Lato. Każdemu kojarzy się z czymś przyjemnym. Koniec
szkoły. Wakacje. Wolność. Dla mnie ten okres na zawsze pozostanie czasem pełnym
bólu, łez, tęsknoty i niezrozumienia. Koszmarem regularnie powracającym, nie
dającym o sobie zapomnieć.
W milczeniu spoglądałam przez okno, obserwując latające
ptaki, wolno rosnące polne kwiaty i stabilne drzewa. Zacisnęłam zęby próbując
powstrzymać napływającą falę palących powieki łez. To wszystko, na co
patrzyłam, miało coś co mi odebrano. Wolność. Niezależność. Stabilność. A ja
co? Zrujnowano mój na pozór stabilny świat, odebrano wolność wyboru i zamknięto
w czterech ścianach.
Poczułam kolejny wstrząs i tym razem uderzyłam głową o dach
samochodu.
- Mówiłam, żebyś prowadziła ostrożniej - warknęłam
zirytowana i rozżalona nad swoim i tak już beznadziejnym losem.
- Przepraszam, ale tutaj jest pełno dziur, skarbie -
powiedziała spokojnym głosem kobieta siedząca obok mnie.
Tak. Właśnie siedziałam w samochodzie obok kobiety, która
powinna być moim wsparciem i ostoją w trudnych chwilach. A teraz co? Moja
własna matka wywoziła mnie daleko od domu, do szkoły z internatem, za co miałam
ochotę po raz kolejny wykrzyczeć jak bardzo jej nienawidzę.
Nie żebym rzadko jej o tym przypominała, co to to nie. Od
ponad pół roku nie pozwalałam jej o tym zapomnieć. Dokładnie to od ośmiu
miesięcy. Od czasu, gdy mój pozornie bezpieczny i stabilny świat legł w
gruzach, bez szans na odbudowanie go na nowo.
Rozwód.
Na to słowo do tej pory krew w żyłach przyspiesza swój
bieg, a do oczu napływają mi łzy. Nie jednokrotnie je słyszałam, ale nigdy nie
sądziłam, że może ono dotknąć moją rodzinę zadając tyle bólu. Zawsze to było
jak odległa bajka, jak wiadomości z drugiego krańca świata, chociaż zdarzały
się w naszym mieście jeden za drugim. A jednak. Osiem miesięcy temu sąd orzekł
rozwód moich rodziców, bezpowrotnie rozbijając naszą rodzinę.
Nienawidziłam mojej mamy za to że do tego dopuściła, że nie
starała się ratować małżeństwa, tylko pozwoliła tacie odejść. Każdego dnia
wypominałam jej, że nie była dość dobra, skoro odszedł. Bezapelacyjnie
zrujnowała moje życie, więc nie widziałam przeciwwskazań aby zafundować jej to
samo.
A teraz jeszcze to.
Z końcem szkoły mama obwieściła mi, jej zdaniem, cudowną
wiadomość, iż nowy rok szkolny rozpocznę w San Diego Community College
District. I kolejny raz wykrzyczałam jak bardzo jej nienawidzę. Wysłała mnie do
szkoły oddalonej o 2788 mil
od mojego ukochanego Dover w stanie New Jersey. Oddalonej o 2788 mil od domu, rodziny
i przyjaciół.
Nie znałam miejsca.
Nie znałam ludzi.
Czułam się jak jedna z osób objętych zsyłkami na Sybir, o których
niegdyś głośno było w Europie.
A teraz jechałam z mamą z lotnika świadoma niemożliwości
odwrotu.
- Boisz się? - zagadnęła ponownie kobieta tak bardzo mi
obca.
- Nie, sikam szczęściem - odparłam ironicznie, nawet na nią
nie spoglądając.
Miałam ochotę otworzyć drzwi i wyskoczyć z pędzącego
samochodu. Ogromną ochotę. I pewnie bym to zrobiła gdyby nie obietnica złożona
mojej przyjaciółce. Obiecałam, że zadzwonię do niej jak tylko dojadę do szkoły
i się rozpakuję. A obietnic nigdy nie łamałam. Nie tak jak moi rodzice, którzy
obiecywali przed kilkunastoma latami, że nie opuszczą się aż do śmierci.
Z zamyślenia wyrwała mnie właśnie mijająca tablica, która
witała nas w San Diego. Westchnęłam czując napływające łzy, nienawidząc matki
jeszcze mocniej za to, że mnie tutaj zostawia. Tak daleko od domu. Tak daleko
od wszystkiego co mi znane.
Nie długo później samochód stanął i w końcu przeniosłam
wzrok na przednią szybę. Duży, nowoczesny budynek który ukazał się moim oczom
wcale nie dodał mi otuchy, wręcz przeciwnie. Już wyobrażałam sobie te
snobistyczne dzieciaki, które tutaj uczęszczały. Puste laleczki gadające tylko
o tym, który z chłopaków jest najbardziej gorący w szkole i bezmózgich
mięśniaków, którzy na nie lecą.
Już miałam otworzyć drzwi, gdy poczułam ciepłą dłoń na
swoim udzie. Odruchowo ją strząsnęłam nawet nie patrzeć na mamę, ale nie dawała
za wygraną i za każdym razem kładła ją na nowo, zmuszając abym pozostała na
swoim miejscu.
- Co chcesz? - westchnęłam w końcu i oparłam się o
siedzenie z wyraźnie naburmuszoną miną.
Lecz mimo to ona nic nie odpowiedziała i z czułym uśmiechem
położyła mi na kolanach średnich rozmiarów pakunek. Spojrzałam na nią
przelotnie i szybko odwróciłam wzrok czując w oczach łzy. Nie miała pojęcia jak
bardzo ranił mnie ten jej pełen miłości i troski uśmiech. Byłam dla niej
okropna, a ona nigdy nie odpowiedziała mi tym samym.
Bez słowa wsunęłam pakunek do plecaka i otworzyłam drzwi
wysiadając z auta. Zanim zdążyłam wyciągnąć walizki z bagażnika, już wychodziła
ku nam drobna blondyneczka z pogodnym uśmiechem. Wiedziałam, że czas się
żegnać, ale w sumie było mi już wszystko jedno - przynajmniej to chciałam
pokazać. Nie mogłam pokazać niczego innego.
- Ty pewnie jesteś Victoria - powiedziała pogodnym głosem
przybyła dziewczyna. - Mam na imię Amy. To ja mam oprowadzić cię po szkole i
dzielić z tobą pokój - powiedziała bardzo żywotnie przez co już zaczynałam mieć
jej dość, ale tylko westchnęłam spoglądając na nią.
- Miło cię poznać - powiedziałam delikatnie ściskając dłoń
dziewczyny i spojrzałam krótko w stronę mamy. - Dasz nam chwilkę?
Dziewczyna energicznie skinęła głową, przez co jej proste,
blond włosy sięgające ramion rozpierzchły się w różne strony, czym wywołała
lekki uśmiech na mojej twarzy, a następnie, ku mojemu zdziwieniu, wzięła jedną
z moich walizek, ciągnąc ją w stronę szkoły.
Gdy Amy zniknęła za drzwiami mama podeszła do mnie wolnym
krokiem z delikatnym uśmiechem. Już wyciągała ręce by mnie objąć, gdy zrobiłam
krok do tyłu uniemożliwiając jej to. Kobieta westchnęła cicho, lecz mimo tego
uśmiechnęła się ciepło.
- Skarbie, poradzisz sobie - powiedziała swoim pełnym
ciepła głosem.
- Zabierz mnie stąd - szepnęłam wiedząc, że jest to
niemożliwe, ale tak bardzo chciałam wrócić do domu.
- Kochanie, to nowe doświadczenie - ciągnęła próbując mnie
przekonać do swojego pomysłu.
- Jak możesz mnie tak tutaj zostawiać? Jestem twoim
dzieckiem! - powiedziałam czując upokarzające łzy, którym za wszelką cenę nie
chciałam pozwolić popłynąć po policzkach.
- Masz siedemnaście lat, kochanie. To nic wielkiego, na
święta znowu będziesz w domu - mówiła nie poddając się.
- Nienawidzę cię - powiedziałam spokojnym głosem, lecz moim
ciałem wstrząsnął delikatny dreszcz. Powtarzałam te słowa tak często, że już
nawet nie towarzyszył im krzyk.
Mama chyba też się przyzwyczaiła to ich brzmienia, bo tylko
uśmiechnęła się delikatnie, tak jakbym powiedziała coś pięknego, co zamieniło
moje rozżalenie we wściekłość. Właśnie powiedziałam słowa, które powinny
dotknąć ją do żywego, a ona się z tego cieszyła.
- Kocham cię - usłyszałam głośno wypowiedziane słowa, tym
znienawidzonym przeze mnie, matczynym głosem.
Następnie już tylko oglądałam jak zgrabna blondynka wsiada
do samochodu posyłając mi jeden ze swoich najpiękniejszych uśmiechów. Nie
wyglądała wtedy na te niepełne czterdzieści lat. Wyglądała jakby była niewiele
starsza ode mnie. Zielone oczy błyszczały, tworząc z uroczym uśmiechem niewinną
aurę. Przed rozwodem szukałam u mamy zmarszczek i co najdziwniejsze miałam
problem z doliczeniem się do pięciu.
A później wszystko szlag trafił.
Rozwód.
Do oczu ponownie napłynęły mi łzy, które odpędziłam wraz ze
znikającym za rogiem samochodem. Akurat w momencie gdy zza zaszklonych drzwi
wychodziła do mnie moja nowa współlokatorka. Uśmiechnęłam się do niej
delikatnie próbując wyzbyć się wszelkich myśli związanych z mamą i chwyciłam
cięższą walizkę.
- To idziemy? - spytałam jeszcze lekko drżącym głosem w
nadziei, że dziewczyna tego nie dosłyszała.
* * *
Zanim doszłyśmy do pokoju pokonałyśmy naprawdę spory
kawałek drogi.
Mijając zaszklone drzwi szłyśmy długim korytarzem
obwieszonymi dyplomami szkoły oraz zdjęciami absolwentów. Następnie skręciłyśmy
w inny, wąski przedsionek, a Amy przyłożyła do czytnika jakiś breloczek, po
czym drzwi przed nami się rozsunęły ukazując przestronny przedsionek. Miał on
beżowe ściany, kanapę oraz kilka foteli skórzanych, a z sufitu zwisał elegancki
żyrandol. Drzwi za nami automatycznie się zasunęły, a my podeszłyśmy do jednego
z dwojga kolejnych drzwi.
Kolejny czytnik.
Ten sam brelok.
Weszłyśmy w następny korytarz, lecz ten był inny w
porównaniu do poprzednich. Ściany były wyłożone futrzastym, szkarłatnym
materiałem, a w tle grała muzyka. Aktualnie Saxobeat. Nie weszłyśmy na czarne
schody wyłożone krwistoczerwonym dywanem, lecz ruszyłyśmy w głąb ciemnego
korytarza. Dziewczyna która szła przede mną, przemieszczała się tanecznym
krokiem, widocznie poddając się rytmom muzyki.
- Od dawna tu jesteś? - spytałam gdy doszłyśmy do windy.
- Od miesiąca - powiedziała uśmiechając się do mnie
szeroko. - Chciałam się trochę zaklimatyzować. Podziwiam cię, że przyjechałaś
tutaj dopiero teraz. Za dwa dni zaczyna się przecież szkoła - ciągnęła patrząc
na mnie z nieznikającym, promiennym uśmiechem.
Już miałam jej coś odpowiedzieć, ale nadjechała winda, a
wraz z otwierającymi się drzwiami muzyka przybrała na sile, nie dając nam
możliwości konwersacji.
Po dojechaniu na trzecie piętro wysiadłyśmy, kierując się
korytarzem przed siebie. Zauważyłam wiele par drzwi i każde oblepione innymi
zawieszkami. Rozpoczynając od "teren prywatny Roxy.", kończąc na
"wchodzisz na własne ryzyko. Zagrożenie gwałtem.". Westchnęłam kręcąc
głową z zażenowaniem i stanęłam przed naszymi - na szczęście - czystymi
drzwiami.
Kolejny czytnik.
Ten sam brelok.
Dodatkowo dziewczyna wpisała na klawiaturze hasło i
popchnęła drzwi, które otworzyły się bez najmniejszego oporu. Weszłam do środka
ciągnąc walizkę, lecz kiedy podniosłam wzrok, usta automatycznie rozchyliły mi
się z zaskoczenia.
- Robi wrażenie, co? - spytała pogodnie stawiając nowe
walizki obok już wcześniej przyniesionej.
Nie potrafiąc wykrztusić ani jednego słowa tylko
skinęłam głową rozglądając się z podziwem. Pokój był skromnie mówiąc...
ogromny. Dwa duże, wygodne i eleganckie łóżka stały obok siebie w odległości
metra, dzielone dwoma hebanowymi szafkami nocnymi. Przy ścianie stały dwie
lustrzane szafy CZTERODRZWIOWE! A równolegle do nich dwa szerokie, również
hebanowe, biurka. W rogach stały sporych rozmiarów regały pod kolor pozostałych
mebli, a podłogę zdobił miękki, czarny dywan. Ściany miały kolor lawendy, a
duże okno dodatkowo rozjaśniało pomieszczenie. Między ścianą, jedną z szaf
stała czarna wieża z ogromną stertą płyt. Przy drzwiach wejściowych znajdowały
się, po jednym z każdej strony, dwa ciemne, skórzane fotele, które wyglądały na
wygodne, wręcz zachęcając by na nich usiąść.
W oszołomieniu, sądząc że lepiej już być nie może,
podeszłam do ciemnych drzwi umieszczonych koło biurek. Gdy weszłam do pomieszczenia
zaczęłam krzyczeć z radości, przez co Amy zjawiła się obok mnie z szerokim
uśmiechem.
Przyglądałam się wannie narożnej z hydromasażem z wręcz
uwielbieniem. Mój wzrok później omiótł także kabinę prysznicową z radiem oraz
podstawowe wyposażenie każdej łazienki.
Wyszłyśmy z łazienki zanosząc się śmiechem. Kiedy
spojrzałam na regały w pokoju, westchnęłam cicho. Te, które zajęła Amy były
pełne książek i zeszytów. Moje były puste. Położyłam się na łóżku i z
zadowoleniem stwierdziłam, że jest bardzo wygodne. Nawet nie wiem w którym
momencie zaczęłam po nim skakać, lecz chwilę później zaczęła to robić moja
współlokatorka.
Kiedy już się uspokoiłyśmy, zabrałam się za rozpakowywanie.
Sukienki wieszałam w ogromnej szafie, a spodnie układałam na półeczkach, tak
samo jak topy i inne nie gniotące się rzeczy. Gdy skończyłam, cofnęłam się
kilka kroków, z zadowoleniem podziwiając efekt. Byłam zaskoczona tym jak
pięknie się prezentowały moje ubrania.
Następnie wyciągnęłam pakunek z plecaka, wzdychając cicho.
Korzystając z tego, że Amy skoczyła po coś do jedzenia, powoli otworzyłam
pudełko całkiem rozbita. Gdy zajrzałam do środka, momentalnie do oczu napłynęły
mi łzy. Wzięłam do rąk przedmiot, który po chwili delikatnie przytuliłam,
następnie odkładając na szafkę nocną.
Przyglądałam się z subtelnym uśmiechem zdjęciu w ramce,
pozwalając łzom płynąć po policzkach. To było chyba nasze ostatnie wspólne
zdjęcie. Na fotografii widać w parku mnie oraz moich rodziców podczas czegoś,
co nazywałam "atakiem dwa jeden". Tata trzymał mi ręce z tyłu, a mama
łaskotała od przodu. Tak dobrze pamiętam tamten dzień.
To były moje szesnaste urodziny i rano przed imprezą
rodzice zabrali mnie na lody. Spędziliśmy wspólnie poranek, a wracając szczęśliwie
z zakupami, zatrzymaliśmy się w parku przy placu zabaw. W spokoju jedliśmy
deser, aż nagle tata zaczął odliczać. Wiedziałam co to oznacza więc wepchnęłam
sobie resztę wafla do ust i rozpoczęłam ucieczkę. Gdy wypowiedział
"trzy", razem z mamą rzucili się w pogoń za mną. Oczywiście tata
dopadł mnie pierwszy i zaczął krzyczeć "mam ją! mam ją!".
To była moja ulubiona zabawa z dzieciństwa i jedyna, jaką
kontynuowaliśmy, gdy już dorosłam. Zawsze czułam się wtedy tak bardzo
beztroska, wolna od wszelkich zmartwień i kłopotów. Mała i bezbronna, mając
obok siebie osoby, które oddały by za mnie życie.
Nie raz chciałam aby czas się zatrzymał, by minął ból, a
jutro nie musiało nadejść. Lecz on nie słuchał, dalej nieubłaganie pędząc do
przodu. A może i słuchał, tylko robił mi na złość. W każdym razie nigdy nie
robił tego o co go prosiłam. Niektórzy mówili że czas leczy rany. A mi
oczywiście musiał zrobić na złość. Rany pozostały takie same, a może nawet się
powiększały, lecz czas tylko przyzwyczajał mnie do bólu, jaki mi zadawały.
Nawet nie zwróciłam uwagi, że otwarcie, głośno płaczę i
pewnie nie wiedziałabym o tym przez dłuższy czas, gdyby nie chusteczka, którą
Amy przykładała mi pod oczy.
Nawet nie słyszałam jak weszła.
Westchnęłam cicho, z wdzięcznością biorąc od niej
jednorazówkę i zaczęłam wycierać nią policzki pełne tuszu, łez i upokorzenia.
Gdy skończyłam spojrzałam na małe pudełeczko które dziewczyna trzymała w
dłoniach i przeniosłam wzrok na nią w wyrazie szczerego zaciekawienia.
-
To dla ciebie - powiedziała podając mi owy przedmiot, który rozpakowałam w
mgnieniu oka z dumnym uśmiechem.
W
środku znajdował się podłużny, czarny breloczek z różowym logo szkoły.
Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej na widok „klucza” do naszego pokoju. Od razu
przypięłam go do pęku kluczy, który miałam jeszcze z Dover i wsunęłam je z
powrotem do kieszeni jeansów. Już otwierałam usta aby coś powiedzieć, lecz w
tym samym momencie rozległa się z mojego telefonu piosenka Beautiful Lie – 30STM.
- Elieen! – wykrzyknęłam radośnie imię przyjaciółki,
rzucając się do źródła dźwięku, na co Amy zareagowała głośnym śmiechem.
* * *
Po ponad godzinie skończyłam rozmawiać z przyjaciółką
opisując jej wszystko co tutaj jest, co już widziałam, co dostałam oraz co
jeszcze mnie czeka. Śmiałam się do rozruchu słuchając jej jęków, że musi
chodzić do obskurnej szkoły, a ja trafiłam do raju.
Do raju, za który kolejny raz powiedziałam mamie, że jej
nienawidzę.
Westchnęłam opadając na łóżko zżerana przez poczucie winy.
Fakt, nienawidziłam mojej matki. Zasłużyła sobie na to w moim uznaniu, ale to
nie był powód aby ranić ją za coś tak wspaniałego. Jednak nie potrafiłam
podziękować mamie wprost, więc napisałam sms’a do mojej przyjaciółki:
„ Kochanie, pokaż tego sms mojej
mamie, dobrze?
Mamo, tutaj jest cudownie.
Dziękuję ci za to.”
Nawet w sms’ie nie potrafiłam napisać jej, że ją kocham.
Tak, wiem, to smutne, ale prawdziwe.
Nie miałam siły nawet wziąć prysznica. Nadmiar emocji
wyprał ze mnie całą energię, więc tylko zakopałam się pod kołdrę słysząc co
jakiś czas szmer przewracanych kartek z czytanej przez współlokatorkę książki. Westchnęłam
cicho czując się zadziwiająco szczęśliwa z powodu tego, że tu jestem.
Leżąc w łóżku układałam jeszcze plan następnego dnia,
przypominając sobie o wszystkim co muszę zrobić. Począwszy od zakupienia
podręczników i książek, poprzez zwiedzenie szkoły, a kończąc na wycieczce do
dziekanatu na rozmowę w sprawie omówienia roku. Zapowiadał się świetny dzień.
- Dobranoc – szepnęłam zaspanym głosem, wtulona w miękką
poduszkę której byłam wdzięczna za to że jest przy mnie.
- Dobranoc – odpowiedziała z uśmiechem blondynka, podnosząc
wzrok z nad czytanej książki by obdarować mnie czułym spojrzeniem.
I w tym momencie wiedziałam, że mimo kłótni i awantur jakie
nas czekają, będziemy najlepszymi przyjaciółkami i nic, ani nikt nie będzie w
stanie nas rozdzielić na dłużej, niż będzie to konieczne.
Usłyszałam początek piosenki Hurricane – 30STM i odrzuciłam połączenie zbyt dobrze wiedząc kto
dzwoni.
Taylor.
W końcu musi nauczyć się żyć beze mnie, ponieważ mnie już
nie ma w Dover. A nawet jeślibym była, nie wybaczyłabym kolejnej zdrady. Miałam
już wystarczająco dużo swoich problemów, by brać sobie kolejny na głowę.
I tak z myślą o przeszłości zasnęłam w końcu, wtulona w
nową poduszkę, pod nową kołdrą, z nową koleżanką u boku, rozpoczynając nowe
życie.
Bez nadmiaru łez.
Bez zdrad.
Bez Taylora.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz