poniedziałek, 24 września 2012

Rozdział 1


Lato. Każdemu kojarzy się z czymś przyjemnym. Koniec szkoły. Wakacje. Wolność. Dla mnie ten okres na zawsze pozostanie czasem pełnym bólu, łez, tęsknoty i niezrozumienia. Koszmarem regularnie powracającym, nie dającym o sobie zapomnieć.
W milczeniu spoglądałam przez okno, obserwując latające ptaki, wolno rosnące polne kwiaty i stabilne drzewa. Zacisnęłam zęby próbując powstrzymać napływającą falę palących powieki łez. To wszystko, na co patrzyłam, miało coś co mi odebrano. Wolność. Niezależność. Stabilność. A ja co? Zrujnowano mój na pozór stabilny świat, odebrano wolność wyboru i zamknięto w czterech ścianach.
Poczułam kolejny wstrząs i tym razem uderzyłam głową o dach samochodu.
- Mówiłam, żebyś prowadziła ostrożniej - warknęłam zirytowana i rozżalona nad swoim i tak już beznadziejnym losem.
- Przepraszam, ale tutaj jest pełno dziur, skarbie - powiedziała spokojnym głosem kobieta siedząca obok mnie.
Tak. Właśnie siedziałam w samochodzie obok kobiety, która powinna być moim wsparciem i ostoją w trudnych chwilach. A teraz co? Moja własna matka wywoziła mnie daleko od domu, do szkoły z internatem, za co miałam ochotę po raz kolejny wykrzyczeć jak bardzo jej nienawidzę.
Nie żebym rzadko jej o tym przypominała, co to to nie. Od ponad pół roku nie pozwalałam jej o tym zapomnieć. Dokładnie to od ośmiu miesięcy. Od czasu, gdy mój pozornie bezpieczny i stabilny świat legł w gruzach, bez szans na odbudowanie go na nowo.
Rozwód.
Na to słowo do tej pory krew w żyłach przyspiesza swój bieg, a do oczu napływają mi łzy. Nie jednokrotnie je słyszałam, ale nigdy nie sądziłam, że może ono dotknąć moją rodzinę zadając tyle bólu. Zawsze to było jak odległa bajka, jak wiadomości z drugiego krańca świata, chociaż zdarzały się w naszym mieście jeden za drugim. A jednak. Osiem miesięcy temu sąd orzekł rozwód moich rodziców, bezpowrotnie rozbijając naszą rodzinę.
Nienawidziłam mojej mamy za to że do tego dopuściła, że nie starała się ratować małżeństwa, tylko pozwoliła tacie odejść. Każdego dnia wypominałam jej, że nie była dość dobra, skoro odszedł. Bezapelacyjnie zrujnowała moje życie, więc nie widziałam przeciwwskazań aby zafundować jej to samo.
A teraz jeszcze to.
Z końcem szkoły mama obwieściła mi, jej zdaniem, cudowną wiadomość, iż nowy rok szkolny rozpocznę w San Diego Community College District. I kolejny raz wykrzyczałam jak bardzo jej nienawidzę. Wysłała mnie do szkoły oddalonej o 2788 mil od mojego ukochanego Dover w stanie New Jersey. Oddalonej o 2788 mil od domu, rodziny i przyjaciół.
Nie znałam miejsca.
Nie znałam ludzi.
Czułam się jak jedna z osób objętych zsyłkami na Sybir, o których niegdyś głośno było w Europie.
A teraz jechałam z mamą z lotnika świadoma niemożliwości odwrotu.
- Boisz się? - zagadnęła ponownie kobieta tak bardzo mi obca.
- Nie, sikam szczęściem - odparłam ironicznie, nawet na nią nie spoglądając.
Miałam ochotę otworzyć drzwi i wyskoczyć z pędzącego samochodu. Ogromną ochotę. I pewnie bym to zrobiła gdyby nie obietnica złożona mojej przyjaciółce. Obiecałam, że zadzwonię do niej jak tylko dojadę do szkoły i się rozpakuję. A obietnic nigdy nie łamałam. Nie tak jak moi rodzice, którzy obiecywali przed kilkunastoma latami, że nie opuszczą się aż do śmierci.
Z zamyślenia wyrwała mnie właśnie mijająca tablica, która witała nas w San Diego. Westchnęłam czując napływające łzy, nienawidząc matki jeszcze mocniej za to, że mnie tutaj zostawia. Tak daleko od domu. Tak daleko od wszystkiego co mi znane.
Nie długo później samochód stanął i w końcu przeniosłam wzrok na przednią szybę. Duży, nowoczesny budynek który ukazał się moim oczom wcale nie dodał mi otuchy, wręcz przeciwnie. Już wyobrażałam sobie te snobistyczne dzieciaki, które tutaj uczęszczały. Puste laleczki gadające tylko o tym, który z chłopaków jest najbardziej gorący w szkole i bezmózgich mięśniaków, którzy na nie lecą.
Już miałam otworzyć drzwi, gdy poczułam ciepłą dłoń na swoim udzie. Odruchowo ją strząsnęłam nawet nie patrzeć na mamę, ale nie dawała za wygraną i za każdym razem kładła ją na nowo, zmuszając abym pozostała na swoim miejscu.
 - Co chcesz? - westchnęłam w końcu i oparłam się o siedzenie z wyraźnie naburmuszoną miną.
Lecz mimo to ona nic nie odpowiedziała i z czułym uśmiechem położyła mi na kolanach średnich rozmiarów pakunek. Spojrzałam na nią przelotnie i szybko odwróciłam wzrok czując w oczach łzy. Nie miała pojęcia jak bardzo ranił mnie ten jej pełen miłości i troski uśmiech. Byłam dla niej okropna, a ona nigdy nie odpowiedziała mi tym samym.
Bez słowa wsunęłam pakunek do plecaka i otworzyłam drzwi wysiadając z auta. Zanim zdążyłam wyciągnąć walizki z bagażnika, już wychodziła ku nam drobna blondyneczka z pogodnym uśmiechem. Wiedziałam, że czas się żegnać, ale w sumie było mi już wszystko jedno - przynajmniej to chciałam pokazać. Nie mogłam pokazać niczego innego.
- Ty pewnie jesteś Victoria - powiedziała pogodnym głosem przybyła dziewczyna. - Mam na imię Amy. To ja mam oprowadzić cię po szkole i dzielić z tobą pokój - powiedziała bardzo żywotnie przez co już zaczynałam mieć jej dość, ale tylko westchnęłam spoglądając na nią.
- Miło cię poznać - powiedziałam delikatnie ściskając dłoń dziewczyny i spojrzałam krótko w stronę mamy. - Dasz nam chwilkę?
Dziewczyna energicznie skinęła głową, przez co jej proste, blond włosy sięgające ramion rozpierzchły się w różne strony, czym wywołała lekki uśmiech na mojej twarzy, a następnie, ku mojemu zdziwieniu, wzięła jedną z moich walizek, ciągnąc ją w stronę szkoły.
Gdy Amy zniknęła za drzwiami mama podeszła do mnie wolnym krokiem z delikatnym uśmiechem. Już wyciągała ręce by mnie objąć, gdy zrobiłam krok do tyłu uniemożliwiając jej to. Kobieta westchnęła cicho, lecz mimo tego uśmiechnęła się ciepło.
- Skarbie, poradzisz sobie - powiedziała swoim pełnym ciepła głosem.
- Zabierz mnie stąd - szepnęłam wiedząc, że jest to niemożliwe, ale tak bardzo chciałam wrócić do domu.
- Kochanie, to nowe doświadczenie - ciągnęła próbując mnie przekonać do swojego pomysłu.
- Jak możesz mnie tak tutaj zostawiać? Jestem twoim dzieckiem! - powiedziałam czując upokarzające łzy, którym za wszelką cenę nie chciałam pozwolić popłynąć po policzkach.
- Masz siedemnaście lat, kochanie. To nic wielkiego, na święta znowu będziesz w domu - mówiła nie poddając się.
- Nienawidzę cię - powiedziałam spokojnym głosem, lecz moim ciałem wstrząsnął delikatny dreszcz. Powtarzałam te słowa tak często, że już nawet nie towarzyszył im krzyk.
Mama chyba też się przyzwyczaiła to ich brzmienia, bo tylko uśmiechnęła się delikatnie, tak jakbym powiedziała coś pięknego, co zamieniło moje rozżalenie we wściekłość. Właśnie powiedziałam słowa, które powinny dotknąć ją do żywego, a ona się z tego cieszyła.
- Kocham cię - usłyszałam głośno wypowiedziane słowa, tym znienawidzonym przeze mnie, matczynym głosem.
Następnie już tylko oglądałam jak zgrabna blondynka wsiada do samochodu posyłając mi jeden ze swoich najpiękniejszych uśmiechów. Nie wyglądała wtedy na te niepełne czterdzieści lat. Wyglądała jakby była niewiele starsza ode mnie. Zielone oczy błyszczały, tworząc z uroczym uśmiechem niewinną aurę. Przed rozwodem szukałam u mamy zmarszczek i co najdziwniejsze miałam problem z doliczeniem się do pięciu.
A później wszystko szlag trafił.
Rozwód.
Do oczu ponownie napłynęły mi łzy, które odpędziłam wraz ze znikającym za rogiem samochodem. Akurat w momencie gdy zza zaszklonych drzwi wychodziła do mnie moja nowa współlokatorka. Uśmiechnęłam się do niej delikatnie próbując wyzbyć się wszelkich myśli związanych z mamą i chwyciłam cięższą walizkę.
- To idziemy? - spytałam jeszcze lekko drżącym głosem w nadziei, że dziewczyna tego nie dosłyszała.

* * *

Zanim doszłyśmy do pokoju pokonałyśmy naprawdę spory kawałek drogi.
Mijając zaszklone drzwi szłyśmy długim korytarzem obwieszonymi dyplomami szkoły oraz zdjęciami absolwentów. Następnie skręciłyśmy w inny, wąski przedsionek, a Amy przyłożyła do czytnika jakiś breloczek, po czym drzwi przed nami się rozsunęły ukazując przestronny przedsionek. Miał on beżowe ściany, kanapę oraz kilka foteli skórzanych, a z sufitu zwisał elegancki żyrandol. Drzwi za nami automatycznie się zasunęły, a my podeszłyśmy do jednego z dwojga kolejnych drzwi.
Kolejny czytnik.
Ten sam brelok.
Weszłyśmy w następny korytarz, lecz ten był inny w porównaniu do poprzednich. Ściany były wyłożone futrzastym, szkarłatnym materiałem, a w tle grała muzyka. Aktualnie Saxobeat. Nie weszłyśmy na czarne schody wyłożone krwistoczerwonym dywanem, lecz ruszyłyśmy w głąb ciemnego korytarza. Dziewczyna która szła przede mną, przemieszczała się tanecznym krokiem, widocznie poddając się rytmom muzyki.
- Od dawna tu jesteś? - spytałam gdy doszłyśmy do windy.
- Od miesiąca - powiedziała uśmiechając się do mnie szeroko. - Chciałam się trochę zaklimatyzować. Podziwiam cię, że przyjechałaś tutaj dopiero teraz. Za dwa dni zaczyna się przecież szkoła - ciągnęła patrząc na mnie z nieznikającym, promiennym uśmiechem.
Już miałam jej coś odpowiedzieć, ale nadjechała winda, a wraz z otwierającymi się drzwiami muzyka przybrała na sile, nie dając nam możliwości konwersacji.
Po dojechaniu na trzecie piętro wysiadłyśmy, kierując się korytarzem przed siebie. Zauważyłam wiele par drzwi i każde oblepione innymi zawieszkami. Rozpoczynając od "teren prywatny Roxy.", kończąc na "wchodzisz na własne ryzyko. Zagrożenie gwałtem.". Westchnęłam kręcąc głową z zażenowaniem i stanęłam przed naszymi - na szczęście - czystymi drzwiami.
Kolejny czytnik.
Ten sam brelok.
Dodatkowo dziewczyna wpisała na klawiaturze hasło i popchnęła drzwi, które otworzyły się bez najmniejszego oporu. Weszłam do środka ciągnąc walizkę, lecz kiedy podniosłam wzrok, usta automatycznie rozchyliły mi się z zaskoczenia.
- Robi wrażenie, co? - spytała pogodnie stawiając nowe walizki obok już wcześniej przyniesionej.
 Nie potrafiąc wykrztusić ani jednego słowa tylko skinęłam głową rozglądając się z podziwem. Pokój był skromnie mówiąc... ogromny. Dwa duże, wygodne i eleganckie łóżka stały obok siebie w odległości metra, dzielone dwoma hebanowymi szafkami nocnymi. Przy ścianie stały dwie lustrzane szafy CZTERODRZWIOWE! A równolegle do nich dwa szerokie, również hebanowe, biurka. W rogach stały sporych rozmiarów regały pod kolor pozostałych mebli, a podłogę zdobił miękki, czarny dywan. Ściany miały kolor lawendy, a duże okno dodatkowo rozjaśniało pomieszczenie. Między ścianą, jedną z szaf stała czarna wieża z ogromną stertą płyt. Przy drzwiach wejściowych znajdowały się, po jednym z każdej strony, dwa ciemne, skórzane fotele, które wyglądały na wygodne, wręcz zachęcając by na nich usiąść.
W oszołomieniu, sądząc że lepiej już być nie może, podeszłam do ciemnych drzwi umieszczonych koło biurek. Gdy weszłam do pomieszczenia zaczęłam krzyczeć z radości, przez co Amy zjawiła się obok mnie z szerokim uśmiechem.
Przyglądałam się wannie narożnej z hydromasażem z wręcz uwielbieniem. Mój wzrok później omiótł także kabinę prysznicową z radiem oraz podstawowe wyposażenie każdej łazienki.
Wyszłyśmy z łazienki zanosząc się śmiechem. Kiedy spojrzałam na regały w pokoju, westchnęłam cicho. Te, które zajęła Amy były pełne książek i zeszytów. Moje były puste. Położyłam się na łóżku i z zadowoleniem stwierdziłam, że jest bardzo wygodne. Nawet nie wiem w którym momencie zaczęłam po nim skakać, lecz chwilę później zaczęła to robić moja współlokatorka.
Kiedy już się uspokoiłyśmy, zabrałam się za rozpakowywanie. Sukienki wieszałam w ogromnej szafie, a spodnie układałam na półeczkach, tak samo jak topy i inne nie gniotące się rzeczy. Gdy skończyłam, cofnęłam się kilka kroków, z zadowoleniem podziwiając efekt. Byłam zaskoczona tym jak pięknie się prezentowały moje ubrania.
Następnie wyciągnęłam pakunek z plecaka, wzdychając cicho. Korzystając z tego, że Amy skoczyła po coś do jedzenia, powoli otworzyłam pudełko całkiem rozbita. Gdy zajrzałam do środka, momentalnie do oczu napłynęły mi łzy. Wzięłam do rąk przedmiot, który po chwili delikatnie przytuliłam, następnie odkładając na szafkę nocną.
Przyglądałam się z subtelnym uśmiechem zdjęciu w ramce, pozwalając łzom płynąć po policzkach. To było chyba nasze ostatnie wspólne zdjęcie. Na fotografii widać w parku mnie oraz moich rodziców podczas czegoś, co nazywałam "atakiem dwa jeden". Tata trzymał mi ręce z tyłu, a mama łaskotała od przodu. Tak dobrze pamiętam tamten dzień.
To były moje szesnaste urodziny i rano przed imprezą rodzice zabrali mnie na lody. Spędziliśmy wspólnie poranek, a wracając szczęśliwie z zakupami, zatrzymaliśmy się w parku przy placu zabaw. W spokoju jedliśmy deser, aż nagle tata zaczął odliczać. Wiedziałam co to oznacza więc wepchnęłam sobie resztę wafla do ust i rozpoczęłam ucieczkę. Gdy wypowiedział "trzy", razem z mamą rzucili się w pogoń za mną. Oczywiście tata dopadł mnie pierwszy i zaczął krzyczeć "mam ją! mam ją!".
To była moja ulubiona zabawa z dzieciństwa i jedyna, jaką kontynuowaliśmy, gdy już dorosłam. Zawsze czułam się wtedy tak bardzo beztroska, wolna od wszelkich zmartwień i kłopotów. Mała i bezbronna, mając obok siebie osoby, które oddały by za mnie życie.
Nie raz chciałam aby czas się zatrzymał, by minął ból, a jutro nie musiało nadejść. Lecz on nie słuchał, dalej nieubłaganie pędząc do przodu. A może i słuchał, tylko robił mi na złość. W każdym razie nigdy nie robił tego o co go prosiłam. Niektórzy mówili że czas leczy rany. A mi oczywiście musiał zrobić na złość. Rany pozostały takie same, a może nawet się powiększały, lecz czas tylko przyzwyczajał mnie do bólu, jaki mi zadawały.
Nawet nie zwróciłam uwagi, że otwarcie, głośno płaczę i pewnie nie wiedziałabym o tym przez dłuższy czas, gdyby nie chusteczka, którą Amy przykładała mi pod oczy.
Nawet nie słyszałam jak weszła.
Westchnęłam cicho, z wdzięcznością biorąc od niej jednorazówkę i zaczęłam wycierać nią policzki pełne tuszu, łez i upokorzenia. Gdy skończyłam spojrzałam na małe pudełeczko które dziewczyna trzymała w dłoniach i przeniosłam wzrok na nią w wyrazie szczerego zaciekawienia.
- To dla ciebie - powiedziała podając mi owy przedmiot, który rozpakowałam w mgnieniu oka z dumnym uśmiechem.
W środku znajdował się podłużny, czarny breloczek z różowym logo szkoły. Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej na widok „klucza” do naszego pokoju. Od razu przypięłam go do pęku kluczy, który miałam jeszcze z Dover i wsunęłam je z powrotem do kieszeni jeansów. Już otwierałam usta aby coś powiedzieć, lecz w tym samym momencie rozległa się z mojego telefonu piosenka Beautiful Lie – 30STM.
- Elieen! – wykrzyknęłam radośnie imię przyjaciółki, rzucając się do źródła dźwięku, na co Amy zareagowała głośnym śmiechem.

* * *

Po ponad godzinie skończyłam rozmawiać z przyjaciółką opisując jej wszystko co tutaj jest, co już widziałam, co dostałam oraz co jeszcze mnie czeka. Śmiałam się do rozruchu słuchając jej jęków, że musi chodzić do obskurnej szkoły, a ja trafiłam do raju.
Do raju, za który kolejny raz powiedziałam mamie, że jej nienawidzę.
Westchnęłam opadając na łóżko zżerana przez poczucie winy. Fakt, nienawidziłam mojej matki. Zasłużyła sobie na to w moim uznaniu, ale to nie był powód aby ranić ją za coś tak wspaniałego. Jednak nie potrafiłam podziękować mamie wprost, więc napisałam sms’a do mojej przyjaciółki:
„ Kochanie, pokaż tego sms mojej mamie, dobrze?
Mamo, tutaj jest cudownie. Dziękuję ci za to.”

Nawet w sms’ie nie potrafiłam napisać jej, że ją kocham. Tak, wiem, to smutne, ale prawdziwe.
Nie miałam siły nawet wziąć prysznica. Nadmiar emocji wyprał ze mnie całą energię, więc tylko zakopałam się pod kołdrę słysząc co jakiś czas szmer przewracanych kartek z czytanej przez współlokatorkę książki. Westchnęłam cicho czując się zadziwiająco szczęśliwa z powodu tego, że tu jestem.
Leżąc w łóżku układałam jeszcze plan następnego dnia, przypominając sobie o wszystkim co muszę zrobić. Począwszy od zakupienia podręczników i książek, poprzez zwiedzenie szkoły, a kończąc na wycieczce do dziekanatu na rozmowę w sprawie omówienia roku. Zapowiadał się świetny dzień.
- Dobranoc – szepnęłam zaspanym głosem, wtulona w miękką poduszkę której byłam wdzięczna za to że jest przy mnie.
- Dobranoc – odpowiedziała z uśmiechem blondynka, podnosząc wzrok z nad czytanej książki by obdarować mnie czułym spojrzeniem.
I w tym momencie wiedziałam, że mimo kłótni i awantur jakie nas czekają, będziemy najlepszymi przyjaciółkami i nic, ani nikt nie będzie w stanie nas rozdzielić na dłużej, niż będzie to konieczne.
Usłyszałam początek piosenki Hurricane – 30STM i odrzuciłam połączenie zbyt dobrze wiedząc kto dzwoni.
Taylor.
W końcu musi nauczyć się żyć beze mnie, ponieważ mnie już nie ma w Dover. A nawet jeślibym była, nie wybaczyłabym kolejnej zdrady. Miałam już wystarczająco dużo swoich problemów, by brać sobie kolejny na głowę.
I tak z myślą o przeszłości zasnęłam w końcu, wtulona w nową poduszkę, pod nową kołdrą, z nową koleżanką u boku, rozpoczynając nowe życie.
Bez nadmiaru łez.
Bez zdrad.
Bez Taylora.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz