czwartek, 20 września 2012

Rozdział 6


Taksówka zatrzymała się pod jednym z wielu domów w tej okolicy. Nie była to jakaś super willa., po prostu pospolity, biało-szary dom, wyglądający jak sześcian, z płaskim dachem i oknami. Nie był ani za mały, ani za duży, przynajmniej taki wydawał się z zewnątrz.
Dookoła posesji biegł zgniłozielony płot, mierzący około półtora metra, a przy furtce rosły dwie, wysokie tuje, spomiędzy których rozciągała się brukowana ścieżka, prowadząca łagodnymi falami na ganek.
Zmrużyłam oczy przyglądając się równo ostrzyżonemu trawnikowi i bujanej ławce, która stała na ganku. Następnie mój wzrok omiótł okna z przeróżnymi odcieniami firanek, aż w końcu spoczął na mosiężnych, czarnych drzwiach.
Ostatecznie przeniosłam spojrzenie na przyjaciółkę siedzącą obok, która już zbierała się do wyjścia z samochodu i wzięłam głęboki oddech, nie do końca wiedząc jak dobrać słowa, aby nie wyjść na niewdzięcznicę.
- Sądzę, że nie powinnam tam iść - powiedziałam bez ogródek, lekko poddenerwowanym głosem. - Nikt nie wie, że ja też tu jestem, nie chcę robić kłopotu...
- Skarbie, potrzebujesz tego znacznie bardziej niż ja, więc nie jojcz - odpowiedziała stanowczo, lecz mimo wszystko z pogodnym uśmiechem i wysiadła z samochodu.
Jeszcze przez chwilę siedziałam w taksówce z malującą się niepewnością i pewnie siedziałabym dłużej, gdyby taksówkarz nie zwrócił mi na to uwagi. W końcu wysiadłam, w ślad za przyjaciółką, płacąc wcześniej mężczyźnie.
Po zabraniu bagaży jeszcze raz spojrzałam na dom z widoczną niepewnością.
Zimny dreszcz raz po raz przejmował kontrolę nad moim ciałem, co wcale nie dodawało mi otuchy. Nie chodziło o to, że dom wyglądał strasznie, bo nie wyglądał. Chodziło bardziej o coś nieznanego, obcy grunt i niepewność. Możliwość spotkania się z odmową.
Poza tym, nie miałam zamiaru się przed nikim płaszczyć, aby móc tutaj zamieszać, choć z drugiej strony wiedziałam, że w tej chwili to moja jedyna nadzieja na przetrwanie bezpiecznej nocy.
Mimo to, zanim się spostrzegłam, już sunęłam za Amy z walizkami w rękach, hałasując kółkami o kostkę brukową, którą była wyłożona ścieżka. W mgnieniu oka weszłyśmy po schodach na werandę i stanęłyśmy przy dużych, mosiężnych drzwiach.
Amy nacisnęła dzwonek i rozległ się powoli słabnący śpiew kanarka, aż w końcu ucichł. Po chwili nacisnęła na niego jeszcze raz i zaczęłyśmy czekać. Czekać. Czekać. I czekać. Na szczęście po chwili usłyszałyśmy ruch wewnątrz domu i powolne szuranie nogami.
Żołądek niemalże podskoczył mi do gardła. Teraz wszystko miało się rozstrzygnąć, czy będę mogła spędzić tu kilka nocy, czy będę musiała wrócić do akademika, skazana na mękę i tortury.
Z zamyślenia wyrwał mnie odgłos odsuwanej zasuwy w drzwiach. Przeniosłam wzrok na domownika z uroczym uśmiechem, aby przekonać go do siebie, lecz kiedy zobaczyłam kim jest ta osoba, nie byłam w stanie niczego z siebie wykrzesać.
- To Ty... - szepnęliśmy oboje w tym samym czasie.

* * *


Wpatrywałam się wielkimi oczami w chłopaka stojącego przede mną. Był inny niż go zapamiętałam. Bardziej doskonały. Blond włosy były rozrzucone we wszystkie strony tak, jakby dopiero co się obudził natomiast kocio zielone oczy były całkowicie rozbudzone i skupione na mnie.
Stał bez koszulki, smagany chłodnym wiatrem, przez co jego napięte mięśnie jeszcze mocniej się uwydatniły. Wzięłam głęboki oddech aby się nie rozpłynąć pod wpływem tego widoku.
- Wy się znacie? - spytała zaskoczona blondynka, lecz z odpowiedzią uprzedził mnie chłopak.
- Wpadliśmy kiedyś na siebie - odpowiedział szybko, ciągle mi się przyglądając.
- Tak, ten pajac wytrącił mi książki z rąk i jeszcze śmiał mnie obrazić - burknęłam pod nosem.
Nie chciałam być opryskliwa, lecz czułam, że inaczej stracę grunt pod nogami. Chłopak był wręcz uosobieniem anioła, który zstąpił z nieba, a ja tylko zwykłą, szarą myszką, na którą z całą pewnością nie mógł zwracać większej uwagi. Nie mogłam sobie pozwolić na marzenie o nim w momencie, kiedy był obok. To mogło za bardzo później boleć.
Widziałam jak chłopak delikatnie się wzdrygnął, nabierając powietrza do płuc, tak, jakby moje słowa zadały mu cios. Lecz byłam pewna, że udawał. Tacy jak on zawsze udają, aby żartować sobie z innych dziewczyn.
- Będziemy tak stać i rozpamiętywać stare czasy, prima donno, czy jednak czegoś chciałyście? - mruknął już zdecydowanie ostrzejszym tonem.
- Dzwoniłam do Ciebie, Alex. Chodzi o pokój...
- Dla jednej osoby. Jest jeden pokój, z wąskim łóżkiem - burknął chłodno blondyn.
- Ale kanapę masz chyba wolą, huh? - bez zastanowienia odparowałam z cynicznym uśmiechem.
Oczy domownika się bardziej rozszerzyły, lecz po chwili widniał już na jego twarzy bezczelny uśmieszek. Widziałam jak jego wargi się otwierają by rzucić jakąś kąśliwą uwagę, lecz nie miałam zamiaru tego słuchać. Nie od niego.
- Pokaż że jesteś prawdziwym facetem i schowaj urażoną dumę do kieszeni. Dziewczyna Ci przygadała? I co z tego?! To było kilka dni temu, a ty zachowujesz się jak dziecko. A teraz zachowaj się jak facet i nie pozwól spać nam na dworcu, pajacu - prychnęłam wściekle, zaciskając mocno dłoń na uchwycie walizki.
- Skoro jestem dzieckiem to jak mam być dżentelmenem?
- Masz być facetem, a nie dżentelmenem. Ile masz lat? 5? - warknęłam mierząc go wzrokiem.
Lecz cudem to poskutkowało. Chłopak odsunął się od drzwi, wpuszczając nas do środka. Oczywiście pierwsza weszła Amy. Mi się jakoś nie paliło do zwiedzania posesji. Może przez sprzeczkę z blondynem. Może dlatego, że wyobrażenie o ponownym jego spotkaniu było całkowicie inne. A może było to spowodowane tym, że czułam się tak, jakbym wchodziła prosto do jaskini lwa. Nie ważne.
Ściągnęłam płaszcz i zawiesiłam go na haczyku, szalik przewieszając przez niego. Zmarszczyłam brwi i czekałam na ruchy mojej przyjaciółki, która odnajdowała się tutaj zdecydowanie lepiej.
Dlatego w podążeniu za nią, ściągnęłam kurtkę z haczyka i weszłam przez najbliższe drzwi do czegoś na pozór garderoby i zawiesiłam płaszcz na wieszaku, buty układając przy innych. Spojrzałam na Amy, a ona tylko uśmiechnęła się pogodnie i wyszła, ciągnąc mnie za sobą za rękę.
W sumie - przeszło mi przez myśl - bycie tutaj może być całkiem ciekawym doświadczeniem. Dokopanie Alexowi swoją obecnością. Lecz już po samej tej myśli, poczułam nie przyjemny ucisk w żołądku, jakby bunt ciała, przeciwko myślom.
I znowu pojawiło się to dziwne uczucie, które ciągnęło mnie do niego i odpychało jednocześnie. Kiedy spojrzałam na blondyna, serce zaczęło mocniej bić, a policzki przybrały zdrowych rumieńców.
Jednakże zacisnęłam zęby i chwyciłam rączkę walizki, idąc za przyjaciółką na górę. Czułam za sobą obecność chłopaka, co w jakiś dziwny sposób mnie krępowało. Zacisnęłam mocniej wargi, próbując się skupić i nie poddać emocjom, które w tym momencie były ostatnią z potrzebnych spraw.
Stanęłam za Amy, przepuszczając Alexa, aby pokazał ten pokój i w ogóle.
- Nie masz żadnej dodatkowej szafy, jak sądzę, więc muszę zmieścić się z Amy? - spytałam patrząc na niego.
- Mam, na dole - burknął nawet na mnie nie spoglądając.
- To po co wchodziłam tu z walizką?
- Nie potrafisz używać języka, więc się nanosisz księżniczko - mruknął i otworzył drzwi środkowego pokoju.
Warknęłam pod nosem, mając ochotę go udusić. Albo rzucić mu się na szyję. Tak, moje uczucia były w tym momencie bardzo rozbieżne, lecz chyba jednak przeważała frustracja.
Weszliśmy do pokoju i nie byłam zbytnio zaskoczona. Fakt, łóżko było zdecydowanie jednoosobowe, no, chyba, że by się spało na kimś, albo wtuleniu w siebie bokiem. Szafa, która stała po lewej stronie od drzwi, oczywiście się nie umywała do tych, które miałyśmy w akademiku, ale też nie była najmniejsza. Po przeciwnej stronie było biurko i jakiś regał. Podłużna komoda stała przy łóżku, chyba jednocześnie pełniąc funkcję stolika. Pokoik nie był mały, ale faktycznie, dla jednej osoby. Przynajmniej przy takim zestawie mebli.
Pocałowałam przyjaciółkę w policzek i spoglądając znacząco na blondyna, wyszłam z pokoju, ciągnąc za sobą walizkę, pod której ciężarem, kółka głośno terkotały o podłogę. Na szczęście już po chwili byłam na dole, nie musząc prosić chłopaka o pomoc przy znoszeniu torby.
Stanęłam przed schodami z pozorną obojętnością. Westchnęłam opierając obie dłonie na rączce walizki, która stała przede mną i rozglądałam się po parterze domu z udawanym znudzeniem, podczas gdy blondyn, opierał się o ścianę, wpatrując się we mnie nieodgadnionym spojrzeniem.
- Więc gdzie ta szafa? - mruknęłam w końcu z pogłosem zirytowania.
Ruszyłam we wskazanym przez chłopaka kierunku i doszłam do hebanowej szafy. Odstawiłam walizkę na bok, po czym otworzyłam jej drzwi. Odór stęchlizny uderzył w moje nozdrza z taką siłą, że tylko cudem się nie cofnęłam. Lecz musiałam się skrzywić, bo usłyszałam za sobą cichy śmiech. Mrużąc oczy dostrzegłam w rogach duże, poplątane i obrzydliwe pajęczyny oraz plamy po... chyba sama wolałam nie myśleć po czym mogły być te plamy.
Wzięłam głęboki oddech - oczywiście taki na miarę możliwości, przy odorze stęchlizny i odwróciłam się do Alexa z przesłodzonym uśmiechem.
- Od dawna nie była używana? Jakie to miłe. A gdzie trzymasz detergenty? - spytałam z jeszcze większym uśmiechem, widząc jak uśmiech powoli zsuwa się z jego warg, po czym zaprowadził mnie do kuchni.

* * *


Po kilku godzinach szorowania szafy przeróżnymi środkami, doprowadziłam ją do użytecznego stanu. Pajęczyn oczywiście już nie było, a większość plam całkowicie zniknęła. Pozostał tylko nieprzyjemny zapach, z którym nawet dezodoranty, ani odświeżacze powietrza sobie nie radziły. Na szczęście Amy poszła do sklepu aby kupić pewien specyfik.
Szczęście w nieszczęściu, ponieważ zostawiła mnie też samą z Alexem. Josh i Eli mieli wrócić w nocy, ponieważ poszli na urodziny mamy dziewczyny, a Amy.. ona raczej szybko z zakupów nie wracała.
Spojrzałam na kanapę, na której miałam spać i wzruszyłam ramionami. Wydawała się nie być taka zła, a nawet wygodna. Skóra, bądź jej imitacja. Nawet jeśli nie była rozkładana, powinnam się móc wyspać na niej, w takiej pozycji, w jakiej była.
Ściągnęłam rękawiczki z dłoni i westchnęłam głośno. Miałam ochotę rzucić się na kanapę i odpocząć, lecz nie mogłam. Nie mogłam, bo na kanapie leżał chłopak, raz po raz przeczesując swoje blond włosy.
- Alex - powiedziałam w miarę głośno, splatając ręce na piersiach, wciąż trzymając rękawiczki w dłoni.
I nic. Nie wiedziałam czy był tak pochłonięty jednym z tych beznadziejnych talk show'ów, czy za wszelką cenę starał się mnie ignorować, ale jeśli to drugie, to wychodziło mu to wręcz rewelacyjnie.
- Alex - powtórzyłam cierpliwie, ale kiedy znowu mnie zignorował, krzyknęłam. - ALEX!
Gdy i tym razem mnie zignorował, bez najmniejszych skrupułów rzuciłam mu mokrą rękawiczką w twarz, która zsunęła się po jego policzku i ustach, zostawiając ślad brudnej wody. Ale podziałało to na niego trzeźwiąco. Odrzucił rękawiczkę daleko od siebie i uniósł gniewnie oczy w moją stronę.
- Co? - burknął widocznie zirytowany.
- Pościel. Dasz mi, abym mogła ją ubrać? - spytałam próbując zachować spokój i nie rzucić w niego kolejną rękawiczką.
Lecz ku mojemu zdziwieniu, chłopak się podniósł i zniknął mi gdzieś na schodach i po chwili wrócił z kołdrą, poduszką i poszwami. W tym czasie ja pozbyłam się wiadra z wodą i pochowałam detergenty na ich miejsca, po czym wzięłam od chłopaka rzeczy ze znacznie zbyt słodkim uśmiechem..
Kiedy poradziłam sobie z pościelą i ułożyłam ją w kostkę obok kanapy, poszłam do łazienki z całym naręczem rzeczy. Ręcznik, szlafrok, kosmetyczka, szampon i wszelkiego rodzaje płyny znajdowały swoje miejsca. Byłam zaskoczona jak nie największych rozmiarów łazienka, może pomieścić tyle rzeczy aż piątki osób. Ale widocznie wszystko jest możliwe.
Gdy wróciłam na dół, dostrzegłam, że jest już późno. Fakt, jutro nie było szkoły, ale zmęczenie było już odczuwalne, tym bardziej po emocjach dzisiejszego dnia. Przeprowadzka, starcie z facetem, który śnił mi się co noc, a do tego jeszcze walka z tą biedną, całkowicie zaniedaną szafą. Westchnęłam i już chciałam spytać gdzie Amy, gdy ta nagle wpadła do mieszkania.
Nie miałyśmy jeszcze własnych kluczy, chociaż Alex obiecał, że jutro je nam dorobi, co świadczyło o tym, że możemy zostać na dłużej, co było z jednej strony miłe, a z drugiej mimo wszystko, na swój sposób przerażające.
Po tym, kiedy Amy wpadła do mieszkania, szybko rozbierając się w szafie na ubrania i weszła do salonu, wsadziła odświeżacz powietrza do szafy. Ten był inny niż te, które stosowałyśmy. On był z tych stojących, które miały pachnieć cały czas. Ustawiła go w jednej z wnęk, która miała być nie używana i zamknęła drzwi opierając się o nie z szerokim uśmiechem.
Jeszcze nigdy nie widziałam jej tak radosnej jak teraz i wcale mi to nie przeszkadzało. BA! Byłam wręcz zachwycona tym widokiem i miałam nadzieję, że będę widywała ją taką częściej.
Widocznie jej też była potrzebna ta przeprowadzka. Odcięcie się w pewnym stopniu od szkoły, bliżej z przyjaciółmi. Znaczna doza wolności i niezależności. Tak, to pachniało wyśmienicie, nawet jak dla mnie. Nawet pomimo spięć z Alexem.
- A więc kto jest głodny? - spytała i zamachała papierową torbą z zakupami.


* * *


Alex został w pokoju wykręcając się brakiem apetytu, ale czułam, że po prostu chciał zostawić mnie z Amy bez tej nerwowej atmosfery, za co byłam mu wdzięczna. Fakt, chciałam się pozbyć tego czegoś, co było zgniłe między nami, ale jednocześnie się bałam. Bałam się, że jeśli tak się stanie i zbliżymy się do siebie, to będę liczyła na coś więcej. Na coś czego z całą pewnością nie mogłam dostać.
Fakt, chłopcy często szaleli, chcąc się umówić, zabrać mnie do kina czy coś. Ale on był inny. On już pracował, więc był kilka lat starszy, nie uczył się, był całkowicie niezależny i mógł mieć kogoś w swoim wieku. Po co więc miałby sobie zawracać głowę kimś takim jak ja? Mała, niedoświadczona dziewczyna, która pojawiła się znikąd i narobiła szumu dookoła swojej osoby.
Westchnęłam cicho. Wyobrażenia zdecydowanie nie były równe rzeczywistości. Alex był doskonalszy. Wyglądał niemalże jak gracki bóg i z pewnością był obiektem westchnień nie jednej dziewczyny. Oraz sprawy między mną a nim były znacznie bardziej skomplikowane. Nie tak miało być, wszystko było nie tak.
Syknęłam z bólu, ponieważ przez te zamyślenia, zamiast ukroić następny plasterek ogórka, ucięłam się w palec. Na szczęście nigdy nie cięłam z zapałem, więc to było tylko lekkie przecięcie, ale mimo wszystko piekło.
Dobrze, że zrobiłam to dopiero w momencie, kiedy już kończyłyśmy sałatkę, coś a'la sałatkę grecką. W sumie to nasz twór bardzo ją przypominał, a różnił się jedynie kilkoma nadprogramowymi składnikami, więc w sumie nie odbiegała tak mocno od pierwowzoru.
Po tym jak Amy opatrzyła mi palec, zjadłyśmy część w kuchni, wesoło rozmawiając o planach na jutrzejszy dzień. Dziewczyna już miała sto pomysłów na minutę, na jakąś domówkę z okazji nowych lokatorek i żaden sensowny argument do niej nie docierał. Nawet ten, że Alex jeszcze nie wyraził zgody i nie wiadomo czy w ogóle to zrobi.
Kiedy doszłam do wniosku, że i tak jej nie przekonam, schowałyśmy naczynia do zmywarki, a resztkę sałatki przełożyłyśmy do miseczki, chcąc zanieść Alexowi. Coś w podzięce, za zostawienie nas samych oraz udzielenia dachu nad głową. Och, po prostu tak wypadało, tak?
Lecz kiedy tylko weszłyśmy do salonu, zaśmiałyśmy się cicho, widząc zaistniałą sytuację.
Chłopak usnął na kanapie, a jego blond włosy leżały rozsypane na oparciu mebla, ściskając w dłoni pilota. Nogi miał lekko podkulone, ponieważ inaczej wystawałyby mu z drugiej strony, a lewa ręka zwisała mu przez tors.
Uśmiechnęłam się lekko pod nosem i pocałowałam przyjaciółkę w policzek, na dobranoc, podchodząc do kanapy. Odstawiłam miseczkę na bok, starając sie nie uderzyć nią o blat stolika i przesunęłam palcami po jego ramieniu.
- Alex, budź się - wyszeptałam wciąż wodząc palcami po jego ramieniu. - Pobudka, śpiochu - ciągle szeptałam, przesuwając opuszkami po jego skórze.
Sama tak naprawdę nie wiedziałam dlaczego to robię. Odkąd przyjechałyśmy, Alex i ja byliśmy dla siebie opryskliwi i niemili, lecz teraz chyba odzywała się we mnie ta część, na którą oddziaływało przyciąganie. Silne przyciąganie.
Tak silne, że musiałam wstrzymać oddech, aby nie zrobić czegoś naprawdę głupiego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz