Nie wiedziałam ile dni
minęło. Budziłam się i zasypiałam, a w tym całym cyklu dawno
zgubiłam rachubę. Albo inaczej – nigdy jej nie miałam. Nie
miałam pojęcia jak długo byłam nie przytomna dopóki się nie
obudziłam, przynajmniej w umyśle.
Kilka razy słyszałam
różne głosy, a im zawsze towarzyszył głęboki pomruk Alexandra.
Pomimo całego martwienia się o jego stan, obecność chłopaka
dodawała mi jakiejś pewności.
Dopóki tu był, była
nadzieja, że będzie dobrze, prawda? Nadzieja na to, że się
obudzę, a on wciąż będzie mnie kochał. Nadzieja na lepsze jutro.
- Alexandre, musisz się
przespać – usłyszałam znajomy głos i niemalże wybuchłam
płaczem.
Zaczęłam uderzać w
barierę krzycząc w głowie tak głośno, iż miałam wrażenie że
zemdleję z bólu. Nie czułam zmęczenia, jedynie wściekłość.
PUŚĆ MNIE!
Jednakże bariera ciągle
tam stała, mając w głębokim poważaniu moje potrzeby i
pragnienia. Jakim cudem stałam się w tak żałosnej sytuacji?!
PUŚĆ MNIE!
Niemalże wiłam się z
bólu słysząc głos taty i nie mogąc do niego podejść. I mama
też była obok. Oni byli razem, tutaj. A on się o nią martwił.
Mamo, przepraszam.
- Mogą państwo
skorzystać z naszego domu – powiedział Alex, a chwilę później
słychać było brzdęk wyciąganych kluczy.
- Ty też powinieneś
odpocząć, chłopcze – powiedziała zbolałym głosem mama, a ja
poczułam guz formujący się w podbrzuszu.
- Zostanę z nią, aż
się obudzi.
NIE ŚPIĘ!
Miałam ochotę się
rozpłakać, lecz to durne ciało w ogóle mnie nie słuchało. Jak
miałam żyć w takim stanie? Czy tak właśnie wyglądała
wegetacja? Czy wolałabym umrzeć niż żyć w takim stanie?
Nawet o tym nie myśl,
skarciłam się w myślach i zadrżałam na samą myśl.
Nie mogłabym zabrać
Alexowi nadziei na to, że jeszcze możemy być razem. Nie mogłam
jej zabrać samej sobie. Nie mogłam pozwolić mu na to, co ja
przeżywałam z Maxem.
CHCĘ STĄD WYJŚĆ!
Znowu uderzyłam w
barierę i opadłam na dno, wijąc się roztrzęsiona. Nie mogłam
się poddawać, miałam dla kogo walczyć, dla kogo wrócić.
Jednakże musiałam
zbierać siły na wielki powrót. Musiałam przygotować wielki atak
na własną siebie. I lepiej, abym nie była na to przygotowana.
*
* *
- … kawę – szepnął
blondyn zaspanym głosem.
Momentalnie przed oczami
stanął mi obraz zaspanego chłopaka z leniwie zmierzwionymi włosami
i ciepłymi, zielonymi oczami. Ten jego uroczy, jeszcze niedobudzony
uśmiech.
Serce boleśnie się
zacisnęło. Tak bardzo chciałam się w niego wtulić, zaprowadzić
do domu, sprawić, aby się uśmiechnął. Tak bardzo chciałam tego
uśmiechu na jego miękkich, ciepłych wargach.
- Nie musisz dziękować
– odparł męski głos, a ja poczułam świeże łzy. – To ja
dziękuję, że przy niej jesteś.
- Ona jest niesamowita,
jak mógłbym inaczej? – spytał Alex, po czym słychać było jak
upił łyk, widocznie przyniesionej przez tatę kawy.
- Owszem, jest. Jest też
silna, wyjdzie z tego – powiedział starszy mężczyzna, biorąc
głęboki oddech.
- Owszem, wiele przeszła
i jestem wdzięczny, że została z kimś takim jak ja – szepnął
Alex, odstawiając kubek na szafkę obok.
- Oboje jesteście
niesamowici.
Poczułam jak serce
wypełnia ból. Powinnam być przy nich. Móc ich przytulić i
cieszyć się z nimi. To ja powinnam ich poznać ze sobą, a nie..
nie powinni poznawać się w takich okolicznościach. Powinni być
radośni.
Alex powinien czuć ten
śmieszny strach przed poznaniem mojego taty, a mama go rozśmieszać.
Tata pewnie odstawiłby przedstawienie surowego rodzica, po czym
usiedliby razem oglądając mecz.
Wszystko powinno potoczyć
się zupełnie inaczej niż wyszło w rzeczywistości. Powinnam przy
nim być. Być przy nich, z nimi. Śmiać się i czuć ich. A oni
czuliby mnie, moją obecność.
CHCĘ STĄD WYJŚĆ!
BŁAGAM, CHCĘ STĄD
WYJŚĆ!
Nie słyszałam dalszej
rozmowy między dwoma facetami, których kochałam, dla których
musiałam wrócić. Którym nie mogłam odebrać radości i
przyszłości, w której bylibyśmy wszyscy razem.
Nie mogłam zrobić tego
sobie, im, mamie, naszym przyjaciołom. Nie mogłam tego zrobić
Maxowi.
Obiecałam, że będę
szczęśliwa i miałam zamiar tej obietnicy dotrzymać. Dlatego
musiałam zacząć zbierać siłę na to, co nieuniknione.
*
* *
- Nie w szkole? –
rzucił jako przywitanie, a na sam dźwięk jego głosu miałam
ochotę się rozpłakać, krzyczeć ze złości i rozpłynąć się
ze słodyczy.
Szlag, weź się w
garść Collins!
- Nie podrywasz
kolejnych lasek? – odburknęłam siląc się aby wcisnąć w to jak
najwięcej jadu.
- Jedna właśnie
paraduje w moim domu. Możesz się na nią natknąć w łazience –
odparł widocznie tracąc humor, po czym dodał trochę weselej. –
Przechodząc obok lustra oczywiście.
Wywróciłam oczami
próbując się nie roześmiać i nie rozpłakać jednocześnie.
Cholera, co on ze mną zrobił przez te kilka ostatnich dni?!
Weź się w garść,
do diabła!
- Te, Casanova?
Gotujesz dziś obiad. O której będziesz? – rzuciłam niby
obojętnie, ciągle tocząc w sobie tę dziwną walkę.
- A co? Już się pani
stęskniła? – spytał, lecz kiedy odpowiedziało mu tylko moje
westchnienie, dorzucił jeszcze. – Za godzinę.
- Świetnie, więc
skoczysz po drodze do sklepu. Kupisz ser żółty i szynkę.
- Przecież jest
jeszcze..
- Jak mówię, że nie
ma, to nie ma – odburknęłam i się rozłączyłam, aby nie
ciągnąć tej dziecinnej rozmowy.
- No co? –
westchnęłam w końcu, przyglądając mu się.
Niewiele się zmienił
odkąd go ostatnio widziałam. Włosy nadal w seksownym nieładzie –
szlag by go trafił – oczy z tym swoim tajemniczym błyskiem.
Miękkie, ciepłe wargi, w których tak łatwo się…
Wargi. Poruszają się.
Kurcze, on coś mówi,
a ja nie jestem w stanie się skupić na tym, ponieważ fantazjuję…
o nim. Och, to takie beznadziejne.
- Możesz powtórzyć?
– spytałam starając się aby zabrzmiało to tak obojętnie, jak
tylko potrafiłam.
Chłopak spojrzał na
mnie przymrużając swoje cudne oczy w wyrazie przyjemnego
zaskoczenia, bądź też niedowierzania, czemu towarzyszył uroczy
uśmieszek.
Boże, dlatego on musi
być taki piękny?! Nie mogłeś wpakować mnie do domu z jakąś
staruszką? Wysłuchiwałbyś znacznie mniej marudzenia, ułatwiając
przy tym życie nam oboju. Pomyśl o tym następnym razem!
Nieświadomie
przygryzłam dolną wargę wpatrując się w każdy jego, nawet
najdrobniejszy, ruch, każde napięcie mięśni i ich rozluźnienie.
Zdecydowanie go
pragnęłam. Byłam w nim totalnie i nieodwracalnie zauroczona.
Możliwe, że nawet zakochana. Zakochana miłością od pierwszego
wejrzenia.
W sumie, zaglądając
w przeszłość, możliwe że już wtedy kiedy na siebie wpadliśmy
byłam w nim zakochana. I ta myśl była koszmarna, ponieważ to by
świadczyło o tym, że zakochałam się w kolejnym dupku, który
stanął na mojej drodze.
Zdecydowanie nie
jesteś normalna, Collins – burknęła moja podświadomość,
której miałam już coraz bardziej dosyć i zastanawiałam się, czy
gdybym jej odburknęła to by się zamknęła.
Cóż, pewnie nie.
Przeskakiwałam przez
wspomnienia, uśmiechając się przy tym, tym swoim głupkowatym
uśmieszkiem. Alex był niesamowity, nawet jako wredny i zadziorny
dupek. Tak samo jak Max. Byli tak bardzo do siebie podobni.
Tym razem nie waliłam w
barierę, nie skupiałam się nawet na tym co działo się poza moim
nieruchomym ciałem. Spoczywałam na dnie świadomości,
przypominając sobie historię z blondynem i innymi przyjaciółmi.
Czerpałam z tego radość i jakąś dziwną siłę.
Siłę do ataku na samą
siebie.
*
* *
Dźwięki znajomej
melodii były słyszalne już od dłuższego czasu. Na niczyjej
twarzy nie było widać uśmiechu, a zamiast tego łzy spływały po
ich policzkach. Co najdziwniejsze, żadna kobieta nie miała na sobie
makijażu.
W tłumie zobaczyłam
swoich przyjaciół. Nox. Marine. Shann. Ass. Matt. Amy. Josh. Eli.
Dex. Beth. Nate. Lily. Spike. Lana. A na przedzie szedł Alex w
towarzystwie moich rodziców. Szli wolno, pogrążeni w zadumie.
Wszyscy ubrani na czarno.
Pogrzeb.
Chciałam w tłumie
dojrzeć siebie, lecz nie byłam w stanie. Widocznie był mi to ktoś
bliski, skoro nie dałam rady pójść na tę ceremonię.
Może Eleein?
Błagam, aby to nie była
Eleein, tego bym chyba nie przeżyła.
Później sceneria się
zmieniła. Wszyscy stali nad grobem, patrząc w dół pustym
wzrokiem. Ktoś coś mówił, lecz nie słyszałam tego co
konkretnie, przyglądałam się Alexowi.
Kiedy uniósł głowę,
przeraziłam się. Oczy były puste, niemalże szare. Nie pozostało
w nich nic z żywej, niemalże płynnej zieleni, którą tak dobrze
znałam. Twarz również straciła kolory i przybrała barwę
papierowej szarości.
Chłopak delikatnie się
garbił, był cichy i przygaszony. Ramiona luźno zwisały po jego
obu stronach. Znałam tę postawę. Był zrezygnowany.
I w tamtej chwili
domyśliłam się nad czyim grobem staliśmy.
Alex, błagam…
Nie potrafiłam znieść
widoku go w takim stanie. Nie mógł tak skończyć. Nie on. Nie
teraz. Doskonale znałam to uczucie, tę postawę i to pozbawione
wszelkich emocji spojrzenie.
- Nigdy nie powiedziałaś,
że mnie kochasz – szepnął spokojnie, niemalże obojętnie.
Poczułam jak serce pęka
mi na milion części i wtedy prawda uderzyła mnie w twarz. Nie
mogłam do tego dopuścić. Nie mogłam zostawić go w takim stanie,
nie mogłam doprowadzić to takiej sytuacji.
Nie mogłam się poddać.
Widok Alexa bez
jakichkolwiek emocji był przerażający. Tak jakby.. jakby umarł, a
jedynie ciało się poruszało bardziej z nawyku niż chęci.
To nie mogło go spotkać.
Pamiętałam jak okropne było to doznanie i zdecydowanie nie mogło
to spotkać Alexa. Nie teraz, nie nigdy.
Dopiero po chwili
odważyłam się podnieść wzrok na tabliczkę – nawet jeszcze nie
płytę nagrobną – i zamarłam.
Victoria Emilly
Collins
Kocham cię!
- Kocham cię –
krzyknęłam zrywając się.
*
* *
- Kocham cię –
krzyknęłam zrywając się ze łzami w oczach i doznałam kilku
rzeczy w jednym momencie.
Poczułam silne
szarpnięcie w rękach, piersi i okolicy twarzy oraz przeszywający
głowę ból połączony ze zdecydowanie silnymi mdłościami.
Rurki, które były
przytwierdzone do ciała usilnie chciały przycisnąć mnie z
powrotem do łóżka szpitalnego, lecz nie potrafiłam im się
poddać.
Czułam rozpierającą
radość. Przezwyciężyłam bariery umysłu, odzyskałam władzę
nad swoim ciałem, z czego umysł zdecydowanie nie był zadowolony, a
okazywał to silnym, promieniującym bólem.
Zielone oczu z początku
spoczywające przy mojej dłoni nagle podniosły się i rozszerzyły
zaskoczone. Były nadal zielone, dzięki Bogu!
- Vik… - szepnął, po
czym przysunął się, napierając wargami na moje usta.
Nie pamiętam aby
kiedykolwiek całował mnie w taki sposób. Aby ktokolwiek,
kiedykolwiek całował mnie w TAKI sposób.
Palce bez problemu
wsunęły się w moje włosy, a język rozchylił wargi wsuwając się
odważnie do środka. Całe ciało poruszyło się niespokojnie pod
wpływem tego doznania. Przesunęłam koniuszkiem języka po jego
języku, łącząc się z nim we francuskim pocałunku. Cholernie
tęsknym i łapczywym pocałunku tak, jakby to miałby być ostatni w
naszym życiu.
Odsunęliśmy się od
siebie dopiero w momencie, gdy dobiegł nas dźwięk znaczącego
chrząknięcia. Czułam jak moje policzki wręcz płoną, a
przyspieszony oddech wolno się normował.
- Widzę, że nasza
królewna w końcu się obudziła – odparł tata z delikatnym
uśmiechem, wchodząc do Sali wolnym krokiem.
- Tata – szepnęłam z
uśmiechem i chciałam się poderwać aby go przytulić, lecz rurki
blokowały mi ruchy.
- Spokojnie, musisz
odpoczywać – odparł tata siadając obok blondyna i posłał mi to
swoje ciepłe spojrzenie.
- Jak długo….? –
szepnęłam marszcząc delikatnie brwi.
Obaj wciągnęli głośno
powietrze i spojrzeli po sobie, jakby przekazując niemą wiadomość.
Nie dobrze. Uniosłam brew wpatrzona w nich w tej wyczekujący,
nieznoszący sprzeciwu sposób.
- Około dwóch tygodni –
powiedział w końcu blondyn.
Wciągnęłam głośno
powietrze do płuc. Dwa tygodnie? O Boże, to szmat czasu. Co ze
szkołą? Tyle do nadrobienia. Matko, dwa tygodnie to musiała być
dla nich męczarnia. Przynajmniej dla mnie by była.
Położyłam się płasko
i zacisnęłam palce na dłoni blondyna. Zrobiło mi się nagle
niedobrze. Wspomnienia tamtego wydarzenia powróciły tak silnie,
jakby stało się to przed chwilą.
- Co z Natem? –
spytałam przygryzając nerwowo wargę.
- Wyszedł następnego
dnia. Chciał tu ze mną siedzieć, lecz lekarz kazał mu leżeć i
odpoczywać – odparł chłopak ze słyszalną troską w głosie.
- Tato… mógłbyś…?
- Oczywiście skarbie –
westchnął, lecz mimo to wiedziałam, że rozumie.
Dźwignął się z
krzesła i pochylił w moim kierunku, następnie muskając wargami
czoło w tym ojcowskim, czułym geście. Uśmiechnęłam się
delikatnie pod nosem, czując jego obecność tuż obok.
- Macie wiele do
nadrobienia, a ja poszukam mamy – szepnął i już po chwili go nie
było.
Poczułam nasilające się
mdłości i delikatnie się skrzywiłam czując podchodzącą do
gardła żółć. Nacisnęłam na czerwony przycisk, wzywając tym
samym pielęgniarkę i potarłam zmęczone powieki.
Po kilkunastu minutach
siedziałam spokojniej, bez tych wszystkich rurek i przyssawek,
którymi wcześniej byłam obklejona. Już jedyną rzeczą, która
mnie zniewalała była podłączona do mojej żyły kroplówka.
Spojrzałam na blondyna
zupełnie nie wiedząc jak zacząć to o co musiałam spytać.
Poczułam jak całym ciałem wstrząsnęły silne dreszcze na samą
myśl o tym wszystkim.
- Alex? – szepnęłam
niepewnie przyglądając się blondynowi.
- Tak? – spytał i
przysunął się bliżej mnie.
Spuściłam wzrok na
nasze splecione dłonie i przygryzłam nerwowo wargę, biorąc
głębokie, kojące oddechy. Żołądek niemalże sunął do góry,
starając się wydostać na zewnątrz.
- Czy on…?
Widziałam jak chłopak
stężał pod wpływem ciężaru tego pytania. Zęby się zacisnęły,
a szczęka znacznie napięła, z resztą tak samo jak i reszta
mięśni.
Blondyn spojrzał w bok,
biorąc oczyszczający wdech i zacisnął wolną dłoń na swoim
kolanie. Był zdenerwowany. Jak wiele wiedział?
- Ten gnój ma szczęście,
że żyje – warknął.
Przyrzekam, że go
zabije, a wiesz, że jestem do tego zdolny. Poczułam jak dreszcz
przeszedł wzdłuż moich pleców. Do czego chłopak się posunął?
I znowu pojawiło się to samo pytanie: Jak wiele wiedział?
Rozchyliłam wargi, aby
go o to zapytać, lecz w tym samym momencie odwrócił gwałtownie
głowę w moją stronę. Dostrzegłam na jego twarzy wręcz
wymalowaną udrękę i ból, które sięgnęły nawet jego pięknych,
ciepłych, szmaragdowych oczu.
- Nie masz pojęcia co
czułem, Vik – szepnął żałośnie, jakby miał się zaraz
rozpłakać. Ujął moją dłoń w dwie swoje i ścisnął ją
mocniej. – Krzyk było słychać aż w domu, rozumiesz to?
Myślałem, że odejdę od zmysłów nie mogąc cię znaleźć –
ciągnął patrząc na mnie z niemym błaganiem. Zrozum mnie.
– A kiedy dobiegliśmy… myślałem, że go zabiję. Naprawdę,
miałem tę pieprzoną ochotę zatłuc go na śmierć kiedy
zobaczyłem jak ściąga z ciebie spodnie – warknął i potrząsnął
głową, jakby chciał wyrzucić ten obraz z głowy. – Nie pamiętam
nawet jakim cudem Josh mnie z niego ściągnął, naprawdę.
- Wróci? – jęknęłam
o wiele wyżej niż zamierzałam.
Z piersi chłopaka
wydobyło się głośne westchnienie, a chwilę później leżał
obok mnie na szpitalnym łóżku. Przysunął się bliżej i oplótł
ramieniem moją talię, niemalże do siebie przyciskając.
- Oczywiście, że nie
wróci. Miał przyspieszoną rozprawę. Skazany na 5 lat i zakaz
zbliżania się do ciebie na 500 metrów – wyszeptał mi wprost do
ucha.
Skinęłam głową
przetrawiając to, co właśnie powiedział. Taylor siedział w
więzieniu, a Alex przeszkodził mu w najgorszym. Przypomniałam
sobie o tym, jak bolały uderzenia i kopniaki. Chciałam zapytać jak
fatalnie wyglądam, czy siniaki nadal są widoczne, lecz postanowiłam
odpuścić. Mieliśmy powody do radości.
Nigdy więcej Taylora.
Nigdy.
*
* *
- Naprawdę powinnaś
spróbować tych orzechowych – powiedziała mama z łyżeczką w
ustach.
Poprzedniego dnia, zaraz
po obudzeniu, pielęgniarki poprosiły, aby nie przychodziło zbyt
wiele osób, za co po części byłam im wdzięczna. Pozwoliły
zostać w sali chociaż Alexowi.
Lecz już następnego
dnia nawet zabrali kroplówkę i moje żyły były znowu
nienaruszane. Tak, zdecydowanie lepiej czułam się bez wenflonu
wbitego w skórę, który nie dawał o sobie zapomnieć. Brrr,
okropne uczucie.
A skoro zabrali to
narzędzie szatana, widocznie było ze mną już dość dobrze, więc
pozwolili na odwiedziny. I właśnie dzięki temu teraz siedziałam w
sali z rodzicami i Alexem, opychając się lodami.
Przy mamie i tacie nawet
nie chciał myśleć o tym, aby znowu się koło mnie położyć, co
wydało mi się nawet dość zabawne. Jednakże po wykorzystaniu
całego swojego uroku i przypomnieniu tego iż pacjentowi się nie
odmawia, ostatecznie wylądował obok mnie.
Zastygłam z łyżeczką
w lodach Alexa o smaku krówki, przenosząc spojrzenie na kobietę
siedzącą w nogach łóżka. Ostatecznie skończyło się tak, że
cała nasza czwórka siedziała na łóżku, co musiało wyglądać
stosunkowo dość komicznie, biorąc pod uwagę, że dwoje z nas było
już po czterdziestce.
Każde z nas siedziało
po turecku, my z Alexem opierając się plecami o ścianę, a rodzice
o barierkę, kończącą łózko.
Wsunęłam sobie do ust
zawartość łyżeczki, po czym niemalże skoczyłam ku mamie,
podkradając z jej pudełka trochę orzechowych lodów. Gdy tylko
znalazły się na języku, wybuchły orgią smaków, a cała trójka
roześmiała się widząc moją minę.
- Są niesamowite –
wymruczałam i podkradłam mamie jeszcze trochę, wsuwając
blondynowi do ust.
I już po chwili
wiedziałam z czego się tak śmiali. Twarz chłopaka rozciągnęła
się w niemalże rozkosznym uśmiechu, a powieki same opadły w dół.
Przygryzłam wargę obserwując jego niemalże walkę z jękiem.
Trąciłam go w ramię,
przypominając o obecności rodziców, a kiedy chłopak spłonął
rumieńcem, wszyscy się roześmialiśmy.
Posłałam jadowite
spojrzenie lodom orzechowym, mamrocząc coś o pomiocie diabelskim,
po czym ponownie się roześmiałam, odchylając głowę do tyłu, a
blond włosy zsunęły się z ramion na plecy.
Spojrzałam na czapkę,
którą mama miała na głowie i zmarszczyłam delikatnie brwi. Jak
to możliwe, że wcześniej jej nie zauważyłam? Tak samo jak brak
kolorów na jej twarzy. Policzki zawsze były rumiane. Skóra stała
się wysuszona i pokryta wypryskami. Przeniosłam spojrzenie na jej
paznokcie i przygryzłam mocniej wargę. Połamane, pokryte bruzdami.
- Co ci się stało? –
szepnęłam czując jak zimne poty spłynęły wzdłuż pleców.
Kiedy pochwyciłam
spojrzenie mamy, ta odwróciła głowę tak, jakbym wymierzyła jej
policzek. Pochyliłam się w jej stronę, lecz pomiędzy nami wyrósł
tata, blokując mi dostęp do kobiety.
- Zbyt mało witamin –
powiedział spokojnie, lecz w taki sposób, że cofnęłam się na
swoje miejsce.
Oparłam się o Alexa,
nie mając ochoty na lody, lecz i tak wszyscy kończyliśmy je w
milczeniu. Dostrzegłam spojrzenie, jakim tata obdarzył mamę. Było
ono pełne troski i… czułości?
Potrząsnęłam lekko
głową. Musiałam się przewidzieć. Jakim cudem takie uczucia?
Prawie rok temu się rozwiedli, nie mogli żywić do siebie takich
uczuć. Prawda?
Jednakże spoglądając
na mamę wiedziałam, że coś jest nie tak. I zdecydowanie nie
chodziło o niedobór witamin w organizmie. Wyglądała ona jak cień
siebie sprzed lat, tak jakby okres jej świetności przeminął.
Poczułam ukłucie w
sercu i spuściłam wzrok do pustego pudełka po lodach. Martwiłam
się o nią. Wzięłam głęboki oddech do płuc, próbując pozbyć
się dziwnego wrażenia, że dzieje się coś zdecydowanie gorszego.
Lecz nawet w takiej
chwili nie potrafiłam powiedzieć jej, że ją kocham. Nie to, żebym
jej nie kochała – kochałam. Nawet jeśli powtarzałam w kółko,
że tak nie jest, że jej nienawidzę, to kochałam. Jednakże nie
potrafiłam się do tego przyznać. Nawet w momencie, kiedy działo
się z nią coś złego.
Wybacz mi Boże, bo
zgrzeszyłam.
AJAJAJAJAJAJA JA CHCEM WIĘĘĘCEEEEEEEJ *-*
OdpowiedzUsuńpisz.pisz.pisz ;*
OdpowiedzUsuńpisz.pisz.pisz
OdpowiedzUsuń