czwartek, 6 września 2012

Rozdział 18


Nie wiedziałam ile dni minęło. Budziłam się i zasypiałam, a w tym całym cyklu dawno zgubiłam rachubę. Albo inaczej – nigdy jej nie miałam. Nie miałam pojęcia jak długo byłam nie przytomna dopóki się nie obudziłam, przynajmniej w umyśle.
Kilka razy słyszałam różne głosy, a im zawsze towarzyszył głęboki pomruk Alexandra. Pomimo całego martwienia się o jego stan, obecność chłopaka dodawała mi jakiejś pewności.
Dopóki tu był, była nadzieja, że będzie dobrze, prawda? Nadzieja na to, że się obudzę, a on wciąż będzie mnie kochał. Nadzieja na lepsze jutro.
- Alexandre, musisz się przespać – usłyszałam znajomy głos i niemalże wybuchłam płaczem.
Zaczęłam uderzać w barierę krzycząc w głowie tak głośno, iż miałam wrażenie że zemdleję z bólu. Nie czułam zmęczenia, jedynie wściekłość.
PUŚĆ MNIE!
Jednakże bariera ciągle tam stała, mając w głębokim poważaniu moje potrzeby i pragnienia. Jakim cudem stałam się w tak żałosnej sytuacji?!
PUŚĆ MNIE!
Niemalże wiłam się z bólu słysząc głos taty i nie mogąc do niego podejść. I mama też była obok. Oni byli razem, tutaj. A on się o nią martwił.
Mamo, przepraszam.
- Mogą państwo skorzystać z naszego domu – powiedział Alex, a chwilę później słychać było brzdęk wyciąganych kluczy.
- Ty też powinieneś odpocząć, chłopcze – powiedziała zbolałym głosem mama, a ja poczułam guz formujący się w podbrzuszu.
- Zostanę z nią, aż się obudzi.
NIE ŚPIĘ!
Miałam ochotę się rozpłakać, lecz to durne ciało w ogóle mnie nie słuchało. Jak miałam żyć w takim stanie? Czy tak właśnie wyglądała wegetacja? Czy wolałabym umrzeć niż żyć w takim stanie?
Nawet o tym nie myśl, skarciłam się w myślach i zadrżałam na samą myśl.
Nie mogłabym zabrać Alexowi nadziei na to, że jeszcze możemy być razem. Nie mogłam jej zabrać samej sobie. Nie mogłam pozwolić mu na to, co ja przeżywałam z Maxem.
CHCĘ STĄD WYJŚĆ!
Znowu uderzyłam w barierę i opadłam na dno, wijąc się roztrzęsiona. Nie mogłam się poddawać, miałam dla kogo walczyć, dla kogo wrócić.
Jednakże musiałam zbierać siły na wielki powrót. Musiałam przygotować wielki atak na własną siebie. I lepiej, abym nie była na to przygotowana.


* * *

- … kawę – szepnął blondyn zaspanym głosem.
Momentalnie przed oczami stanął mi obraz zaspanego chłopaka z leniwie zmierzwionymi włosami i ciepłymi, zielonymi oczami. Ten jego uroczy, jeszcze niedobudzony uśmiech.
Serce boleśnie się zacisnęło. Tak bardzo chciałam się w niego wtulić, zaprowadzić do domu, sprawić, aby się uśmiechnął. Tak bardzo chciałam tego uśmiechu na jego miękkich, ciepłych wargach.
- Nie musisz dziękować – odparł męski głos, a ja poczułam świeże łzy. – To ja dziękuję, że przy niej jesteś.
- Ona jest niesamowita, jak mógłbym inaczej? – spytał Alex, po czym słychać było jak upił łyk, widocznie przyniesionej przez tatę kawy.
- Owszem, jest. Jest też silna, wyjdzie z tego – powiedział starszy mężczyzna, biorąc głęboki oddech.
- Owszem, wiele przeszła i jestem wdzięczny, że została z kimś takim jak ja – szepnął Alex, odstawiając kubek na szafkę obok.
- Oboje jesteście niesamowici.
Poczułam jak serce wypełnia ból. Powinnam być przy nich. Móc ich przytulić i cieszyć się z nimi. To ja powinnam ich poznać ze sobą, a nie.. nie powinni poznawać się w takich okolicznościach. Powinni być radośni.
Alex powinien czuć ten śmieszny strach przed poznaniem mojego taty, a mama go rozśmieszać. Tata pewnie odstawiłby przedstawienie surowego rodzica, po czym usiedliby razem oglądając mecz.
Wszystko powinno potoczyć się zupełnie inaczej niż wyszło w rzeczywistości. Powinnam przy nim być. Być przy nich, z nimi. Śmiać się i czuć ich. A oni czuliby mnie, moją obecność.
CHCĘ STĄD WYJŚĆ!
BŁAGAM, CHCĘ STĄD WYJŚĆ!
Nie słyszałam dalszej rozmowy między dwoma facetami, których kochałam, dla których musiałam wrócić. Którym nie mogłam odebrać radości i przyszłości, w której bylibyśmy wszyscy razem.
Nie mogłam zrobić tego sobie, im, mamie, naszym przyjaciołom. Nie mogłam tego zrobić Maxowi.
Obiecałam, że będę szczęśliwa i miałam zamiar tej obietnicy dotrzymać. Dlatego musiałam zacząć zbierać siłę na to, co nieuniknione.


* * *

- Nie w szkole? – rzucił jako przywitanie, a na sam dźwięk jego głosu miałam ochotę się rozpłakać, krzyczeć ze złości i rozpłynąć się ze słodyczy.
Szlag, weź się w garść Collins!
- Nie podrywasz kolejnych lasek? – odburknęłam siląc się aby wcisnąć w to jak najwięcej jadu.
- Jedna właśnie paraduje w moim domu. Możesz się na nią natknąć w łazience – odparł widocznie tracąc humor, po czym dodał trochę weselej. – Przechodząc obok lustra oczywiście.
Wywróciłam oczami próbując się nie roześmiać i nie rozpłakać jednocześnie. Cholera, co on ze mną zrobił przez te kilka ostatnich dni?!
Weź się w garść, do diabła!
- Te, Casanova? Gotujesz dziś obiad. O której będziesz? – rzuciłam niby obojętnie, ciągle tocząc w sobie tę dziwną walkę.
- A co? Już się pani stęskniła? – spytał, lecz kiedy odpowiedziało mu tylko moje westchnienie, dorzucił jeszcze. – Za godzinę.
- Świetnie, więc skoczysz po drodze do sklepu. Kupisz ser żółty i szynkę.
- Przecież jest jeszcze..
- Jak mówię, że nie ma, to nie ma – odburknęłam i się rozłączyłam, aby nie ciągnąć tej dziecinnej rozmowy.


- No co? – westchnęłam w końcu, przyglądając mu się.
Niewiele się zmienił odkąd go ostatnio widziałam. Włosy nadal w seksownym nieładzie – szlag by go trafił – oczy z tym swoim tajemniczym błyskiem. Miękkie, ciepłe wargi, w których tak łatwo się…
Wargi. Poruszają się.
Kurcze, on coś mówi, a ja nie jestem w stanie się skupić na tym, ponieważ fantazjuję… o nim. Och, to takie beznadziejne.
- Możesz powtórzyć? – spytałam starając się aby zabrzmiało to tak obojętnie, jak tylko potrafiłam.
Chłopak spojrzał na mnie przymrużając swoje cudne oczy w wyrazie przyjemnego zaskoczenia, bądź też niedowierzania, czemu towarzyszył uroczy uśmieszek.
Boże, dlatego on musi być taki piękny?! Nie mogłeś wpakować mnie do domu z jakąś staruszką? Wysłuchiwałbyś znacznie mniej marudzenia, ułatwiając przy tym życie nam oboju. Pomyśl o tym następnym razem!
Nieświadomie przygryzłam dolną wargę wpatrując się w każdy jego, nawet najdrobniejszy, ruch, każde napięcie mięśni i ich rozluźnienie.
Zdecydowanie go pragnęłam. Byłam w nim totalnie i nieodwracalnie zauroczona. Możliwe, że nawet zakochana. Zakochana miłością od pierwszego wejrzenia.
W sumie, zaglądając w przeszłość, możliwe że już wtedy kiedy na siebie wpadliśmy byłam w nim zakochana. I ta myśl była koszmarna, ponieważ to by świadczyło o tym, że zakochałam się w kolejnym dupku, który stanął na mojej drodze.
Zdecydowanie nie jesteś normalna, Collins – burknęła moja podświadomość, której miałam już coraz bardziej dosyć i zastanawiałam się, czy gdybym jej odburknęła to by się zamknęła.
Cóż, pewnie nie.


Przeskakiwałam przez wspomnienia, uśmiechając się przy tym, tym swoim głupkowatym uśmieszkiem. Alex był niesamowity, nawet jako wredny i zadziorny dupek. Tak samo jak Max. Byli tak bardzo do siebie podobni.
Tym razem nie waliłam w barierę, nie skupiałam się nawet na tym co działo się poza moim nieruchomym ciałem. Spoczywałam na dnie świadomości, przypominając sobie historię z blondynem i innymi przyjaciółmi. Czerpałam z tego radość i jakąś dziwną siłę.
Siłę do ataku na samą siebie.


* * *

Dźwięki znajomej melodii były słyszalne już od dłuższego czasu. Na niczyjej twarzy nie było widać uśmiechu, a zamiast tego łzy spływały po ich policzkach. Co najdziwniejsze, żadna kobieta nie miała na sobie makijażu.
W tłumie zobaczyłam swoich przyjaciół. Nox. Marine. Shann. Ass. Matt. Amy. Josh. Eli. Dex. Beth. Nate. Lily. Spike. Lana. A na przedzie szedł Alex w towarzystwie moich rodziców. Szli wolno, pogrążeni w zadumie. Wszyscy ubrani na czarno.
Pogrzeb.
Chciałam w tłumie dojrzeć siebie, lecz nie byłam w stanie. Widocznie był mi to ktoś bliski, skoro nie dałam rady pójść na tę ceremonię.
Może Eleein?
Błagam, aby to nie była Eleein, tego bym chyba nie przeżyła.
Później sceneria się zmieniła. Wszyscy stali nad grobem, patrząc w dół pustym wzrokiem. Ktoś coś mówił, lecz nie słyszałam tego co konkretnie, przyglądałam się Alexowi.
Kiedy uniósł głowę, przeraziłam się. Oczy były puste, niemalże szare. Nie pozostało w nich nic z żywej, niemalże płynnej zieleni, którą tak dobrze znałam. Twarz również straciła kolory i przybrała barwę papierowej szarości.
Chłopak delikatnie się garbił, był cichy i przygaszony. Ramiona luźno zwisały po jego obu stronach. Znałam tę postawę. Był zrezygnowany.
I w tamtej chwili domyśliłam się nad czyim grobem staliśmy.
Alex, błagam…
Nie potrafiłam znieść widoku go w takim stanie. Nie mógł tak skończyć. Nie on. Nie teraz. Doskonale znałam to uczucie, tę postawę i to pozbawione wszelkich emocji spojrzenie.
- Nigdy nie powiedziałaś, że mnie kochasz – szepnął spokojnie, niemalże obojętnie.
Poczułam jak serce pęka mi na milion części i wtedy prawda uderzyła mnie w twarz. Nie mogłam do tego dopuścić. Nie mogłam zostawić go w takim stanie, nie mogłam doprowadzić to takiej sytuacji.
Nie mogłam się poddać.
Widok Alexa bez jakichkolwiek emocji był przerażający. Tak jakby.. jakby umarł, a jedynie ciało się poruszało bardziej z nawyku niż chęci.
To nie mogło go spotkać. Pamiętałam jak okropne było to doznanie i zdecydowanie nie mogło to spotkać Alexa. Nie teraz, nie nigdy.
Dopiero po chwili odważyłam się podnieść wzrok na tabliczkę – nawet jeszcze nie płytę nagrobną – i zamarłam.

Victoria Emilly Collins

Kocham cię!
- Kocham cię – krzyknęłam zrywając się.


* * *

- Kocham cię – krzyknęłam zrywając się ze łzami w oczach i doznałam kilku rzeczy w jednym momencie.
Poczułam silne szarpnięcie w rękach, piersi i okolicy twarzy oraz przeszywający głowę ból połączony ze zdecydowanie silnymi mdłościami.
Rurki, które były przytwierdzone do ciała usilnie chciały przycisnąć mnie z powrotem do łóżka szpitalnego, lecz nie potrafiłam im się poddać.
Czułam rozpierającą radość. Przezwyciężyłam bariery umysłu, odzyskałam władzę nad swoim ciałem, z czego umysł zdecydowanie nie był zadowolony, a okazywał to silnym, promieniującym bólem.
Zielone oczu z początku spoczywające przy mojej dłoni nagle podniosły się i rozszerzyły zaskoczone. Były nadal zielone, dzięki Bogu!
- Vik… - szepnął, po czym przysunął się, napierając wargami na moje usta.
Nie pamiętam aby kiedykolwiek całował mnie w taki sposób. Aby ktokolwiek, kiedykolwiek całował mnie w TAKI sposób.
Palce bez problemu wsunęły się w moje włosy, a język rozchylił wargi wsuwając się odważnie do środka. Całe ciało poruszyło się niespokojnie pod wpływem tego doznania. Przesunęłam koniuszkiem języka po jego języku, łącząc się z nim we francuskim pocałunku. Cholernie tęsknym i łapczywym pocałunku tak, jakby to miałby być ostatni w naszym życiu.
Odsunęliśmy się od siebie dopiero w momencie, gdy dobiegł nas dźwięk znaczącego chrząknięcia. Czułam jak moje policzki wręcz płoną, a przyspieszony oddech wolno się normował.
- Widzę, że nasza królewna w końcu się obudziła – odparł tata z delikatnym uśmiechem, wchodząc do Sali wolnym krokiem.
- Tata – szepnęłam z uśmiechem i chciałam się poderwać aby go przytulić, lecz rurki blokowały mi ruchy.
- Spokojnie, musisz odpoczywać – odparł tata siadając obok blondyna i posłał mi to swoje ciepłe spojrzenie.
- Jak długo….? – szepnęłam marszcząc delikatnie brwi.
Obaj wciągnęli głośno powietrze i spojrzeli po sobie, jakby przekazując niemą wiadomość. Nie dobrze. Uniosłam brew wpatrzona w nich w tej wyczekujący, nieznoszący sprzeciwu sposób.
- Około dwóch tygodni – powiedział w końcu blondyn.
Wciągnęłam głośno powietrze do płuc. Dwa tygodnie? O Boże, to szmat czasu. Co ze szkołą? Tyle do nadrobienia. Matko, dwa tygodnie to musiała być dla nich męczarnia. Przynajmniej dla mnie by była.
Położyłam się płasko i zacisnęłam palce na dłoni blondyna. Zrobiło mi się nagle niedobrze. Wspomnienia tamtego wydarzenia powróciły tak silnie, jakby stało się to przed chwilą.
- Co z Natem? – spytałam przygryzając nerwowo wargę.
- Wyszedł następnego dnia. Chciał tu ze mną siedzieć, lecz lekarz kazał mu leżeć i odpoczywać – odparł chłopak ze słyszalną troską w głosie.
- Tato… mógłbyś…?
- Oczywiście skarbie – westchnął, lecz mimo to wiedziałam, że rozumie.
Dźwignął się z krzesła i pochylił w moim kierunku, następnie muskając wargami czoło w tym ojcowskim, czułym geście. Uśmiechnęłam się delikatnie pod nosem, czując jego obecność tuż obok.
- Macie wiele do nadrobienia, a ja poszukam mamy – szepnął i już po chwili go nie było.
Poczułam nasilające się mdłości i delikatnie się skrzywiłam czując podchodzącą do gardła żółć. Nacisnęłam na czerwony przycisk, wzywając tym samym pielęgniarkę i potarłam zmęczone powieki.
Po kilkunastu minutach siedziałam spokojniej, bez tych wszystkich rurek i przyssawek, którymi wcześniej byłam obklejona. Już jedyną rzeczą, która mnie zniewalała była podłączona do mojej żyły kroplówka.
Spojrzałam na blondyna zupełnie nie wiedząc jak zacząć to o co musiałam spytać. Poczułam jak całym ciałem wstrząsnęły silne dreszcze na samą myśl o tym wszystkim.
- Alex? – szepnęłam niepewnie przyglądając się blondynowi.
- Tak? – spytał i przysunął się bliżej mnie.
Spuściłam wzrok na nasze splecione dłonie i przygryzłam nerwowo wargę, biorąc głębokie, kojące oddechy. Żołądek niemalże sunął do góry, starając się wydostać na zewnątrz.
- Czy on…?
Widziałam jak chłopak stężał pod wpływem ciężaru tego pytania. Zęby się zacisnęły, a szczęka znacznie napięła, z resztą tak samo jak i reszta mięśni.
Blondyn spojrzał w bok, biorąc oczyszczający wdech i zacisnął wolną dłoń na swoim kolanie. Był zdenerwowany. Jak wiele wiedział?
- Ten gnój ma szczęście, że żyje – warknął.
Przyrzekam, że go zabije, a wiesz, że jestem do tego zdolny. Poczułam jak dreszcz przeszedł wzdłuż moich pleców. Do czego chłopak się posunął? I znowu pojawiło się to samo pytanie: Jak wiele wiedział?
Rozchyliłam wargi, aby go o to zapytać, lecz w tym samym momencie odwrócił gwałtownie głowę w moją stronę. Dostrzegłam na jego twarzy wręcz wymalowaną udrękę i ból, które sięgnęły nawet jego pięknych, ciepłych, szmaragdowych oczu.
- Nie masz pojęcia co czułem, Vik – szepnął żałośnie, jakby miał się zaraz rozpłakać. Ujął moją dłoń w dwie swoje i ścisnął ją mocniej. – Krzyk było słychać aż w domu, rozumiesz to? Myślałem, że odejdę od zmysłów nie mogąc cię znaleźć – ciągnął patrząc na mnie z niemym błaganiem. Zrozum mnie. – A kiedy dobiegliśmy… myślałem, że go zabiję. Naprawdę, miałem tę pieprzoną ochotę zatłuc go na śmierć kiedy zobaczyłem jak ściąga z ciebie spodnie – warknął i potrząsnął głową, jakby chciał wyrzucić ten obraz z głowy. – Nie pamiętam nawet jakim cudem Josh mnie z niego ściągnął, naprawdę.
- Wróci? – jęknęłam o wiele wyżej niż zamierzałam.
Z piersi chłopaka wydobyło się głośne westchnienie, a chwilę później leżał obok mnie na szpitalnym łóżku. Przysunął się bliżej i oplótł ramieniem moją talię, niemalże do siebie przyciskając.
- Oczywiście, że nie wróci. Miał przyspieszoną rozprawę. Skazany na 5 lat i zakaz zbliżania się do ciebie na 500 metrów – wyszeptał mi wprost do ucha.
Skinęłam głową przetrawiając to, co właśnie powiedział. Taylor siedział w więzieniu, a Alex przeszkodził mu w najgorszym. Przypomniałam sobie o tym, jak bolały uderzenia i kopniaki. Chciałam zapytać jak fatalnie wyglądam, czy siniaki nadal są widoczne, lecz postanowiłam odpuścić. Mieliśmy powody do radości.
Nigdy więcej Taylora.
Nigdy.

* * *

- Naprawdę powinnaś spróbować tych orzechowych – powiedziała mama z łyżeczką w ustach.
Poprzedniego dnia, zaraz po obudzeniu, pielęgniarki poprosiły, aby nie przychodziło zbyt wiele osób, za co po części byłam im wdzięczna. Pozwoliły zostać w sali chociaż Alexowi.
Lecz już następnego dnia nawet zabrali kroplówkę i moje żyły były znowu nienaruszane. Tak, zdecydowanie lepiej czułam się bez wenflonu wbitego w skórę, który nie dawał o sobie zapomnieć. Brrr, okropne uczucie.
A skoro zabrali to narzędzie szatana, widocznie było ze mną już dość dobrze, więc pozwolili na odwiedziny. I właśnie dzięki temu teraz siedziałam w sali z rodzicami i Alexem, opychając się lodami.
Przy mamie i tacie nawet nie chciał myśleć o tym, aby znowu się koło mnie położyć, co wydało mi się nawet dość zabawne. Jednakże po wykorzystaniu całego swojego uroku i przypomnieniu tego iż pacjentowi się nie odmawia, ostatecznie wylądował obok mnie.
Zastygłam z łyżeczką w lodach Alexa o smaku krówki, przenosząc spojrzenie na kobietę siedzącą w nogach łóżka. Ostatecznie skończyło się tak, że cała nasza czwórka siedziała na łóżku, co musiało wyglądać stosunkowo dość komicznie, biorąc pod uwagę, że dwoje z nas było już po czterdziestce.
Każde z nas siedziało po turecku, my z Alexem opierając się plecami o ścianę, a rodzice o barierkę, kończącą łózko.
Wsunęłam sobie do ust zawartość łyżeczki, po czym niemalże skoczyłam ku mamie, podkradając z jej pudełka trochę orzechowych lodów. Gdy tylko znalazły się na języku, wybuchły orgią smaków, a cała trójka roześmiała się widząc moją minę.
- Są niesamowite – wymruczałam i podkradłam mamie jeszcze trochę, wsuwając blondynowi do ust.
I już po chwili wiedziałam z czego się tak śmiali. Twarz chłopaka rozciągnęła się w niemalże rozkosznym uśmiechu, a powieki same opadły w dół. Przygryzłam wargę obserwując jego niemalże walkę z jękiem.
Trąciłam go w ramię, przypominając o obecności rodziców, a kiedy chłopak spłonął rumieńcem, wszyscy się roześmialiśmy.
Posłałam jadowite spojrzenie lodom orzechowym, mamrocząc coś o pomiocie diabelskim, po czym ponownie się roześmiałam, odchylając głowę do tyłu, a blond włosy zsunęły się z ramion na plecy.
Spojrzałam na czapkę, którą mama miała na głowie i zmarszczyłam delikatnie brwi. Jak to możliwe, że wcześniej jej nie zauważyłam? Tak samo jak brak kolorów na jej twarzy. Policzki zawsze były rumiane. Skóra stała się wysuszona i pokryta wypryskami. Przeniosłam spojrzenie na jej paznokcie i przygryzłam mocniej wargę. Połamane, pokryte bruzdami.
- Co ci się stało? – szepnęłam czując jak zimne poty spłynęły wzdłuż pleców.
Kiedy pochwyciłam spojrzenie mamy, ta odwróciła głowę tak, jakbym wymierzyła jej policzek. Pochyliłam się w jej stronę, lecz pomiędzy nami wyrósł tata, blokując mi dostęp do kobiety.
- Zbyt mało witamin – powiedział spokojnie, lecz w taki sposób, że cofnęłam się na swoje miejsce.
Oparłam się o Alexa, nie mając ochoty na lody, lecz i tak wszyscy kończyliśmy je w milczeniu. Dostrzegłam spojrzenie, jakim tata obdarzył mamę. Było ono pełne troski i… czułości?
Potrząsnęłam lekko głową. Musiałam się przewidzieć. Jakim cudem takie uczucia? Prawie rok temu się rozwiedli, nie mogli żywić do siebie takich uczuć. Prawda?
Jednakże spoglądając na mamę wiedziałam, że coś jest nie tak. I zdecydowanie nie chodziło o niedobór witamin w organizmie. Wyglądała ona jak cień siebie sprzed lat, tak jakby okres jej świetności przeminął.
Poczułam ukłucie w sercu i spuściłam wzrok do pustego pudełka po lodach. Martwiłam się o nią. Wzięłam głęboki oddech do płuc, próbując pozbyć się dziwnego wrażenia, że dzieje się coś zdecydowanie gorszego.
Lecz nawet w takiej chwili nie potrafiłam powiedzieć jej, że ją kocham. Nie to, żebym jej nie kochała – kochałam. Nawet jeśli powtarzałam w kółko, że tak nie jest, że jej nienawidzę, to kochałam. Jednakże nie potrafiłam się do tego przyznać. Nawet w momencie, kiedy działo się z nią coś złego.
Wybacz mi Boże, bo zgrzeszyłam.

3 komentarze: