Lot był przyjemny.
Znaczy się, pomijając zaciętą walkę z myślami i wspomnieniami oraz nieudaną
próbę snu, to był udany. Żadnych turbulencji, a nawet i mgły nas nie popadły,
co o tej porze niemalże graniczyło z cudem.
Przez całą drogę na
zmianę rozmyślałam o Maximilianie i błagałam Alexa o wybaczenie. Chciałam aby
zrozumiał, aby się nie martwił, nie chciałam widzieć u niego tej samej miny,
którą widziałam u znajomych.
Rozczarowanie.
Zawód.
Przez lata, gdy nie
podnosiłam się z żałoby, widziałam te uczucia na twarzy każdego kto mnie mijał.
Szmery za plecami, krzywe spojrzenia. Wiedziałam, że część osób obstawiała
zakłady, kiedy ze sobą skończę.
I zrobiłabym to.
Miałam ogromną ochotę
już nigdy więcej się nie obudzić, nie musieć przechodzić obok tych wszystkich
osób. Jednakże Max by tego nie chciał, a byłam mu winna wszystko to, co miałam.
Poza tym nie
potrafiłabym tego zrobić rodzicom i Eleein. Wiedziałam jak to jest kogoś
stracić, ze świadomością że mogło się temu zapobiec. Nie potrafiłam zrzucić
tego na nich, nawet ceną własnej męki.
Chyba też dlatego tak
usilnie trwałam przy Taylorze. Kochałam go, tego byłam pewna. W jakiś zawiły i
popieprzony sposób kochałam go, lecz nigdy tak mocno jak Maxa. A może kochałam
go dla niego?
W każdym bądź razie
byłam przy nim mimo wszystko co mi robił, mimo tego jak mnie niszczył i ranił.
Nie potrafiłam żyć bez niego, nie potrafiłam pozwolić sobie na kolejną stratę z
mojej winy.
Nie żeby Taylor przez
cały czas był zły. Bywał romantyczny, troskliwy i czuły. Czasem nawet kupował
mi kwiaty. Fakt, że zawsze były to oklepane, czerwone róże (chociaż osobiście
jestem zakochana w herbacianych, bądź liliach i storczykach) ale liczy się
gest, prawda? Zabierał mnie na kolacje w różne miejsca, przychodził kiedy byłam
chora i się mną opiekował.
Jednakże nie był
Maxem. Nie rozumiał mnie tak dobrze, ani nie rozumieliśmy się bez słów. Może i
nie byłam dobrą dziewczyną, ale sam wziął sobie kogoś po przejściach, prawda?
Chciałam krzyczeć.
Miałam ogromną ochotę wykrzyczeć na cały samolot, co jest ze mną tak bardzo nie
tak. Dlaczego nie potrafię być szczęśliwa, dlaczego wracam do przeszłości,
która powinna być dawno zapomniana?
Lecz nikt by mi na to
nie odpowiedział i musiałam się w końcu z tym pogodzić.
Po siedmiu godzinach
lotu byłam nieco zmęczona, tym bardziej że gdy wysiadłam z samolotu, na dworze
już było widno. Pieprzona zmiana czasu, plus trzy godziny.
- Wszystkiego
najlepszego, Vik – szepnęłam sama do siebie, co zabrzmiało nieco strasznie,
biorąc pod uwagę cel mojej wizyty.
Przeczesałam smukłymi
palcami swoje blond włosy i przymrużyłam powieki. Nie było mnie w Nowym Jorku
przez dłuższy czas i musiałam się zorientować w terenie. Na szczęście nie
zajęło mi to zbyt wiele czasu i ruszyłam ku postoju autobusów.
Przy informacji
dowiedziałam się, że muszę jechać tramwajem i dwa razy pociągami. Ostatecznie
podróż stąd do Dover miała trwać niecałe trzy godziny. Trzy razy dłużej niż
samochodem.
Z głośnym jękiem
niezadowolenia zapłaciłam za bilety na całą podróż i usiadłam na przystanku,
chowając głowę w ramionach. Kątem oka miałam wrażenie, że widzę kogoś w czerni,
tak samo jak na lotnisku w San Diego, lecz gdy tam spojrzałam, nikogo już nie
było.
Wariujesz, Collins, upomniała mnie moja podświadomość, przez co
miałam ochotę na nią warknąć, co ostatecznie wyszłoby warknięciem na samą
siebie, więc ostatecznie zrezygnowałam z tego pomysłu.
W pewnym sensie miała
rację – ja miałam rację – wariowałam. Kto o zdrowych zmysłach pokonałby prawie
3000 mil z dnia na dzień pod wpływem impulsu i to bez własnego samochodu?
Byłam jedynie
wdzięczna Bogu, że nie ma szans abym spotkała tutaj Taylora. Choć z drugiej
strony wyklinałam się za to, że zostawiłam go na głowie Alexa i reszty
przyjaciół. Co za mnie za osoba?
Potrząsnęłam
energicznie głową wiedząc, że po powrocie będę musiała się gęsto tłumaczyć. A
nawet jeśli jakimś cudem bym nie musiała, chciałam to zrobić – byłam im to
winna.
Gdy tylko tramwaj
podjechał, wsiadłam do niego, po czym zajęłam wolne miejsce, aby przez
następnych kilkanaście minut patrząc pustym, melancholijnym wzrokiem przez
okno.
Niedługo po
opuszczeniu tramwaju przyjechał pierwszy z moich pociągów. Na szczęście
trafiłam do pustego przedziału i rozsiadłam się wygodnie. Nie miałam humoru,
nastroju ani żadnej innej pierdoły na znoszenie obecności kogoś, kto pewnie i
tak w jakikolwiek możliwy sposób zakłócałby mój spokój i przestrzeń osobistą.
Wyjrzałam przez okno
na rozmywające się drzewa i przygryzłam wargę, wzdychając przy tym cicho. Lecz
nawet mimo to, kącik ust uniósł się w delikatnym uśmiechu na wspomnienie
tamtego dnia.
- Suń się – mruknął brązowowłosy wchodząc do przedziału z
całym naręczem słodyczy.
Spojrzałam na niego ściągając okulary przeciwsłoneczne i
wybuchłam dźwięcznym śmiechem. Widząc całe pokłady łakoci automatycznie
przesunęłam językiem po wargach.
- Okradłeś biedną babcię z wózkiem? – spytałam
przesuwając się na bok kanapy tuż przed tym, jak obok mnie runęła fura
smakołyków.
- Nie, oczarowałem ją swoim boskim uśmiechem – odparł
poruszając brwiami z tym swoim oszałamiającym uśmiechem.
Poczułam jak na policzki wylewają mi się rumieńce, co
starałam się ukryć pod falą dziewczęcego, perlistego śmiechu, który niemalże
sam opuścił moje gardło.
- Collins się rumieni? – spytał uśmiechając się
zawadiacko i zaczął szperać w górze swoich z pewnością smacznych zdobyczy.
- Jesteś pewien, że nie dała co ich z litości, tak? –
spytałam usilnie próbując zmienić ten zdecydowanie niezręczny temat, przez co
roześmiałam się jeszcze głośniej.
Chłopak wydął wargi wyglądając przez chwilę jak smutne
dziecko, lecz nawet to szybko minęło. Nie spostrzegłam nawet jego ruchu, a już
po chwili spoczywałam miękko w jego ramionach. Odgarnął niesforne kosmyki z
mojej twarzy, patrząc tymi swoimi zielonymi oczami, a mi zaparło dech w piersi.
- Masz rację, dała mi to z litości – szepnął przyglądając
mi się w tym wyrazem, jakby skrywał jakąś tajemnicę głęboko w sobie. –
Ulitowała się nad chłopakiem, który pragnie pochwycić śniegu płatki w dzień
upalnego lata – szepnął, a na jego miękkich wargach wystąpił delikatny uśmiech.
Wzięłam głęboki oddech, czując się tak, jakbym miała
rozpłynąć się w czułym spojrzeniu jego szmaragdowych oczu. On był uosobieniem
doskonałości, a ja zwykłą szarą myszką. To było zbyt piękne. Zanim zdążyłam
jakkolwiek zareagować, jego wargi się rozchyliły, a mnie ponownie odjęło mowę.
- Ale za to mamy słodycze – dodał wesoło, po czym
pociągnął ku furze łakoci.
Szkoda, że dopiero po czasie pojęłam sens wypowiedzianych
wtedy przez niego słów.
Z zamyślenia wyrwał
mnie napis na mijanej stacji. Penn Station. Dźwignęłam się z miejsca,
rozsuwając drzwi przedziału. Niecałe półgodziny przeleciało niemalże
niezauważalnie. Lecz z Maxem wszystko mijało szybciej, taki jego urok.
Do kolejnego pociągu
miałam około dwudziestu minut, więc przechadzając się po dworcu, kupiłam
jakiegoś typowo niezdrowego kebaba, za co kiedyś nieźle bym siebie opieprzyła –
kolejny argument za tym, że nie jestem normalna. Kto sam na siebie krzyczy?
Już widziałam to
kpiące spojrzenie podświadomości znad tych jej kanciastych okularów, lecz
posłałam jej ostre zamknij się i
zaczęłam pałaszować swoje śniadanie.
Pociąg przyjechał
punktualnie, tuż po tym jak wsunęłam ostatni kawałek bułki do ust. Tym razem
znalezienie pustego przedziału zajęło mi znacznie więcej czasu. Przechodziłam
przez kilka wagonów i w jednym z nich znowu miałam to dziwne wrażenie, że znam
osobę zwróconą plecami w moją stronę.
Wariujesz, Collins.
Pewnie tak.
Dobra, rozmowa sama
ze sobą z pewnością nie była niczym normalnym, ale cóż, tak już miałam. W sumie
chyba zaczęło się to po śmierci Maxa, kiedy zabrakło mi ciągłych rozmów z nim.
Usiadłam przy oknie i
próbowałam skupić się na barwnych drzewach mijanych za oknem, albo chmurach
pędzących niebem. Na czymkolwiek, byleby nie powracać myślami do minionych dni.
Jednakże mój umysł
widocznie był innego zdania. Albo robił mi na złość, albo był całkowicie
stęskniony za szatynem o oczach tak ciepłych, że mogłyby stopić najgrubszy lód.
- A co jeśli pewnego dnia umrę? – spytał wodząc opuszkami
palców wzdłuż mojego policzka, zostawiając na nim rozgrzaną jego dotykiem
ścieżkę.
Uniosłam głowę z jego torsu, patrząc na niego całkowicie
zaskoczona tym pytaniem. Był słoneczny poranek, sam środek wakacji, a my
leżeliśmy beztrosko na kocu. Nic nie dawało powodu do takich refleksji.
- Nawet tak nie mów – szepnęłam błagalnie, patrząc na
niego z walącym sercem.
Prawda była taka, że bałam się myśleć o tym, co by było
gdyby zabrakło go w moim świecie. Znaliśmy się od dziewięciu lat i szczerze nie
pamiętałam czasów, kiedy go nie było. Całkiem tak, jakby wraz z jego
pojawieniem się, tamten czas przestał mieć jakiekolwiek znaczenie.
Max musiał wyczuć panikę w ruchach mojego ciała, ponieważ
przesunął dłonią wzdłuż moich pleców, sprawiając że mięśnie się trochę
rozluźniły. Uśmiechnął się do mnie w ten jego charakterystyczny, piękny sposób,
a zieleń oczu stała się niemalże płynna.
- Nie bój się, kochanie – szepnął przeczesując palcami
moje blond włosy, które sięgały za łopatki. – Nigdy cię nie opuszczę.
- Więc przestań pieprzyć bzdury – warknęłam płaczliwie,
czując wzbierające łzy.
Wtuliłam się w niego mocno, niczym przerażone dziecko, a
on otulił mnie swoimi ramionami. Jak na szesnastolatka był cholernie
umięśniony. Wzięłam kilka głębokich oddechów, a kiedy było już pewne, że nie
wybuchnę żałosnym płaczem, usłyszałam jego głęboki pomruk.
- Maleństwo – wymruczał tuż przy moim uchu, kojąco i
jednocześnie pobudzająco. – Nigdy cię nie opuszczę, rozumiesz? Nawet po
śmierci. Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz.
I tym jednym zdaniem wywołał śmiech u nas obojga. Szkoda
tylko, że nie wiedział jak szybko ta obietnica będzie wystawiona na próbę.
Starłam z policzków
łzy dziękując Bogu za ten pusty przedział, ponieważ chyba bym nie zniosła dziwnych
spojrzeń obcych ludzi z przelotną troską i naiwnym zapytaniem „czy coś się
stało?”. Cholera, płaczę więc chyba coś się stało, prawda?!
Przez następną
godzinę jazdy starałam się usnąć choć na chwilę, lecz jak zwykle skończyło się
to na biciu z myślami. Och, miałam ochotę przywalić tym małym gnojkom prawym
sierpowym, aby się odczepili i pozwolili mi w końcu spać.
Po opuszczeniu
pociągu przeciągnęłam się na peronie, wciągając do płuc ten znajomy zapach
Dover. Mieszanka kurzu, kwiatów i świeżo skoszonej trawy. Co najzabawniejsze,
zapach trawy unosił się w powietrzu nawet zimą.
Przez wargi przemknął
delikatny uśmiech, a stopy niemalże automatycznie poprowadziły mnie w jasno określonym
kierunku. Była jedenasta, od dwunastu godzin byłam w drodze. Miałam ochotę się
gdzieś skulić i usnąć, lecz jednocześnie byłam zbyt podekscytowana swoim
szalonym pomysłem.
Przy wejściu na
ogromną przestrzeń kupiłam bukiet białych lilii i zapuściłam się w głąb. Bez
problemu odnalazłam miejsce o które mi chodziło i nawet nie musiałam liczyć
płyt tak, jak niektórzy mieli to w zwyczaju.
Przygryzłam wargę z
subtelnym uśmieszkiem, kucając przy chłodnym marmurze i ułożyłam przed nim
kwiaty. Oblizałam wargi, biorąc kilka głębokich, oczyszczających oddechów.
- Hej, skarbie –
szepnęłam cicho, odchyliłam się do tyłu upadając na tyłek.
Rozchyliłam nogi w
siadzie rozkrocznym, mając resztę ciała jakieś dwa kroki od ciemnej pionowej
przegrody. Pochyliłam się do przodu, co mogło wyglądać jak dziwne ćwiczenia
gimnastyczne i starłam kurz z ciemnej powierzchni.
Teraz z łatwością
można było odczytać umieszczony tam napis:
Maximilian Matthew Divine
18.06.1994 – 28.10.2010
Kochający syn, człowiek, przyjaciel i mąż.
R.I.P.
Uśmiechnęłam się
delikatnie pod nosem świadoma tego, jak przerażająco to musiało wyglądać, ale
szczerze mówiąc miałam to głęboko gdzieś. Przypomniała mi się rozmowa z mamą
Maxa na temat słów, które mają się znaleźć na nagrobku. Podniosłam załzawione
oczy i zmarszczyłam brwi, jakby niczego nie rozumiejąc, po czym wypowiedziałam
tylko jedno słowo.
Mąż.
Przesunęłam opuszkami
palców po srebrnej, cienkiej obrączce spoczywającej miękko na palcu, czując
napływające do oczu łzy.
- Zawsze i na zawsze – szepnął cytując fragment przysięgi
małżeńskiej, wsuwając przy tym na mój palec coś na kształt obrączki ślubnej.
Zachichotałam spoglądając na cienkie kółko, które nie miało
raczej nawet 5 mm. Podniosłam spojrzenie na jego oczy, które wręcz emanowały
ciepłem.
- Zawsze i na zawsze – powtórzyłam słowa, wsuwając srebrną
obręcz na jego palec serdeczny, przygryzając przy tym wargę w uroczym uśmiechu.
- Ogłaszam was najlepszymi przyjaciółmi. Teraz możecie
się przytulić – zawołała Eleein na co cała nasza trójka wybuchła dźwięcznym
śmiechem.
I oczywiście spełniliśmy jej polecenie.
(…)
- Odejdź! – krzyknęłam zalana łzami, zatrzaskując za sobą
drzwi z taką siłą, że te aż zadrżały. Ściągnęłam przez głowę czarny sweter i
rzuciłam nim wściekle o podłogę.
Chwilę później dołączyły do nich spodnie w tej samej,
żałobnej barwie. Wydałam z siebie głośny, żałosny krzyk i uderzyłam otwartą
dłonią o ścianę, po której następnie się osunęłam.
Nie potrafiłam sobie tego wszystkiego poukładać. Dwa dni
wcześniej był pogrzeb, na którym była ledwie garstka osób. I to jeszcze część
osób, których w ogóle nie znałam.
Gdzie się podziali ci wszyscy wielcy przyjaciele? Gdzie
ludzie, którzy pojawiali się w potrzebie i prosili o wsparcie?!
Gdzie do cholery jest mój Max…?
Podkuliłam nogi pod brodę pozwalając aby szloch
wstrząsnął moim ciałem. Po tygodniu agonii nie miałam już siły z tym walczyć.
Nie miałam siły już następnego dnia. Oczy miałam spuchnięte od wiecznego
płaczu, ale przy tym i czyste jak dwa kryształy.
A jeszcze miałam iść do pani Divine w sprawie płyty
nagrobnej. Nie miałam na to czasu, ani siły, jednakże myśl, że on leży tam
bezimienny, dobijała mnie jeszcze bardziej.
Uderzyłam pięścią w biurko z żałosnym jękiem i wtedy coś
mi mignęło. Spojrzałam na swoją dłoń i osadzoną obrączkę na jednym z palców.
Zawsze i na zawsze.
To nie była deklaracja przyjaźni. To była deklaracja
miłości.
- Zawsze i na zawsze –
szepnęłam wpatrzona w nagrobek, czując strumienie łez spływające w dół
policzków. Przeczesałam palcami źdźbła trawy, chcąc móc zrobić to samo z jego
włosami.
Raz, jeszcze choć
jeden raz.
Choć błagałam o to
samo rok w rok, wiedziałam że raz by mi nie wystarczył. Ból mijał, albo się do
niego już przyzwyczajałam. W każdym bądź razie nienawidziłam się za to.
Nienawidziłam się za to, że przestawałam cierpieć.
Tak samo nienawidziłam
siebie w tej chwili. Pozwoliłam aby moim ciałem wstrząsnął spazmatyczny szloch
i ułożyłam się obok nagrobka, po prostu płacząc. Wiedziałam jak to musiało
wyglądać z boku, ale to były moje urodziny, prawda?
Dzień, który był
najtragiczniejszy w całym moim życiu.
* * *
Leżałam tam przez
dobrych kilka godzin. Możliwe, że nawet przysnęłam na chwilę, ponieważ zmierzch
przyszedł zdecydowanie zbyt szybko. Spojrzałam zaczerwienionymi oczami na
nagrobek, chcąc go zobaczyć. Chcąc zobaczyć jeszcze raz Maxa i te jego ciepłe
oczy, które sprawiały iż czułam się wyjątkowo.
- Obiecałeś, że mnie
nie opuścisz! – krzyknęłam zdesperowana i przygryzłam wargę, aby nie wybuchnąć
głośnym płaczem.
Wiedziałam, że mi nie
odpowie, nie poruszy gałęzią, nie da mi żadnego pieprzonego znaku na to, że
jest obok. Poza tym sama nie wierzyłam w duszę nieśmiertelną i te bzdury. Jak
więc mogłam wymagać od Maxa czegoś, w co nie wierzyłam?
Wsunęłam palce we
włosy, ciągnąc je do tyłu w geście całkowitej rozpaczy. Nie miałam już siły do
niego mówić, nie miałam siły wierzyć w to, że będzie dobrze. Jedyne czego w
tamtej chwili chciałam to tego, aby mnie przytulił i powiedział, że to tylko
zły sen.
Jednakże przez trzy
lata to się nie stało, a teraz przeżywałam to na nowo.
- Vik – szepnęłam za
sobą zduszony szept i niemalże od razu podskoczyłam przerażona.
Spojrzałam do góry i
dostrzegłam brązowe loki spływające po ramionach dziewczyny oraz czekoladowe
oczy tak wielkie, jakby właśnie zobaczyły ducha. Policzki delikatnie
zarumienione co było widać nawet przy tym zachodzącym słońcu.
- Eleein – szepnęłam z
trudem, nie wierząc w to, że dziewczyna tutaj jest.
Dźwignęłam się na
nogi i dopiero teraz poczułam jak bardzo źle ze mną było. Ciało zadrżało, a
nogi się ugięły pod ciężarem reszty i pewnie gdyby nie przyjaciółka, runęłabym
na ziemię jak długa.
Dziewczyna posadziła
mnie tam, gdzie przed chwilą siedziałam i sama też zajęła miejsce obok.
Położyła wiązankę goździków na grobie i spojrzała na mnie z troską w oczach, na
co tylko przygryzłam wargę, spuszczając zawstydzona głowę.
- Twoja mama nie
mówiła, że przyjedziesz – odparła w końcu, na co z mojej piersi wyszło ciche
prychnięcie.
- Bo nie wie. Wczoraj
rano sama o tym nie wiedziałam – westchnęłam wzruszając ramionami i zaczęłam
skubać źdźbła trawy niczym niesforne dziecko. Podniosłam na nią zmęczone
spojrzenie i zmarszczyłam brwi. – Ale co ty tutaj robisz?
Widziałam jak
rozchyliła wargi, próbując dobrać słowa, po czym je zamknęła, aby po chwili
ponownie otworzyć i tak kilka razy. Dobrze znałam ten jej gest przy czym
wyglądała jak naprawdę urocza rybka.
Eleein starała się
wybrnąć z niezręcznej sytuacji.
Uniosłam brew
posyłając jej stanowcze spojrzenie w stylu no
gadaj wreszcie i oblizałam wargi. Czułam się totalnie wyprana z emocji,
siły i wszystkiego co było potrzebne do normalnego funkcjonowania, więc tylko
jakimś cudem jeszcze nie padłam na grób zasypiając.
- Przychodzę tutaj
rok w rok, zaraz po tym jak Ty odchodzisz – przyznała w końcu i odwróciła
speszona wzrok.
Rozchyliłam
delikatnie wargi, spoglądając na nią zaskoczona. Zmarszczyłam pytająco brwi,
lecz nie musiałam nic mówić. Wiedziałam, że dziewczyna doskonale rozumie moją
mimikę, tak samo jak ja znałam jej.
- To moja kara, okej?
Za to, że wam nie pomogłam. Za to, że nie zadzwoniłam na to pieprzone pogotowie
lub policję. Za to, że patrzyłam bezczynnie jak się wykrwawia oraz za to, że
nie potrafiłam ci pomóc przez te wszystkie lata – powiedziała łamiącym się
głosem, a w jej oczach zabłysły łzy.
Wtuliłam się w nią
mocno, a chwilę później obie wybuchłyśmy płaczem. I w taki sposób wspomnienia
tamtej upiornej nocy powróciły jak bumerang, tylko z jeszcze większą mocą.
Ubrania z każdą
chwilą coraz bardziej nasiąkające krwią i zimne ciało Maxa przyciśnięte do
mojej roztrzęsionej skóry oraz to uporczywe błaganie, aby nie odchodził, aby
mnie nie zostawiał samej.
Zaczęłyśmy się
przemiennie obwiniać i pocieszać jednocześnie. Ja nawijałam o swojej krótkiej
sukience i o tym, że w ogóle nie powinnam była nas tam zabierać, ona rzucała
coś o tym, że nie mogłam wiedzieć, że takie rzeczy się nie zdarzają i zrzucała
winę na to iż nie zrobiła nic aby uratować życie przyjacielowi.
Miałyśmy wtedy raptem
czternaście lat, nie powinno nas tam być. Nie powinnyśmy musieć przeżywać coś
takiego ani wtedy, ani nigdy później.
Jakiś czas później
poczułam jak ktoś potrząsa moim ramieniem i otworzyłam zaspane powieki.
Widocznie zasnęłyśmy z wykończenia, w taki sposób uzewnętrzniając naszą żałobę.
- Ktoś tu idzie –
usłyszałam przy uchu przestraszony głos przyjaciółki.
Momentalnie się
rozbudziłam i podniosłam na łokciach. Rozejrzałam się dookoła i mój wzrok
prędko spoczął na ciemnej postaci, która szła do nas wolnym krokiem.
Mrugnęłam oczami,
lecz tym razem nie zniknęła. Cały czas szła w naszym kierunku i byłam pewna, że
to jest ta sama osoba, którą spotykałam na etapach swojej podróży. W stylu jej
chodzenia było coś znajomego. Sylwetka, nieznaczne gesty.
Jednakże nie było to
możliwe. Tej osoby nie mogło być tutaj, to było totalnie szalone, jeszcze
bardziej zwariowane niż mój pomysł przylotu tutaj.
Dźwignęłam się powoli
do góry i poczułam smukłe palce dziewczyny oplatające mój nadgarstek w zadziwiająco
silnym uścisku. Zapomniałam już ile Eleein ma w sobie taką moc.
- Co Ty u diabła
robisz, Collins? – syknęła, lecz tylko strząsnęłam jej palce, co samo w sobie
nie było zbyt proste.
- Znam tę osobę –
odparłam i pobłagałam Boga w myślach, aby faktycznie tak było.
Wzięłam głęboki
oddech i przeczesałam włosy palcami, chcąc tym gestem nadać sobie pewności
siebie, chociaż nie mam zielonego pojęcia jak to miało mi w tym wszystkim
pomóc.
Dasz sobie radę Collins, usłyszałam głos w
swojej głowie i byłam zaskoczona, że moja podświadomość popiera misję typowo
kamikaze.
Pieprzyć to, najwyżej
umrę tuż przy Maxie.
Ruszyłam szybkim
krokiem ku nadchodzącej postaci. Im bliżej niej byłam, tym byłam coraz bardziej
przekonana o swojej racji. Jednakże to nie miało żadnego sensu. Nie było nawet
najmniejszej szansy, aby ta osoba się tutaj znalazła, akurat w tym miejscu,
akurat tego dnia.
Kiedy dzieliły nas
dosłownie kroki, zauważyłam, że jest ode mnie o głowę wyższa, albo i nawet
trochę więcej, dokładnie tak, jak zapamiętałam przez cały ten czas naszej
znajomości.
Sięgnęłam ręką do
kaptura osoby, lecz ta pacnęła nie w geście odtrącenia. Lekko, nie chcąc zrobić
mi krzywdy. I to w jakimś dziwnym, niewyjaśnionym zbiegu okoliczności dodało mi
odwagi.
Ponownie wyciągnęłam
rękę, lecz tym razem znacznie szybciej, a więc tajemnicza postać nie zdołała mnie
powstrzymać.
Kiedy zobaczyłam
twarz tej osoby, sapnęłam głośno, cofając się o krok, po czym wciągnęłam głośno
powietrze do płuc. Byłam pewna, że oczy mam wielkości spodków, pełna
zaskoczenia i czegoś, czego nie potrafiłam zidentyfikować.
Rozchyliłam wargi,
mając to imię na końcu języka.
W ŁEB CI KTOŚ KIEDYŚ DAŁ?!
OdpowiedzUsuńInspirujesz <3
OdpowiedzUsuń