyśmy. Mózg mógł płatać mi figle i pokazywać obrazy, które chciałam w tej chwili widzieć.
Jednak nogi ciągle prowadziły mnie przed siebie, jak najdalej od miejsca zdarzenia, które nie napawało mnie dumą ani otuchą. Uciekłam. Jak tchórz.
Kopnęłam z całej siły kamień, który stał mi na drodze i pokręciłam głową, wręcz zionąc furią. Mogłam coś zrobić. Cokolwiek. Byle nie dać im satysfakcji.
Głupia idiotko, co mogłaś zrobić? Przemknęło mi przez myśl. Pokręciłam głową nie zaprzestając szybkiego spaceru. W sumie co więcej mogłam zrobić? Dać się pobić? Skopać dziewczyny tyle ile mogłam zanim ja bym skończyła na chodniku leżąc?
Nawet nie wiedziałam w którym momencie znalazłam się w takim miejscu. Nigdy wcześniej tutaj nie byłam i nie wiedziałam o jego istnieniu. Po przeciśnięcie się przed zgliszcza spalonego domu dostrzegłam coś na pozór plaży. W sumie było to po prostu wolne miejsce, bez zabudowań, posypane piaskiem. Kilka drzew rosło, w których cieniach można było chować się w gorącym lecie. Przy "plaży" widniało małe jezioro.
Na wargach zakwitł mi delikatny uśmiech. W końcu coś co nie chciało mnie obrazić, ani zabić. Powolnym krokiem zeszłam z ruin domu i podeszłam do owego miejsca. Miało ono swój urok, a co najważniejsze - działało na mnie kojąco, pomimo rozdrażnienia.
Usiadłam na brzegu jeziora, podkulając nogi pod brodę i obejmując je ramionami. Zaczerpnęłam głęboki oddech próbując sobie wszystko w głowie poukładać, chociaż było ciężko. Nie był to najlepszy dzień w moim życiu. Zdecydowanie.
Wzięłam do ręki jakiś patyk, który leżał obok i zaczęłam rysować nim na piasku myśląc o wszystkim co się od rana wydarzyło. Jak bardzo humor z radosnego zmienił się w potworny i pełen zgryzoty. Zaczerpnęłam kolejny głębszy oddech i kiedy spróbowałam się rozluźnić, pod powiekami stanął mi jeden obraz. Jedna osoba, przez którą łzy napłynęły mi do oczu.
Leniwie rozczochrana blond grzywa, której kosmyki są rozpierzchnięte na różne strony w ponętnym nieładzie, a spod niej zaspane, błyszczące, kocio zielone oczy. Pod nimi miękkie, ciepłe wargi, wilgotne od delikatnego języka.
I w tym momencie miałam ochotę uderzyć się w policzek dla opamiętania. Nie mogłam o nim myśleć! Nie teraz i nie w taki sposób. Nie po tym co powiedział przy śniadaniu.
Wstałam zdenerwowana i pewnie bym upadła gdyby nie przytrzymała mnie cudza ręka. Silne palce złapały moje przedramię i powoli pociągnęły do góry. Kiedy uniosłam wzrok na ową osobę, cofnęłam się do tyłu jak oparzona. Blond włosy.
Teraz już nie byłam pewna kogo tam widziałam. Nie mogła to być ta osoba, ponieważ co by tam wtedy robiła? Dlaczego by się tam znalazła?
Jednakże teraz stała przede mną, a jej blond włosy były targane przez wiatr, nadając im artystycznego nie ładu. Spojrzałam w oczy, które wydawały się tak bardzo znajome i nieznane zarazem. Przełknęłam ślinę i wyrwałam delikatnie rękę z uścisku.
- Czego chcesz? Sprawdzasz czy jestem tak gruba jak sądzisz? - warknęłam oschle wpatrując się w jego zielone oczy, czując jak łzy wściekłości napływają mi do oczu.
- Vik.. - usłyszałam wręcz błagalny głos chłopaka, który już wyciągnął dłoń w moją stronę.
- Alex, po co tutaj przyszedłeś? - spytałam chłodno, cofając się przed jego dotykiem. Nie to, że go nie chciałam. Oczywiście, że pragnęłam jego bliskości. Pragnęłam tego, mimo bólu który wiedziałam, że zada. Ale nie mogłam sobie na to pozwolić, ponieważ wtedy cała złość uszła by jak mały obłoczek pary.
- Lubię to miejsce - powiedział spokojnie - i widziałem jak tutaj idziesz - dodał po chwili.
Spojrzałam na niego oszołomiona. Po co za mną szedł? Troszczył się? Nie. To szybko wyrzuciłam z głowy, przypominając sobie wszystkie te złudne nadzieje względem niego. Po nim niczego nie można się spodziewać, skarciłam się w myślach.
- Przestań! - krzyknęłam w końcu. - Przestań udawać, że zależy ci na mnie i na tym co myślę bądź czuję. Przestań udawać, że mnie lubisz, ponieważ widać, że nie lubisz. Po prostu przestań! - wykrzyczałam czując jak łzy spływają mi po policzkach, chociaż za wszelką cenę starałam się je zatrzymać. Nie powinny płynąć, nie przy nim.
Nie odpowiedział, tylko wpatrywał się we mnie widocznie zaskoczony. Cofnęłam się o krok. I to był błąd. Potknęłam się o większy kamień i poleciałam do tyłu. Pewnie bym upadła, gdyby i tym razem nie złapała mnie ręka blondyna. Poczułam jak przyciągnął mnie do siebie i jedną ręką przytulił. Drugą natomiast wsunął w moje włosy.
Jego wargi były miękkie, tak jak zawsze sobie wyobrażałam, a ich smak niemalże zwalił mnie z nóg. Pocałunek był z początku delikatny, pozornie niewinny, lecz z każdą chwilą nabierał na sile. Wsunęłam palce w jego blond włosy i je przeczesałam. Były miękkie, lekkie. Poczułam jak jego ręka mocniej oplata mnie w tali, widocznie czując, że kolana uginają się pode mną z każdą chwilą coraz bardziej.
Pocałunek przeszedł sam siebie i mógłby trwać w nieskończoność, gdyby nie dźwięk telefonu chłopaka. Z cichym jękiem odsunęliśmy się od siebie, ale nie wiele, tak, że cały czas byliśmy wtuleni w siebie. Przeczytał sms i na jego twarzy pojawił się promienny uśmiech.
- Widocznie jutro robimy razem obiad - powiedział z szerokim uśmiechem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz