Nie chciałam iść do
szkoły. Nie miałam siły, ochoty, ani potrzeby. Jednakże obiecałam to Spike’owi,
a nie chciałam aby się martwił, więc zsunęłam się z łóżka, które niemalże
błagało, abym została i wypłakała kolejne łzy w poduszkę.
Tak, wczorajsze
zakończenie rozmowy z Alexem wcale mi nie pomogło. Ba! Chyba jeszcze bardziej
namieszało w głowie. Boże, dlaczego ten człowiek musi być taki skomplikowany?
Jęknęłam głośno i
wstałam z kanapy, którą pieszczotliwie nazywałam łóżkiem, po czym podeszłam do
szafy z miną, jakbym miała się zaraz rozpłakać.
Kiedy wzięłam to co
miałam z niej wziąć, ruszyłam do łazienki, a przez całą tę drogę, moje myśli
krążyły dookoła wydarzeń z ostatnich dni, tworząc jeszcze większy bałagan.
Z wdzięcznością
zauważyłam, że nigdzie nie widać blondyna, lecz kiedy weszłam do łazienki, łzy
automatycznie zebrały się pod powiekami. Zapach jego wody kolońskiej i żelu pod
prysznic jeszcze się unosił w pomieszczeniu.
Przełknęłam głośno
ślinę i zamknęłam za sobą drzwi. Podeszłam do ręcznika, który był wręcz
przesycony jego zapachem i jeszcze wilgotny, po czym przesunęłam po nim
opuszkami palców.
Dlaczego wszystko
musiało się tak spieprzyć?
Podobasz mu się, skarciła mnie własna podświadomość, mrużąc
powieki znad kanciastych okularów. Dlatego
zostawił tamtą. Chciał być z tobą.
No to dziwnie to rozegrał, burknęłam starając
się uciszyć babcię Podświadomość, która w sumie była tak doświadczona jak ja.
Boże, co się ze mną
dzieje? Nie dość, że gadam sama ze sobą, to jeszcze wariuję przez faceta,
którego znam nie aż tak długo, o ile w ogóle go znam.
Tak, ale cholernie przystojnego faceta, Collins.
Burknęłam na siebie w
duchu i położyłam ubrania na krześle, następnie weszłam do kabiny próbując
skupić się wyłącznie na nadchodzącym dniu.
I znowu moje myśli
zagarnął Alex.
Kiedy wyszłam z
łazienki czułam się szczerze mówiąc niewiele lepiej. Ubrana w dopasowane,
czarne rurki i jednolity, delikatny golf pod kolor spodni, zeszłam do kuchni.
Od progu dostrzegłam
Amy, która gdy tylko mnie zobaczyła, spojrzała wzrokiem pełnym troski i
współczucia. Boże, jak bardzo nienawidziłam tego spojrzenia. Pełnego litości.
- Gdzie reszta? – rzuciłam
nie chcąc pytać akurat o blondyna, który chyba na stałe zawitał do moich myśli.
A niech go!
- Josh i Els już
wyszli, a Alex zniknął wcześnie rano – mówiąc ostatnie słowa znowu spojrzała na
mnie tym pełnym współczucia wzrokiem, a troska była wręcz słyszalna w jej
głosie.
Skinęłam delikatnie
głową i podeszłam do lodówki, chcąc zrobić sobie coś do jedzenia, lecz
przyjaciółka złapała mnie za ramię i delikatnie odciągnęła.
- Robię naleśniki –
odparła siląc się na radość, lecz średnio jej to wyszło. Czy teraz wszyscy będą
się tak zachowywać w moim towarzystwie?
- Muszę zrobić sobie
coś do szkoły – odparłam znacznie bardziej zmęczonym głosem niż chciałam.
Spojrzenie dziewczyny
stało się niezrozumiałe, a marszcząc brwi wyglądała dość buntowniczo. Jej wzrok
przesuwał się po moim ciele od góry do dołu i z powrotem, po czym westchnęła z
widoczną dezaprobatą. Cholera.
- Chcesz wystraszyć
uczniów czy nauczycieli? Wyglądasz jak śmierć. A oprócz tego tak, jakbyś miała
się zaraz rozpłakać, co pewnie i tak zrobisz – powiedziała otwarcie, a ja tylko
westchnęłam, mimowolnie się z nią zgadzając.
- Spike się martwi –
szepnęłam jakby to było jakieś usprawiedliwienie, lecz na to przyjaciółka tylko
pokręciła głową z westchnieniem.
- Porozmawiam z nim –
odparła stanowczo, pokazując mi, że to koniec dyskusji, a ja nawet nie
próbowałam się sprzeciwiać.
Po chwili już bawiłam
się naleśnikami, co jakiś czas robiąc mysie kęsy. Amy coś mówiła, lecz nie
potrafiłam skupić się na sensie jej słów. Moje myśli znowu krążyły wokół
pocałunków i momentu, kiedy to wszystko się spieprzyło.
* * *
Amy poszła do szkoły,
a ja zostałam sama w domu. Wróciłam do szafy i się przebrałam w coś
wygodniejszego. Luźne spodnie od dresu, ściągane w pasie i na kostkach, a do
tego czarna bokserka. Włosy spięłam w kucyk i westchnęłam cicho, po czym
sięgnęłam po książkę, siadając na kanapie.
Wczytując się w
kolejne strony historii bohaterów Zawsze
przy mnie stój, czułam jak znowu napływają mi do oczu łzy. Zdecydowanie nie
pomogłam swojemu nastrojowi.
Wzięłam więc do ręki
szkicownik i ołówek, oddając się ulubionemu hobby – rysowaniu. Podkuliłam nogi,
opierając o nie blok kartek, po czym oddałam się zajęciu.
Po chwili wyrwałam
kartkę i już miałam ją zgnieść, lecz zawiesiłam rękę i przyjrzałam się raz
jeszcze memu „dziełu”. Serce z dziurą jak po strzale. Z pewnością wylotowa.
Krew spływająca ciurkiem po ranie, a końce już znacznie poszarzałe. Wyblakłe.
Wstałam i z cichym westchnieniem weszłam do kuchni, po czym przypięłam rysunek
magnesami do lodówki, niczym dumne z siebie dziecko.
Tylko, że na mojej
twarzy nie widać było uśmiechu. Zastąpiły go stróżki po łzach, wysuszone od
soli wargi i wyblakłe oczy.
Niewiarygodne jak w
ciągu tych kilku dni się zmieniłam. Zaczęłam chudnąć, z czego w sumie powinnam
się cieszyć, lecz bardziej niepokoiła mnie awersja do jedzenia. Och, Alex, coś
ty ze mną zrobił?
Ułożyłam się chcąc
zasnąć i choć na chwilę móc zaznać chociażby pozornego spokoju, lecz
wiedziałam, że on nawiedza mnie nawet w snach.
Sytuacja
beznadziejna, jakby to powiedziała Eśka.
Boże, jak bardzo za
nią tęsknię. Gdybym nie wyjechała z domu, nic z tych rzeczy by nie miało
miejsca. Nie miałabym takich problemów, nie byłabym w takim stanie i nie
opuszczałabym szkoły.
Chociaż ostatni to
najmniejszy z moich problemów.
Myśląc o tym co by
się stało gdybym nie wyjechała, mimowolnie zaczęłam rozpamiętywać też te złe
momenty dawnego życia.
Jeszcze świeżo w
pamięci pozostawał obraz skulonej blondynki w swoim pokoju odcieni fioletu. Dookoła
porozrzucane zużyte chusteczki, a twarz zaczerwieniona od łez. Po makijażu
zostały tylko rozmazane smugi.
Za duże ubrania, zniekształcające
ciało dziewczyny. Włosy upięte w niesforny kok oraz emanująca aura żalu, bólu i
rozczarowania.
Godny pożałowania
obraz nędzy i rozpaczy.
W dawnym życiu lądowałam
w takim stanie co najmniej raz w miesiącu, po tym kiedy docierały do mnie nowe
wiadomości o zdradzie Taylora. Lecz mimo wszystko lgnęłam go niego jak idiotka,
beznadziejnie w nim zakochana, mimo tego, że cierpienie u boku tego faceta było
rozrywające niemalże na pół.
Nie potrafiłam żyć z
nim, ani bez niego.
Odchodziłam przy
każdej zdradzie, czy też awanturze. Na próżno. Po kilku godzinach, maksymalnie
dniach wracaliśmy do siebie, jakby nigdy nic się nie stało. Przynajmniej tam
nam się wydawało.
Jak się z czasem
okazało, fakty były zupełnie inne niż nasze dziecięce wyobrażenia o miłości,
czy też szczęściu w związku. W tym nie było miejsca na takie „sentymenty”.
A teraz tkwiłam w dokładnie
tym samym miejscu. Skulona na kanapie, rozżalona, zraniona i bez pomysłu na to,
co ma być dalej. To było tak bardzo żałosne, że sama nie wiedziałam już co mam
ze sobą zrobić.
Najbardziej bałam się
możliwości, iż mogłabym zakochać się w Alexandrze – jeśli to się jeszcze nie
stało. I to przerażało mnie jeszcze bardziej.
Bo przecież gdyby mi
nie zależało, nie kuliłabym się na tej durnej kanapie, totalnie rozbita,
niemalże ogarnięta ciemnością, bólem i rozpaczą.
Weź się w garść, Collins! – krzyczała moja
podświadomość, splatając gniewnie ręce na piersi, przy tym buntowniczo zaczęła
tupać nogą.
Wywróciłam oczami
zirytowana na… samą siebie? Tak, zdecydowanie jest ze mną coś nie tak. Nie
dość, że gadam sama ze sobą, to jeszcze wkurzam się na samą siebie. Chociaż w
sumie, raczej nikt by nie powiedział, że należę do najnormalniejszych osób.
Wstałam, próbując
ignorować wszystkie inne swoje jaźnie – ale tak serio, ile człowiek może ich
mieć? - i ponownie pchnęłam kuchenne
drzwi, wchodząc do pomieszczenia.
Spojrzałam na
rozpiskę, kto dziś ma obiad i zaklęłam pod nosem widząc na niej imię blondyna. Spojrzałam
do lodówki i widząc ostatnie plasterki szynki i sera – na które szczerze mówiąc
miałam ogromną ochotę – wyciągnęłam telefon z kieszeni spodni, wybierając jego
numer.
Odebrał po drugim
sygnale.
- Nie w szkole? –
rzucił jako przywitanie, a na sam dźwięk jego głosu miałam ochotę się
rozpłakać, krzyczeć ze złości i rozpłynąć się ze słodyczy.
Szlag, weź się w garść Collins!
- Nie podrywasz
kolejnych lasek? – odburknęłam siląc się aby wcisnąć w to jak najwięcej jadu.
- Jedna właśnie paraduje
w moim domu. Możesz się na nią natknąć w łazience – odparł widocznie tracąc
humor, po czym dodał trochę weselej. – Przechodząc obok lustra oczywiście.
Wywróciłam oczami
próbując się nie roześmiać i nie rozpłakać jednocześnie. Cholera, co on ze mną
zrobił przez te kilka ostatnich dni?!
Weź się w garść, do diabła!
- Te, Casanova?
Gotujesz dziś obiad. O której będziesz? – rzuciłam niby obojętnie, ciągle
tocząc w sobie tę dziwną walkę.
- A co? Już się pani
stęskniła? – spytał, lecz kiedy odpowiedziało mu tylko moje westchnienie,
dorzucił jeszcze. – Za godzinę.
- Świetnie, więc
skoczysz po drodze do sklepu. Kupisz ser żółty i szynkę.
- Przecież jest
jeszcze..
- Jak mówię, że nie
ma, to nie ma – odburknęłam i się rozłączyłam, aby nie ciągnąć tej dziecinnej
rozmowy.
Moja podświadomość
pokiwała głową, pokazując, że poradziłam sobie całkiem nieźle, co w choć nikłym
stopniu poprawiło mi humor. Tak, utarcie mu nosa jest w stanie wprawić mnie w
dobry nastrój. Muszę to zapamiętać.
A więc, aby nie było,
że okłamałam Wielmożnego Pana, wyciągnęłam z lodówki ser i szynkę, tak samo jak
mało wraz z ogórkami, po czym wzięłam jeszcze kilka kromek chleba i przeszłam
do robienia tostów.
Zaparzyłam sobie do
nich kawę i od razu zrobiło mi się jakoś lżej. Dopóki nie zaczęłam myśleć o
tym, o czym myślałam wcześniej. Jest tak wiele podobieństw mojego związku z
Taylorem do tego, co przechodzę teraz z Alexem. Przez co tak wiele strachu, że
skończę tak samo.
Z załamaniem
emocjonalnym.
Uzależniona od niego.
Nieufna.
Jęknęłam głośno i
osunęłam się na podłogę, opierając plecami o szafkę w kuchni, niemalże w tej
samej chwili, w której rozległo się głośne pukanie do drzwi.
- Nikogo nie ma w
domu! – krzyknęłam kuląc się na podłodze jak jakieś dziecko.
- Vik, otwórz! –
usłyszałam znajomy, męski głos i jęknęłam głośno. Starałam się ją ignorować,
choć ona nie dawała za wygraną, cały czas uderzając w drzwi.
- Idź do diabła! –
krzyknęłam jeszcze głośniej, przymykając zmęczone powieki.
- Chętnie, ale ty
pójdziesz ze mną! – odparł.
Jęknęłam głośniej niż
wcześniej i uderzyłam głową o szafkę, po czym dźwignęłam się na równe nogi i
ruszyłam w stronę frontowych drzwi, układając sobie w głowie całą wiązankę
obelg, które wyrzucę z siebie, gdy zobaczę chłopaka.
I gdy tylko
otworzyłam drzwi, otworzyłam usta aby wypowiedzieć wszystkie ułożone jeszcze chaotycznie
słowa, lecz… gdy go zobaczyłam, nie byłam w stanie. Włosy bez połysku, gniewnie
rozczochrane, a oczy bez tego swojego bezczelnego błysku. Wyglądał niemalże tak
żałośnie, jak ja jeszcze chwilę wcześniej.
Wpuściłam go do
środka i zamknęłam drzwi za chłopakiem, prowadząc go do kuchni. Podałam mu
swoją kawę i podsunęłam własne tosty, na które szczerze mówiąc miałam ogromną
ochotę, ale cóż – czego nie robi się dla przyjaciół.
- Okey, a teraz mów,
co się dzieje, Nate – powiedziałam spokojnie i usiadłam na krześle, po drugiej stronie
stołu.
Zamiast odpowiedzi,
usłyszałam krótki, nerwowy śmiech chłopaka, przez co zaczęłam się martwić
jeszcze bardziej. Była tego jedna dobra strona – przestałam myśleć o własnych
problemach. Chociaż na chwilę.
- Nie ma cię w szkole
kilka dni, a wszystko się wali – odparł z miną, jakby miał się zaraz rozpłakać.
A nigdy nie widziałam go w takim stanie, nawet po tych wszystkich okropnych
rzeczach jakie Soph robiła.
- Okey…? A więc może
od początku.. – zaproponowałam niepewnie, na co on zaczerpnął głęboki oddech.
I stało się tak, jak
głupio poprosiłam. Kiedy chłopak otwarł ponownie usta, wyrzucił z siebie
wszystko, co go męczyło w ciągu kilku ostatnich dni.
Okazało się, że kilka
dni temu Sophie powiedziała mu, że nigdy go nie kochała i wróciła do swojego
poprzedniego faceta. Chwilę później Nate wrócił do swojej byłej dziewczyny,
Marthy i – jak to w jego zwyczaju – pałali do siebie od razu wielką, gorącą
miłością.
I tu się kończą dobre
nowiny.
Dziś chłopak
przyłapał swoją ukochaną na niedwuznacznej relacji z byłym chłopakiem – ludzie,
wszyscy musicie lecieć na swoich ex?! – co całkowicie wstrząsnęło Natem i
zmusiło go do przyjścia tutaj.
Co więcej. Chłopak, z
którym zdradziła go Martha – Thomas to chłopak, z którym do tej pory umawiała
się Amy. Ale, aby jeszcze bardziej to wszystko pomieszać, wyszło na jaw również
to, że kiedy był on z dziewczyną Nate’a, zdradzał ją z Amy, a kiedy był z nią,
zdradzał ją z Marthą – jak Taylor.
Taylor. Szlag.
Nie ważne, wracając
do tematu.
To jeszcze nie koniec
tego całego dramatu. Załamaną w łazience Amy, pocieszała Ass, która już po
chwili wyznawała sobie z Thomem miłość.
Kiedy przyjaciel
skończył mi to wszystko opowiadać, nie wiedziałam czy mam się roześmiać, czy
rozpłakać.
Pamiętałam jeszcze
dobrze chłopaka, z którym umawiała się Astrid. Słodki, roześmiany chłopak.
Fabian. Świetnie nam się rozmawiało, był pełen życia i ślepo zapatrzony w
blondynkę, widocznie bardzo w niej zakochany. A ona tak go potraktowała. I jego
i Amy.
Boże! – krzyczałam w duszy – ilu fałszywych ludzi jest dookoła mnie.
Nie miałam zielonego
pojęcia jak mu pomóc, więc zrobiłam najbanalniejszą rzecz, jaka wpadła mi do
głowy w tak krótkim czasie.
Podeszłam do niego i
wtuliłam się w rozgrzane ciało przyjaciela, siadając mu na kolanach.
* * *
Po ponad godzinnej
rozmowie, chłopak doszedł do wniosku, że powinien porozmawiać z dziewczyną –
zgodnie z moją radą, oczywiście. Uśmiechnęłam się do niego krzepiąco,
zapewniając, że zawsze się może do mnie ze wszystkim zwrócić i odprowadziłam go
do drzwi z przyjemną myślą, że pomogłam komuś, nawet jeśli nie potrafiłam pomóc
samej sobie.
Spojrzałam na zegarek
i zmarszczyłam brwi. Alex powinien już być w domu. Westchnęłam cicho i wróciłam
do kuchni zaczynając sprzątać po domowej wizycie lekarskiej.
Przy okazji umyłam
wszystkie inne brudne naczynia, które poznajdywałam w całym domu – cholera, kto
pije kawe w toalecie?!
Kiedy opłukiwałam
ostatni kubek, usłyszałam klucz w zamku i odetchnęłam z niezrozumiałą ulgą.
Nie znosiłam chwil,
kiedy mnie unikał, to było totalnie frustrujące, tak samo jak to, kiedy był
daleko. Tak samo, jak nie znosiłam chwil kiedy był przy mnie. Jednocześnie
pragnęłam się w niego wtulić, móc odpłynąć w doznaniach, zatopić wargi w jego
ustach.. tych cholernie słodkich i miękkich ustach…
Lecz jednocześnie nie
potrafiłam przemóc się, aby pozwolić mu się dotknąć. Fakt, oficjalnie nie
byliśmy razem, ale.. kurcze, przecież nie całuje się dziewczyny od tak, prawda?
I to ciągle nie
dawało mi spokoju. Nie dość, że czułam się zraniona, zdradzona, to jeszcze
toczyłam wewnętrzną walkę, czy aby na pewno słusznie. Uuuh! To było bardziej
męczące niż się wydawało.
Po chwili przez drzwi
wszedł blondyn z naręczami zakupów, które po chwili postawił na blacie. Spojrzał
na mnie wciągając głęboko powietrze, a ja przymrużyłam powieki zirytowana,
jakby mówiąc „tak, wyglądam jak kura domowa, i co?”.
Przewróciłam oczami i
zaczęłam rozpakowywać zakupy. To co do lodówki, lądowało w lodówce, to co miało
się znaleźć w zamrażalniku – trafiało do niego.
Po kilku minutach już
na blacie nie było żadnych zakupów, a papierowe torby złożyłam i odłożyłam na
miejsce. Spojrzałam przelotnie na chłopaka, który nie ruszył się z miejsca i
dostrzegłam, że mnie cały czas obserwuje. Nie miał żadnych skrupułów i po prostu
otwarcie się na mnie gapił.
- No co? –
westchnęłam w końcu, przyglądając mu się.
Niewiele się zmienił
odkąd go ostatnio widziałam. Włosy nadal w seksownym nieładzie – szlag by go
trafił – oczy z tym swoim tajemniczym błyskiem. Miękkie, ciepłe wargi, w
których tak łatwo się…
Wargi. Poruszają się.
Kurcze, on coś mówi,
a ja nie jestem w stanie się skupić na tym, ponieważ fantazjuję… o nim. Och, to
takie beznadziejne.
- Możesz powtórzyć? –
spytałam starając się aby zabrzmiało to tak obojętnie, jak tylko potrafiłam.
Chłopak spojrzał na
mnie przymrużając swoje cudne oczy w wyrazie przyjemnego zaskoczenia, bądź też
niedowierzania, czemu towarzyszył uroczy uśmieszek.
Boże, dlatego on musi
być taki piękny?! Nie mogłeś wpakować mnie do domu z jakąś staruszką? Wysłuchiwałbyś
znacznie mniej marudzenia, ułatwiając przy tym życie nam oboju. Pomyśl o tym
następnym razem!
Nieświadomie
przygryzłam dolną wargę wpatrując się w każdy jego, nawet najdrobniejszy, ruch,
każde napięcie mięśni i ich rozluźnienie.
Zdecydowanie go
pragnęłam. Byłam w nim totalnie i nieodwracalnie zauroczona. Możliwe, że nawet
zakochana. Zakochana miłością od pierwszego wejrzenia.
W sumie, zaglądając w
przeszłość, możliwe że już wtedy kiedy na siebie wpadliśmy byłam w nim
zakochana. I ta myśl była koszmarna, ponieważ to by świadczyło o tym, że
zakochałam się w kolejnym dupku, który stanął na mojej drodze.
Zdecydowanie nie jesteś normalna, Collins – burknęła moja
podświadomość, której miałam już coraz bardziej dosyć i zastanawiałam się, czy
gdybym jej odburknęła to by się zamknęła.
Cóż, pewnie nie.
Spojrzałam w jego
zielone oczy i załkałam w duchu, czując, że jestem stracona. Prędzej czy
później mu ulegnę. On też zapewne o tym wie. Ba! Z pewnością na to liczy.
- Vik? – spytał przyglądając
mi się z tym swoim uśmiechem pełnym uroku i cudownych obietnic.
Cholera, Raiver, daj mi się skupić!
Właśnie, skup się, Collins.
Och zamknij się!
Boże, jestem naprawdę
niezrównoważona, już zaczęłam się ze sobą otwarcie kłócić. Eśka kiedyś mówiła,
że ma numer dobrego psychiatry. Chyba najwyższy czas o niego poprosić, póki nie
jest za późno.
O ile nie jest za
późno.
Pokręciłam głową z
rozdrażnieniem i spojrzałam ponownie na chłopaka, biorąc głęboki oddech, przy
czym z całych sił próbowałam nie odlecieć po raz kolejny w strefę rozmyślań,
marzeń i fantazji.
- Tak? – spytałam jakby
nigdy nic, lecz po jego minie wiedziałam, że dostrzegł co się ze mną dzieje. No
i jestem w kropce.
- Przemyślałem to, o
czym wczoraj wieczorem rozmawialiśmy. Chciałbym o tym z tobą porozmawiać. –
powiedział swoim męskim głosem, który otulał moje ciało jak aksamit.
Odchyliłam głowę do
tyłu z cichym jękiem, a po moim ciele przeszedł rozkoszny dreszcz. Powinnam
kazać mu się zamknąć? Wyjść? Wiedziałby, że wygrał. Lecz jeśli tu zostanie, nie
wytrzymam. Poddam się.
Znalazłam się w
sytuacji patowej. Nie mogłam wykonać żadnego ruchu. Ani w przód, ani w tył. I
on o tym wiedział, czuł to samo. Gdyby podszedł bliżej, byłby przegrany, nie
mielibyśmy szans na tę rozmowę. Tak samo jeśliby wyszedł.
Weź się w garść Collins!
Przygryzłam mocniej
wargę aby ponownie nie wydać z siebie jęku. Nie byłam w stanie na niego
spojrzeć, ponieważ znowu doprowadziłby mnie do drżenia.
Matko! Nienawidziłam
tego co ze mną robił. Rano płakałam przez to wszystko jak dziecko, czując się
całkowicie zdruzgotana i bezbronna, a teraz tak bardzo go chciałam. Pragnęłam
zatopić się w jego ramionach, zatracić w namiętnym pocałunku. Poczuć jeszcze
raz to wszystko, co czułam jeszcze nie tak dawno temu.
Przełknęłam głośno
ślinę analizując sytuację. Wszelkie koszty i zyski każdego możliwego ruchu,
odrzucając po kolei różne możliwości.
W końcu zaczerpnęłam
głęboki oddech podejmując decyzję.
Spojrzałam na niego i
zadrżałam, po czym ruszyłam biegiem. Widziałam zaskoczenie w jego oczach i
smutek, widząc jak uciekam. Jednakże nie biegłam do drzwi. Nie tym razem.
Wskoczyłam na niego,
obejmując go nogami w pasie i wsuwając palce w jego włosy, naparłam wargami na
jego usta, za którymi tak bardzo tęskniłam.
Przestałam uciekać.
Przestałam się
bronić.
Hyhyhy, kocham *-*
OdpowiedzUsuńJAKI ŚWIETNY <3
OdpowiedzUsuń