niedziela, 23 września 2012

Rozdział 2



Zamrugałam kilkakrotnie czując na swojej twarzy poranne promyki słońca, co mimowolnie wywołało szeroki uśmiech. Wzięłam do ręki telefon z nastawieniem rozpoczęcia wszystkiego od zera. Od podstaw. Albo jeszcze niżej.
Trzy nowe wiadomości.
Sześć nieodebranych połączeń.
Ten sam nadawca.
Taylor.
Skasowałam je nawet nie wnikając w ich treść. Przesłanie jakie zawierały było mi zbyt dobrze znane, a każdy jego gest zbyt przewidywalny.
Ale nie ma już głupiej Vik.
I z takim przeświadczeniem zsunęłam się z łózka podchodząc do szafy po nowe ubranie na nadchodzący dzień. Amy nie było w pokoju, ale na jej miejscu dostrzegłam kartkę, którą przeczytałam z szerokim uśmiechem na ustach.

" Jak znajdziesz chwilę to zadzwoń. Pokręcimy się po mieście, może kogoś poznamy.
Amy. "

Wyciągnęłam z cudownej szafy czarną sukienkę w drobne różyczki, która sięgała nieznacznie za pośladki i zarazem nie grzeszyła dekoltem. Zabrałam z półki również nową paczką brązowych rajstop oraz komplet bielizny i zniknęłam za drzwiami łazienki.
Po zsunięciu z siebie wczorajszej odzieży wsunęłam się do luksusowej kabiny prysznicowej, zasuwając za sobą drzwi. Szybko włączyłam radio i kolorowe światła, czując się niczym gwiazda filmowa. Po napłynięciu ciepłej wody odetchnęłam z rozkoszą. To było to czego w tej chwili najbardziej potrzebowałam.Wzięłam do ręki czekoladowy peeling i z uśmiechem zaczęłam myć nim ciało, czując przy tym przyjemne mrowienie.
Po ponad półgodzinie zakończyłam relaksacyjny prysznic i wysunęłam się z kabiny, biorąc do ręki miękki, czarny ręcznik, po czym zaczęłam wycierać nim dokładnie każdą część mojego ciała. Oczywiście nie obyłoby się bez wcierania różnych kremów i balsamów.
Kolejne półgodziny i byłam już ubrana oraz pomalowana. Z uśmiechem weszłam do pokoju, aby przejrzeć się w jednym z luster, umieszczonych na szafie.
Zakręciłam się dookoła własnej osi z szerokim uśmiechem na ustach i przyjrzałam się swojemu odbiciu w lustrze. Wilgotne włosy spływały kaskadą po plecach ukazując szerokie ramiączka od sukienki, która opinając się na biuście przechodziła w zaokrąglony dekolt. Przesunęłam krwistoczerwonymi paznokciami po idealnie dopasowanym do ciała materiale, wciąż uśmiechając się promiennie. Dopiero od tali delikatnie się rozszerzał dając swobodę poruszania się.
Na górnych powiekach widniały cienkie kreski czarnego eyelinera, dolne zaś drobiły linie wykonane kredką tego samego koloru. Rzęsy były pociągnięte tuszem, przez co wydawały się dłuższe, gęstsze i bardziej wyraziste, zaś wargi pokrywał czekoladowy błyszczyk.
Uśmiechnęłam się do siebie pogodnie i wykonałam jeszcze jeden piruet zakładając czarne kółka. Następnie chwyciłam torebkę i wyszłam z pokoju kierując się ku wyjściu z nowej szkoły.
Czas poznać to miasto - zaśmiałam się w myślach stawiając czoło własnym obawom i słabościom.

* * *

Dzień zapowiadał się na dość słoneczny. Nieznaczna ilość białych obłoczków zdobiła jasnobłękitne niebo, a liście drzew poruszał przyjemny wiatr. Kierując się wskazówkami napotkanych osób, dotarłam w końcu do księgarni.
Z szerokim uśmiechem weszłam do dużego pomieszczenia, witając ekspedienta. Zdziwił mnie jego młody wiek, ponieważ nie wyglądał na więcej niż dwadzieścia lat, ale tylko wzruszyłam ramionami, podchodząc do niego niemalże tanecznym krokiem.
Brązowe oczy chłopaka powitały mnie radośnie współgrając z szerokim uśmiechem pełnych warg. Kosmyki jego dłuższych, kasztanowych włosów pałętały się pozornie bez ładu po policzku nieznajomego, co w sumie nadawało mu całkiem sympatyczny wygląd. Nie szalał opalenizną, ale nie można było też powiedzieć, że był blady. Wyglądał jak przeciętny nastolatek po okresie letnim. Moją uwagę natomiast zwróciła jego koszulka z logo  ukochanego zespołu.
- Też słuchasz Marsów? - spytałam zaskoczona, przy czym uśmiech nawet na chwilę nie schodził mi z twarzy.
Dopiero głośny śmiech chłopaka uświadomił mnie o popełnionym nietakcie. Spojrzałam na niego czując jak policzki pokrywają się rumieńcami, więc ostatecznie spuściłam wzrok na swoje buty udając, że są szalenie interesujące.
- Hej, nie stresuj się tak - powiedział próbując się uspokoić. - Tak, uwielbiam Marsów - dodał po chwili i przyjrzał mi się badawczo. - Ale raczej nie przyszłaś o to zapytać - wyjaśnił i wtedy zrozumiałam jego nagły wybuch śmiechu, rumieniąc się jeszcze bardziej.
 Nie, oczywiście że nie - wydusiłam w końcu i wyciągnęłam z torebki spis książek, który wsunęłam w dłoń chłopaka.
- Studentka - skomentował widząc tytuły książek i uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Widziałam jak co chwilę biegał po sklepie przynosząc nowe podręczniki, tworząc coraz większy stosik. Oparłam się o ścianę patrząc na niego z delikatnym uśmiechem, co chyba zauważył ponieważ odpowiedział tym samym.
Gdy skończył, wrócił za kasę i zaczął nabijać podręczniki, a ja rozpoczęłam poszukiwania portfela. Z każdą chwilą byłam coraz bardziej przerażona, nigdzie go nie dostrzegając, a przecież do małych nie należał. Wysypałam całą zawartość torebki na stolik próbując go znaleźć i nic. Rozpinałam nawet przegródki jedna po drugiej z wielką nadzieją, lecz z każdą następną nawet ona słabła. Otworzyłam ostatnią, czując jak łzy napływają mi do oczu... i odetchnęłam z ulgą znajdując podłużny czarny portfel z króliczkiem i napisem " Together we are very happy".
- Damska torebka - powiedział chłopak z nieskrywanym rozbawieniem w czasie, gdy pakowałam jej zawartość do środka.
Podałam mu odpowiednią ilość pieniędzy i zaczęłam wkładać podręczniki do torebki. Niestety nie wszystkie się zmieściły, więc część musiałam trzymać w ręce. Spojrzałam na chłopaka z życzliwym uśmiechem, kierując się w stronę drzwi.
- Josh - usłyszałam za sobą trochę przyciszony, lecz wciąż rozpoznawalny głos nowo poznanego chłopaka.
- Słucham? - odpowiedziałam nie do końca rozumiejąc o co mu chodzi i zwróciłam się w jego stronę.
- Josh - powtórzył głośniej z promiennym uśmiechem. - Tak mam na imię. Teraz wypada abyś ty mi zdradziła swoje - wyjaśnił przeczesując swoje brązowe włosy palcami.
- Victoria - odparłam czując jak na policzki wychodzą mi nowe rumieńce, delikatniejsze, bardziej dziewczęce, ale jednak zdradzały zawstydzenie.
- Wpadnij od czasu do czasu i pochwal się jak tam na uczelni - powiedział z uśmiechem, na co tylko skinęłam głową wychodząc z księgarni, zarumieniona i z głupim uśmiechem na twarzy, który mógł być odczytany zupełnie inaczej niż powinien.
Gdy tylko wyszłam z cienia rzucanego przez gmach księgarni, uśmiechnęłam się szeroko czując promienie słońca na swoim ciele. Wdychałam zapach natury, jeszcze kwitnących kwiatów, które stały w wazonach po bokach, czekając na kupujących. Z otwieranych restauracji dochodziły też zapachy przyrządzanych dań. Dodatkowo niemalże każda mijająca mnie osoba miała swój własny zapach perfum o przeróżnych stylach.
Rozejrzałam się dookoła przyciskając książki do piersi. Nie sądziłam, że mogę być tak dziecinnie szczęśliwa w miejscu do którego jechałam z taką niechęcią. Zakręciłam się w okół własnej osi, ignorując rozbawione, czy też zaciekawione spojrzenia innych przechodniów, po prostu ciesząc się chwilą. Zaśmiałam się pod nosem, by nie uchodzić za wariatkę, chociaż czułam się dobrze. Po raz pierwszy od dawna.
Rozglądałam się po sklepach i ich ofertach. Wszędzie były obniżki. Uśmiechnęłam się pogodnie domyślając, gdzie pójdę z Amy i przygryzłam wargę aby się ponownie nie roześmiać ze szczęścia, które wręcz rozpierało mnie od środka.
W tak dobrym nastroju wyciągnęłam z torebki telefon i zaczęłam szukać uprzednio zapisanego numeru współlokatorki.
Nagle poczułam tak silne uderzenie, że aż cofnęłam się do tyłu i pewnie bym poleciała gdyby mnie ktoś nie przytrzymał. Zacisnęłam mocniej palce na telefonie, który na szczęście mi nie wypadł z ręki, czego nie można było powiedzieć o książkach.
- Jak chodzisz? - prychnęłam wrzucając telefon do torebki.
- To ty na mnie wpadłaś - usłyszałam naburmuszony męski głos, który dobiegał niemalże od mych stóp.
Zanim zdążyłam spojrzeć w dół, chłopak już stał na nogach podając, a raczej wciskając mi w ręce książki, które zebrał z chodnika.
Był o głowę ode mnie wyższy, a blond włosy wręcz szalały na jego głowie w istnym nieładzie. Ponętnym nieładzie. Nie miał krótkich włosów, wręcz przeciwnie. Gdyby je uczesał, pewnie sięgałyby mu do ucha. Spojrzałam w jego kocio zielone oczy i poczułam jak przeszedł po mnie dreszcz, a serce na chwilę przestało bić. Nie słyszałam nawet co do mnie mówił. Widziałam tylko każdy ruch jego pełnych warg, które zapewne były ciepłe i miękkie.
Dopiero po chwili zmusiłam się do skupienia na sytuacji i chociaż spróbowaniu wychwycenia nawet pojedynczych słów.
- ... primadonną i możesz robić co chcesz? "Patrzcie jestem ładna i wredna, pożądajcie mnie". Nie, ten świat tak nie działa, mała - usłyszałam każde jego słowo, które zawierało w sobie niemalże śmiertelną dawkę jadu.
Kiedy skończył wyminął mnie, a ja nawet nie wiedziałam już czy chcę go zatrzymać. Śnieżnobiała koszula mignęła mi przed oczami i mimowolnie odwróciłam się za nim. Dostrzegłam kontrast między barwą koszuli, a ciemnoniebieskimi jeansami, które podkreślały kształt jego pośladów.
I skarciłam się za to, przybierając postawę buntowniczki.
- A ty to niby lepszy jesteś? Wpadasz na mnie i się wydzierasz, że zachowuję się jak primadonna, chociaż nic o mnie nie wiesz! Jesteś jak te puste mięśniaki, które lecą na wytapetowane niunie z IQ poniżej zera, słonko. Myślisz, że jesteś przystojny i chamski to jesteś obiektem pożądania? Huh, nawet nie wiesz jak bardzo się mylisz - zawołałam za nim próbując włożyć w to tyle wściekłości ile tylko byłam w stanie, choć wiedziałam, że to i tak za mało aby stworzyć odpowiednie pozory.
Widziałam jak się odwraca powoli, lecz tylko się skrzywiłam i ruszyłam w swoją stronę, zostawiając go z domniemaną konsternacją, wywołaną przez nieznajomą mu dziewczynę.

* * *

- Ta jest ładna, prawda? - usłyszałam dźwięczny głos współlokatorki przymierzającej już chyba setną bluzkę.
Fakt, faktem ta bluzka była zdecydowanie ładniejsza od poprzednich. Nie miała żadnych obleśnych napisów, ani przesłodzonych kociaków. Nie była wykończona frędzelkami, ani ponacinana tak, jakby wpadła pod nożyczki małego dziecka. Była schludna, w czarno-białe paski, a materiał idealnie przylegał do zgrabnej figury Amy. Na lewym ramieniu znajdowała się urocza kokardka nadająca całości dziewczęcego wyglądu.
- Tak, ta jest idealna. Możemy już iść? - roześmiałam się patrząc na odbicie dziewczyny w lustrze.
Ja miałam już dawno wybrane ubrania, które zamierzałam kupić. Trzymałam w ręce czarne jeansowe rurki oraz białą tunikę, która była dopasowana aż do bioder, a następnie luźno puszczona. Oczywiście musiała mieć sensowny dekolt. Na wysokości bioder znajdowało się kilka szlufek, przez które przeciągnięty był cienki, złoty pasek. Na tym trzymałam jeszcze szary, luźny sweter oraz kilka prostych bokserek w różnych kolorach.
Gdy dziewczyna w końcu opuściła przymierzalnię byłam rozbawiona faktem, że kupuje dwa razy mniej rzeczy niż ja i dwa razy dłużej je mierzyła.
Po zakupach ruszyłyśmy w stronę pobliskiej pizzerii, a z racji tego iż zupełnie nie znałam miasta, to Amy mnie prowadziła.
- Będzie tam już kilka osób na nas czekało, ale nie martw się, oni są naprawdę mili. Poznasz ich teraz i łatwiej będzie ci później na zajęciach, bo z pewnością będziesz miała coś z każdym z nich.
 Skinęłam delikatnie głową dziewczynie próbując ukryć przerażenie. Tak szczerze to już wolałam wrócić i dokonać większych zakupów niż poznawać kogokolwiek. Oni wszyscy się znali, tylko ja byłam takim dzieckiem-podrzutką, które nikogo nie znało.
Mimo to uśmiechnęłam się do dziewczyny próbując okazać, że jestem zachwycona z powodu jej troski o moje samopoczucie w nowej szkole. Wzięłam kolejny głęboki oddech i pchnęłam drzwi pizzerii, wsuwając się do środka, za wszelką cenę starając się ignorować buchające z środka gorące powietrze.
Amy bez trudno odnalazła swoich znajomych w tłumie innych osób, więc podążyłam za jej śladami w stronę chyba największego stolika w całym lokalu. Zobaczyłam tam cztery dziewczyny i jednego chłopaka, którego widocznie rozbawił widok dwóch kolejnych dziewczyn.
- Hej, a Josha, Eli i Alexa nie ma? - westchnęła Amy, mimo wszystko wciąż pogodnie. - Dobra, nieważne. Ludzie, to jest Victoria. Victoria, to są ludzie - skwitowała z szerokim uśmiechem.
Zaraz po jej słowach wybuchł jeden wielki okrzyk, a w sumie masa przeróżnych śmiechów. Spoglądałam na dziewczyny z delikatnym uśmiechem, a widząc chłopaka siedzącego z brzegu, przypomniałam sobie jego minę i sama również się roześmiałam.
- Dobra, ale teraz już na serio, przedstawcie się - wydusiłam pomiędzy spazmami perlistego śmiechu.
- Astrid - powiedziała jedna z dziewczyn unosząc rękę do góry.
To ona siedziała najbliżej chłopaka . Miała długie, zniszczone blond włosy, które przy odrobinie pielęgnacji by się z pewnością odpłaciły pięknym blaskiem. Za to miodowe oczy wydawały się tryskać radością i szczęściem. Była zgrabna, może nawet zbyt szczupła, wyglądała na kruchą i delikatną.
- Shannon - odezwała się dziewczyna siedząca obok Astrid.
Ona wyglądała o wiele zdrowiej, a jej kasztanowe loki spływały po nagich ramionach dziewczyny. Brązowe tęczówki patrzyły na mnie z pewnym dystansem, lecz nie niechęcią. Po prostu widać było w niej pewną dozę nieufności.
- Marine - przedstawiła się następna dziewczyna.
Miała proste czarne włosy do ramion, trochę zniszczone, ale nie aż tak jak Astrid. Była blada. Wręcz trupio blada, choć pomimo to uśmiechała się pogodnie, jednak z cieniem bezczelności. Już od tamtej chwili czułam, że w tym gronie będzie się dużo działo.
- Elizabeth - powiedziała z pogodnym uśmiechem ostatnia z dziewczyn..
Jej średnie blond włosy, sięgające niewiele za linię ramion były zdrowe i silne. Zielone oczy dziewczyny radośnie błądziły po moim ubraniu, włosach i torbach z zakupami. Miałam wrażenie, że jest dużym, radosnym dzieckiem, a nie już względnie poważną studentką.
- Matthew - odparł jedyny chłopak.
Widziałam w nim coś zagadkowego. Może nawet mrocznego. Pomimo jego szerokiego uśmiechu, czułam, że skrywa coś w sobie. Coś czego nawet ciemnobrązowe włosy, ani zabójczo błękitne oczy nie mogły skryć. Wzięłam głęboki oddech próbując się oprzeć dziwnemu, przyciąganiu które odczuwałam względem niego.
- Victoria - zaśmiałam się unosząc rękę do góry jakbym się zgłaszała i zajęłam już chyba jedyne wolne miejsce, na moje nieszczęście, obok Matta.

* * *

Wróciłyśmy do pokoju sporo po północy, przez co strażnik groził, że nas nie wpuści do środka. Na szczęście po wylewie znacznie wymuszonych łez ulitował się nad nowymi studentkami i otworzył drzwi prosząc o zachowanie ciszy i spokoju.
Zanim doczołgałyśmy się do łóżek, stoczyłyśmy krwawą walką o pierwszeństwo do łazienki, w wyniku czego po całym pokoju swobodnie fruwała masa pierza, wypruta z co najmniej trzech albo czterech poduszek.
W końcu zanosząc się perlistym śmiechem w ponętnych, kobiecych piżamkach (dużych koszulkach i damskich bokserkach) wsunęłyśmy się, każda do swojego łóżka i próbowałyśmy złapać chociaż kilka godzin porządnego, relaksacyjnego snu.
Ostatecznie udało nam się zapaść w tak upragniony sen. Fakt, że po około stu kawałach, ogromnych bólach brzucha oraz wypitej butelce coli, ale w końcu zwyciężyłyśmy i to się liczy, prawda? Zwyciężyłyśmy i zasnęłyśmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz