niedziela, 16 września 2012

Rozdział 10



Nie chciałam iść do szkoły. Nie miałam siły, ochoty, ani potrzeby. Jednakże obiecałam to Spike’owi, a nie chciałam aby się martwił, więc zsunęłam się z łóżka, które niemalże błagało, abym została i wypłakała kolejne łzy w poduszkę.
Tak, wczorajsze zakończenie rozmowy z Alexem wcale mi nie pomogło. Ba! Chyba jeszcze bardziej namieszało w głowie. Boże, dlaczego ten człowiek musi być taki skomplikowany?
Jęknęłam głośno i wstałam z kanapy, którą pieszczotliwie nazywałam łóżkiem, po czym podeszłam do szafy z miną, jakbym miała się zaraz rozpłakać.
Kiedy wzięłam to co miałam z niej wziąć, ruszyłam do łazienki, a przez całą tę drogę, moje myśli krążyły dookoła wydarzeń z ostatnich dni, tworząc jeszcze większy bałagan.
Z wdzięcznością zauważyłam, że nigdzie nie widać blondyna, lecz kiedy weszłam do łazienki, łzy automatycznie zebrały się pod powiekami. Zapach jego wody kolońskiej i żelu pod prysznic jeszcze się unosił w pomieszczeniu.
Przełknęłam głośno ślinę i zamknęłam za sobą drzwi. Podeszłam do ręcznika, który był wręcz przesycony jego zapachem i jeszcze wilgotny, po czym przesunęłam po nim opuszkami palców.
Dlaczego wszystko musiało się tak spieprzyć?
Podobasz mu się, skarciła mnie własna podświadomość, mrużąc powieki znad kanciastych okularów. Dlatego zostawił tamtą. Chciał być z tobą.
No to dziwnie to rozegrał, burknęłam starając się uciszyć babcię Podświadomość, która w sumie była tak doświadczona jak ja.
Boże, co się ze mną dzieje? Nie dość, że gadam sama ze sobą, to jeszcze wariuję przez faceta, którego znam nie aż tak długo, o ile w ogóle go znam.
Tak, ale cholernie przystojnego faceta, Collins.
Burknęłam na siebie w duchu i położyłam ubrania na krześle, następnie weszłam do kabiny próbując skupić się wyłącznie na nadchodzącym dniu.
I znowu moje myśli zagarnął Alex.

Kiedy wyszłam z łazienki czułam się szczerze mówiąc niewiele lepiej. Ubrana w dopasowane, czarne rurki i jednolity, delikatny golf pod kolor spodni, zeszłam do kuchni.
Od progu dostrzegłam Amy, która gdy tylko mnie zobaczyła, spojrzała wzrokiem pełnym troski i współczucia. Boże, jak bardzo nienawidziłam tego spojrzenia. Pełnego litości.
- Gdzie reszta? – rzuciłam nie chcąc pytać akurat o blondyna, który chyba na stałe zawitał do moich myśli. A niech go!
- Josh i Els już wyszli, a Alex zniknął wcześnie rano – mówiąc ostatnie słowa znowu spojrzała na mnie tym pełnym współczucia wzrokiem, a troska była wręcz słyszalna w jej głosie.
Skinęłam delikatnie głową i podeszłam do lodówki, chcąc zrobić sobie coś do jedzenia, lecz przyjaciółka złapała mnie za ramię i delikatnie odciągnęła.
- Robię naleśniki – odparła siląc się na radość, lecz średnio jej to wyszło. Czy teraz wszyscy będą się tak zachowywać w moim towarzystwie?
- Muszę zrobić sobie coś do szkoły – odparłam znacznie bardziej zmęczonym głosem niż chciałam.
Spojrzenie dziewczyny stało się niezrozumiałe, a marszcząc brwi wyglądała dość buntowniczo. Jej wzrok przesuwał się po moim ciele od góry do dołu i z powrotem, po czym westchnęła z widoczną dezaprobatą. Cholera.
- Chcesz wystraszyć uczniów czy nauczycieli? Wyglądasz jak śmierć. A oprócz tego tak, jakbyś miała się zaraz rozpłakać, co pewnie i tak zrobisz – powiedziała otwarcie, a ja tylko westchnęłam, mimowolnie się z nią zgadzając.
- Spike się martwi – szepnęłam jakby to było jakieś usprawiedliwienie, lecz na to przyjaciółka tylko pokręciła głową z westchnieniem.
- Porozmawiam z nim – odparła stanowczo, pokazując mi, że to koniec dyskusji, a ja nawet nie próbowałam się sprzeciwiać.
Po chwili już bawiłam się naleśnikami, co jakiś czas robiąc mysie kęsy. Amy coś mówiła, lecz nie potrafiłam skupić się na sensie jej słów. Moje myśli znowu krążyły wokół pocałunków i momentu, kiedy to wszystko się spieprzyło.


                                         * * *

Amy poszła do szkoły, a ja zostałam sama w domu. Wróciłam do szafy i się przebrałam w coś wygodniejszego. Luźne spodnie od dresu, ściągane w pasie i na kostkach, a do tego czarna bokserka. Włosy spięłam w kucyk i westchnęłam cicho, po czym sięgnęłam po książkę, siadając na kanapie.
Wczytując się w kolejne strony historii bohaterów Zawsze przy mnie stój, czułam jak znowu napływają mi do oczu łzy. Zdecydowanie nie pomogłam swojemu nastrojowi.
Wzięłam więc do ręki szkicownik i ołówek, oddając się ulubionemu hobby – rysowaniu. Podkuliłam nogi, opierając o nie blok kartek, po czym oddałam się zajęciu.
Po chwili wyrwałam kartkę i już miałam ją zgnieść, lecz zawiesiłam rękę i przyjrzałam się raz jeszcze memu „dziełu”. Serce z dziurą jak po strzale. Z pewnością wylotowa. Krew spływająca ciurkiem po ranie, a końce już znacznie poszarzałe. Wyblakłe. Wstałam i z cichym westchnieniem weszłam do kuchni, po czym przypięłam rysunek magnesami do lodówki, niczym dumne z siebie dziecko.
Tylko, że na mojej twarzy nie widać było uśmiechu. Zastąpiły go stróżki po łzach, wysuszone od soli wargi i wyblakłe oczy.
Niewiarygodne jak w ciągu tych kilku dni się zmieniłam. Zaczęłam chudnąć, z czego w sumie powinnam się cieszyć, lecz bardziej niepokoiła mnie awersja do jedzenia. Och, Alex, coś ty ze mną zrobił?
Ułożyłam się chcąc zasnąć i choć na chwilę móc zaznać chociażby pozornego spokoju, lecz wiedziałam, że on nawiedza mnie nawet w snach.
Sytuacja beznadziejna, jakby to powiedziała Eśka.
Boże, jak bardzo za nią tęsknię. Gdybym nie wyjechała z domu, nic z tych rzeczy by nie miało miejsca. Nie miałabym takich problemów, nie byłabym w takim stanie i nie opuszczałabym szkoły.
Chociaż ostatni to najmniejszy z moich problemów.
Myśląc o tym co by się stało gdybym nie wyjechała, mimowolnie zaczęłam rozpamiętywać też te złe momenty dawnego życia.
Jeszcze świeżo w pamięci pozostawał obraz skulonej blondynki w swoim pokoju odcieni fioletu. Dookoła porozrzucane zużyte chusteczki, a twarz zaczerwieniona od łez. Po makijażu zostały tylko rozmazane smugi.
Za duże ubrania, zniekształcające ciało dziewczyny. Włosy upięte w niesforny kok oraz emanująca aura żalu, bólu i rozczarowania.
Godny pożałowania obraz nędzy i rozpaczy.
W dawnym życiu lądowałam w takim stanie co najmniej raz w miesiącu, po tym kiedy docierały do mnie nowe wiadomości o zdradzie Taylora. Lecz mimo wszystko lgnęłam go niego jak idiotka, beznadziejnie w nim zakochana, mimo tego, że cierpienie u boku tego faceta było rozrywające niemalże na pół.
Nie potrafiłam żyć z nim, ani bez niego.
Odchodziłam przy każdej zdradzie, czy też awanturze. Na próżno. Po kilku godzinach, maksymalnie dniach wracaliśmy do siebie, jakby nigdy nic się nie stało. Przynajmniej tam nam się wydawało.
Jak się z czasem okazało, fakty były zupełnie inne niż nasze dziecięce wyobrażenia o miłości, czy też szczęściu w związku. W tym nie było miejsca na takie „sentymenty”.
A teraz tkwiłam w dokładnie tym samym miejscu. Skulona na kanapie, rozżalona, zraniona i bez pomysłu na to, co ma być dalej. To było tak bardzo żałosne, że sama nie wiedziałam już co mam ze sobą zrobić.
Najbardziej bałam się możliwości, iż mogłabym zakochać się w Alexandrze – jeśli to się jeszcze nie stało. I to przerażało mnie jeszcze bardziej.
Bo przecież gdyby mi nie zależało, nie kuliłabym się na tej durnej kanapie, totalnie rozbita, niemalże ogarnięta ciemnością, bólem i rozpaczą.
Weź się w garść, Collins! – krzyczała moja podświadomość, splatając gniewnie ręce na piersi, przy tym buntowniczo zaczęła tupać nogą.
Wywróciłam oczami zirytowana na… samą siebie? Tak, zdecydowanie jest ze mną coś nie tak. Nie dość, że gadam sama ze sobą, to jeszcze wkurzam się na samą siebie. Chociaż w sumie, raczej nikt by nie powiedział, że należę do najnormalniejszych osób.
Wstałam, próbując ignorować wszystkie inne swoje jaźnie – ale tak serio, ile człowiek może ich mieć? -  i ponownie pchnęłam kuchenne drzwi, wchodząc do pomieszczenia.
Spojrzałam na rozpiskę, kto dziś ma obiad i zaklęłam pod nosem widząc na niej imię blondyna. Spojrzałam do lodówki i widząc ostatnie plasterki szynki i sera – na które szczerze mówiąc miałam ogromną ochotę – wyciągnęłam telefon z kieszeni spodni, wybierając jego numer.
Odebrał po drugim sygnale.
- Nie w szkole? – rzucił jako przywitanie, a na sam dźwięk jego głosu miałam ochotę się rozpłakać, krzyczeć ze złości i rozpłynąć się ze słodyczy.
Szlag, weź się w garść Collins!
- Nie podrywasz kolejnych lasek? – odburknęłam siląc się aby wcisnąć w to jak najwięcej jadu.
- Jedna właśnie paraduje w moim domu. Możesz się na nią natknąć w łazience – odparł widocznie tracąc humor, po czym dodał trochę weselej. – Przechodząc obok lustra oczywiście.
Wywróciłam oczami próbując się nie roześmiać i nie rozpłakać jednocześnie. Cholera, co on ze mną zrobił przez te kilka ostatnich dni?!
Weź się w garść, do diabła!
- Te, Casanova? Gotujesz dziś obiad. O której będziesz? – rzuciłam niby obojętnie, ciągle tocząc w sobie tę dziwną walkę.
- A co? Już się pani stęskniła? – spytał, lecz kiedy odpowiedziało mu tylko moje westchnienie, dorzucił jeszcze. – Za godzinę.
- Świetnie, więc skoczysz po drodze do sklepu. Kupisz ser żółty i szynkę.
- Przecież jest jeszcze..
- Jak mówię, że nie ma, to nie ma – odburknęłam i się rozłączyłam, aby nie ciągnąć tej dziecinnej rozmowy.
Moja podświadomość pokiwała głową, pokazując, że poradziłam sobie całkiem nieźle, co w choć nikłym stopniu poprawiło mi humor. Tak, utarcie mu nosa jest w stanie wprawić mnie w dobry nastrój. Muszę to zapamiętać.
A więc, aby nie było, że okłamałam Wielmożnego Pana, wyciągnęłam z lodówki ser i szynkę, tak samo jak mało wraz z ogórkami, po czym wzięłam jeszcze kilka kromek chleba i przeszłam do robienia tostów.
Zaparzyłam sobie do nich kawę i od razu zrobiło mi się jakoś lżej. Dopóki nie zaczęłam myśleć o tym, o czym myślałam wcześniej. Jest tak wiele podobieństw mojego związku z Taylorem do tego, co przechodzę teraz z Alexem. Przez co tak wiele strachu, że skończę tak samo.
Z załamaniem emocjonalnym.
Uzależniona od niego.
Nieufna.
Jęknęłam głośno i osunęłam się na podłogę, opierając plecami o szafkę w kuchni, niemalże w tej samej chwili, w której rozległo się głośne pukanie do drzwi.
- Nikogo nie ma w domu! – krzyknęłam kuląc się na podłodze jak jakieś dziecko.
- Vik, otwórz! – usłyszałam znajomy, męski głos i jęknęłam głośno. Starałam się ją ignorować, choć ona nie dawała za wygraną, cały czas uderzając w drzwi.
- Idź do diabła! – krzyknęłam jeszcze głośniej, przymykając zmęczone powieki.
- Chętnie, ale ty pójdziesz ze mną! – odparł.
Jęknęłam głośniej niż wcześniej i uderzyłam głową o szafkę, po czym dźwignęłam się na równe nogi i ruszyłam w stronę frontowych drzwi, układając sobie w głowie całą wiązankę obelg, które wyrzucę z siebie, gdy zobaczę chłopaka.
I gdy tylko otworzyłam drzwi, otworzyłam usta aby wypowiedzieć wszystkie ułożone jeszcze chaotycznie słowa, lecz… gdy go zobaczyłam, nie byłam w stanie. Włosy bez połysku, gniewnie rozczochrane, a oczy bez tego swojego bezczelnego błysku. Wyglądał niemalże tak żałośnie, jak ja jeszcze chwilę wcześniej.
Wpuściłam go do środka i zamknęłam drzwi za chłopakiem, prowadząc go do kuchni. Podałam mu swoją kawę i podsunęłam własne tosty, na które szczerze mówiąc miałam ogromną ochotę, ale cóż – czego nie robi się dla przyjaciół.
- Okey, a teraz mów, co się dzieje, Nate – powiedziałam spokojnie i usiadłam na krześle, po drugiej stronie stołu.
Zamiast odpowiedzi, usłyszałam krótki, nerwowy śmiech chłopaka, przez co zaczęłam się martwić jeszcze bardziej. Była tego jedna dobra strona – przestałam myśleć o własnych problemach. Chociaż na chwilę.
- Nie ma cię w szkole kilka dni, a wszystko się wali – odparł z miną, jakby miał się zaraz rozpłakać. A nigdy nie widziałam go w takim stanie, nawet po tych wszystkich okropnych rzeczach jakie Soph robiła.
- Okey…? A więc może od początku.. – zaproponowałam niepewnie, na co on zaczerpnął głęboki oddech.
I stało się tak, jak głupio poprosiłam. Kiedy chłopak otwarł ponownie usta, wyrzucił z siebie wszystko, co go męczyło w ciągu kilku ostatnich dni.
Okazało się, że kilka dni temu Sophie powiedziała mu, że nigdy go nie kochała i wróciła do swojego poprzedniego faceta. Chwilę później Nate wrócił do swojej byłej dziewczyny, Marthy i – jak to w jego zwyczaju – pałali do siebie od razu wielką, gorącą miłością.
I tu się kończą dobre nowiny.
Dziś chłopak przyłapał swoją ukochaną na niedwuznacznej relacji z byłym chłopakiem – ludzie, wszyscy musicie lecieć na swoich ex?! – co całkowicie wstrząsnęło Natem i zmusiło go do przyjścia tutaj.
Co więcej. Chłopak, z którym zdradziła go Martha – Thomas to chłopak, z którym do tej pory umawiała się Amy. Ale, aby jeszcze bardziej to wszystko pomieszać, wyszło na jaw również to, że kiedy był on z dziewczyną Nate’a, zdradzał ją z Amy, a kiedy był z nią, zdradzał ją z Marthą – jak Taylor.
Taylor. Szlag.
Nie ważne, wracając do tematu.
To jeszcze nie koniec tego całego dramatu. Załamaną w łazience Amy, pocieszała Ass, która już po chwili wyznawała sobie z Thomem miłość.
Kiedy przyjaciel skończył mi to wszystko opowiadać, nie wiedziałam czy mam się roześmiać, czy rozpłakać.
Pamiętałam jeszcze dobrze chłopaka, z którym umawiała się Astrid. Słodki, roześmiany chłopak. Fabian. Świetnie nam się rozmawiało, był pełen życia i ślepo zapatrzony w blondynkę, widocznie bardzo w niej zakochany. A ona tak go potraktowała. I jego i Amy.
Boże! – krzyczałam w duszy – ilu fałszywych ludzi jest dookoła mnie.
Nie miałam zielonego pojęcia jak mu pomóc, więc zrobiłam najbanalniejszą rzecz, jaka wpadła mi do głowy w tak krótkim czasie.
Podeszłam do niego i wtuliłam się w rozgrzane ciało przyjaciela, siadając mu na kolanach.


* * *

Po ponad godzinnej rozmowie, chłopak doszedł do wniosku, że powinien porozmawiać z dziewczyną – zgodnie z moją radą, oczywiście. Uśmiechnęłam się do niego krzepiąco, zapewniając, że zawsze się może do mnie ze wszystkim zwrócić i odprowadziłam go do drzwi z przyjemną myślą, że pomogłam komuś, nawet jeśli nie potrafiłam pomóc samej sobie.
Spojrzałam na zegarek i zmarszczyłam brwi. Alex powinien już być w domu. Westchnęłam cicho i wróciłam do kuchni zaczynając sprzątać po domowej wizycie lekarskiej.
Przy okazji umyłam wszystkie inne brudne naczynia, które poznajdywałam w całym domu – cholera, kto pije kawe w toalecie?!
Kiedy opłukiwałam ostatni kubek, usłyszałam klucz w zamku i odetchnęłam z niezrozumiałą ulgą.
Nie znosiłam chwil, kiedy mnie unikał, to było totalnie frustrujące, tak samo jak to, kiedy był daleko. Tak samo, jak nie znosiłam chwil kiedy był przy mnie. Jednocześnie pragnęłam się w niego wtulić, móc odpłynąć w doznaniach, zatopić wargi w jego ustach.. tych cholernie słodkich i miękkich ustach…
Lecz jednocześnie nie potrafiłam przemóc się, aby pozwolić mu się dotknąć. Fakt, oficjalnie nie byliśmy razem, ale.. kurcze, przecież nie całuje się dziewczyny od tak, prawda?
I to ciągle nie dawało mi spokoju. Nie dość, że czułam się zraniona, zdradzona, to jeszcze toczyłam wewnętrzną walkę, czy aby na pewno słusznie. Uuuh! To było bardziej męczące niż się wydawało.
Po chwili przez drzwi wszedł blondyn z naręczami zakupów, które po chwili postawił na blacie. Spojrzał na mnie wciągając głęboko powietrze, a ja przymrużyłam powieki zirytowana, jakby mówiąc „tak, wyglądam jak kura domowa, i co?”.
Przewróciłam oczami i zaczęłam rozpakowywać zakupy. To co do lodówki, lądowało w lodówce, to co miało się znaleźć w zamrażalniku – trafiało do niego.
Po kilku minutach już na blacie nie było żadnych zakupów, a papierowe torby złożyłam i odłożyłam na miejsce. Spojrzałam przelotnie na chłopaka, który nie ruszył się z miejsca i dostrzegłam, że mnie cały czas obserwuje. Nie miał żadnych skrupułów i po prostu otwarcie się na mnie gapił.
- No co? – westchnęłam w końcu, przyglądając mu się.
Niewiele się zmienił odkąd go ostatnio widziałam. Włosy nadal w seksownym nieładzie – szlag by go trafił – oczy z tym swoim tajemniczym błyskiem. Miękkie, ciepłe wargi, w których tak łatwo się…
Wargi. Poruszają się.
Kurcze, on coś mówi, a ja nie jestem w stanie się skupić na tym, ponieważ fantazjuję… o nim. Och, to takie beznadziejne.
- Możesz powtórzyć? – spytałam starając się aby zabrzmiało to tak obojętnie, jak tylko potrafiłam.
Chłopak spojrzał na mnie przymrużając swoje cudne oczy w wyrazie przyjemnego zaskoczenia, bądź też niedowierzania, czemu towarzyszył uroczy uśmieszek.
Boże, dlatego on musi być taki piękny?! Nie mogłeś wpakować mnie do domu z jakąś staruszką? Wysłuchiwałbyś znacznie mniej marudzenia, ułatwiając przy tym życie nam oboju. Pomyśl o tym następnym razem!
Nieświadomie przygryzłam dolną wargę wpatrując się w każdy jego, nawet najdrobniejszy, ruch, każde napięcie mięśni i ich rozluźnienie.
Zdecydowanie go pragnęłam. Byłam w nim totalnie i nieodwracalnie zauroczona. Możliwe, że nawet zakochana. Zakochana miłością od pierwszego wejrzenia.
W sumie, zaglądając w przeszłość, możliwe że już wtedy kiedy na siebie wpadliśmy byłam w nim zakochana. I ta myśl była koszmarna, ponieważ to by świadczyło o tym, że zakochałam się w kolejnym dupku, który stanął na mojej drodze.
Zdecydowanie nie jesteś normalna, Collins – burknęła moja podświadomość, której miałam już coraz bardziej dosyć i zastanawiałam się, czy gdybym jej odburknęła to by się zamknęła.
Cóż, pewnie nie.
Spojrzałam w jego zielone oczy i załkałam w duchu, czując, że jestem stracona. Prędzej czy później mu ulegnę. On też zapewne o tym wie. Ba! Z pewnością na to liczy.
- Vik? – spytał przyglądając mi się z tym swoim uśmiechem pełnym uroku i cudownych obietnic.
Cholera, Raiver, daj mi się skupić!
Właśnie, skup się, Collins.
Och zamknij się!
Boże, jestem naprawdę niezrównoważona, już zaczęłam się ze sobą otwarcie kłócić. Eśka kiedyś mówiła, że ma numer dobrego psychiatry. Chyba najwyższy czas o niego poprosić, póki nie jest za późno.
O ile nie jest za późno.
Pokręciłam głową z rozdrażnieniem i spojrzałam ponownie na chłopaka, biorąc głęboki oddech, przy czym z całych sił próbowałam nie odlecieć po raz kolejny w strefę rozmyślań, marzeń i fantazji.
- Tak? – spytałam jakby nigdy nic, lecz po jego minie wiedziałam, że dostrzegł co się ze mną dzieje. No i jestem w kropce.
- Przemyślałem to, o czym wczoraj wieczorem rozmawialiśmy. Chciałbym o tym z tobą porozmawiać. – powiedział swoim męskim głosem, który otulał moje ciało jak aksamit.
Odchyliłam głowę do tyłu z cichym jękiem, a po moim ciele przeszedł rozkoszny dreszcz. Powinnam kazać mu się zamknąć? Wyjść? Wiedziałby, że wygrał. Lecz jeśli tu zostanie, nie wytrzymam. Poddam się.
Znalazłam się w sytuacji patowej. Nie mogłam wykonać żadnego ruchu. Ani w przód, ani w tył. I on o tym wiedział, czuł to samo. Gdyby podszedł bliżej, byłby przegrany, nie mielibyśmy szans na tę rozmowę. Tak samo jeśliby wyszedł.
Weź się w garść Collins!
Przygryzłam mocniej wargę aby ponownie nie wydać z siebie jęku. Nie byłam w stanie na niego spojrzeć, ponieważ znowu doprowadziłby mnie do drżenia.
Matko! Nienawidziłam tego co ze mną robił. Rano płakałam przez to wszystko jak dziecko, czując się całkowicie zdruzgotana i bezbronna, a teraz tak bardzo go chciałam. Pragnęłam zatopić się w jego ramionach, zatracić w namiętnym pocałunku. Poczuć jeszcze raz to wszystko, co czułam jeszcze nie tak dawno temu.
Przełknęłam głośno ślinę analizując sytuację. Wszelkie koszty i zyski każdego możliwego ruchu, odrzucając po kolei różne możliwości.
W końcu zaczerpnęłam głęboki oddech podejmując decyzję.
Spojrzałam na niego i zadrżałam, po czym ruszyłam biegiem. Widziałam zaskoczenie w jego oczach i smutek, widząc jak uciekam. Jednakże nie biegłam do drzwi. Nie tym razem.
Wskoczyłam na niego, obejmując go nogami w pasie i wsuwając palce w jego włosy, naparłam wargami na jego usta, za którymi tak bardzo tęskniłam.
Przestałam uciekać.
Przestałam się bronić.

2 komentarze: