poniedziałek, 10 września 2012

Rozdział 15


Lot był przyjemny. Znaczy się, pomijając zaciętą walkę z myślami i wspomnieniami oraz nieudaną próbę snu, to był udany. Żadnych turbulencji, a nawet i mgły nas nie popadły, co o tej porze niemalże graniczyło z cudem.
Przez całą drogę na zmianę rozmyślałam o Maximilianie i błagałam Alexa o wybaczenie. Chciałam aby zrozumiał, aby się nie martwił, nie chciałam widzieć u niego tej samej miny, którą widziałam u znajomych.
Rozczarowanie.
Zawód.
Przez lata, gdy nie podnosiłam się z żałoby, widziałam te uczucia na twarzy każdego kto mnie mijał. Szmery za plecami, krzywe spojrzenia. Wiedziałam, że część osób obstawiała zakłady, kiedy ze sobą skończę.
I zrobiłabym to.
Miałam ogromną ochotę już nigdy więcej się nie obudzić, nie musieć przechodzić obok tych wszystkich osób. Jednakże Max by tego nie chciał, a byłam mu winna wszystko to, co miałam.
Poza tym nie potrafiłabym tego zrobić rodzicom i Eleein. Wiedziałam jak to jest kogoś stracić, ze świadomością że mogło się temu zapobiec. Nie potrafiłam zrzucić tego na nich, nawet ceną własnej męki.
Chyba też dlatego tak usilnie trwałam przy Taylorze. Kochałam go, tego byłam pewna. W jakiś zawiły i popieprzony sposób kochałam go, lecz nigdy tak mocno jak Maxa. A może kochałam go dla niego?
W każdym bądź razie byłam przy nim mimo wszystko co mi robił, mimo tego jak mnie niszczył i ranił. Nie potrafiłam żyć bez niego, nie potrafiłam pozwolić sobie na kolejną stratę z mojej winy.
Nie żeby Taylor przez cały czas był zły. Bywał romantyczny, troskliwy i czuły. Czasem nawet kupował mi kwiaty. Fakt, że zawsze były to oklepane, czerwone róże (chociaż osobiście jestem zakochana w herbacianych, bądź liliach i storczykach) ale liczy się gest, prawda? Zabierał mnie na kolacje w różne miejsca, przychodził kiedy byłam chora i się mną opiekował.
Jednakże nie był Maxem. Nie rozumiał mnie tak dobrze, ani nie rozumieliśmy się bez słów. Może i nie byłam dobrą dziewczyną, ale sam wziął sobie kogoś po przejściach, prawda?
Chciałam krzyczeć. Miałam ogromną ochotę wykrzyczeć na cały samolot, co jest ze mną tak bardzo nie tak. Dlaczego nie potrafię być szczęśliwa, dlaczego wracam do przeszłości, która powinna być dawno zapomniana?
Lecz nikt by mi na to nie odpowiedział i musiałam się w końcu z tym pogodzić.
Po siedmiu godzinach lotu byłam nieco zmęczona, tym bardziej że gdy wysiadłam z samolotu, na dworze już było widno. Pieprzona zmiana czasu, plus trzy godziny.
- Wszystkiego najlepszego, Vik – szepnęłam sama do siebie, co zabrzmiało nieco strasznie, biorąc pod uwagę cel mojej wizyty.
Przeczesałam smukłymi palcami swoje blond włosy i przymrużyłam powieki. Nie było mnie w Nowym Jorku przez dłuższy czas i musiałam się zorientować w terenie. Na szczęście nie zajęło mi to zbyt wiele czasu i ruszyłam ku postoju autobusów.
Przy informacji dowiedziałam się, że muszę jechać tramwajem i dwa razy pociągami. Ostatecznie podróż stąd do Dover miała trwać niecałe trzy godziny. Trzy razy dłużej niż samochodem.
Z głośnym jękiem niezadowolenia zapłaciłam za bilety na całą podróż i usiadłam na przystanku, chowając głowę w ramionach. Kątem oka miałam wrażenie, że widzę kogoś w czerni, tak samo jak na lotnisku w San Diego, lecz gdy tam spojrzałam, nikogo już nie było.
Wariujesz, Collins, upomniała mnie moja podświadomość, przez co miałam ochotę na nią warknąć, co ostatecznie wyszłoby warknięciem na samą siebie, więc ostatecznie zrezygnowałam z tego pomysłu.
W pewnym sensie miała rację – ja miałam rację – wariowałam. Kto o zdrowych zmysłach pokonałby prawie 3000 mil z dnia na dzień pod wpływem impulsu i to bez własnego samochodu?
Byłam jedynie wdzięczna Bogu, że nie ma szans abym spotkała tutaj Taylora. Choć z drugiej strony wyklinałam się za to, że zostawiłam go na głowie Alexa i reszty przyjaciół. Co za mnie za osoba?
Potrząsnęłam energicznie głową wiedząc, że po powrocie będę musiała się gęsto tłumaczyć. A nawet jeśli jakimś cudem bym nie musiała, chciałam to zrobić – byłam im to winna.
Gdy tylko tramwaj podjechał, wsiadłam do niego, po czym zajęłam wolne miejsce, aby przez następnych kilkanaście minut patrząc pustym, melancholijnym wzrokiem przez okno.
Niedługo po opuszczeniu tramwaju przyjechał pierwszy z moich pociągów. Na szczęście trafiłam do pustego przedziału i rozsiadłam się wygodnie. Nie miałam humoru, nastroju ani żadnej innej pierdoły na znoszenie obecności kogoś, kto pewnie i tak w jakikolwiek możliwy sposób zakłócałby mój spokój i przestrzeń osobistą.
Wyjrzałam przez okno na rozmywające się drzewa i przygryzłam wargę, wzdychając przy tym cicho. Lecz nawet mimo to, kącik ust uniósł się w delikatnym uśmiechu na wspomnienie tamtego dnia.
- Suń się – mruknął brązowowłosy wchodząc do przedziału z całym naręczem słodyczy.
Spojrzałam na niego ściągając okulary przeciwsłoneczne i wybuchłam dźwięcznym śmiechem. Widząc całe pokłady łakoci automatycznie przesunęłam językiem po wargach.
- Okradłeś biedną babcię z wózkiem? – spytałam przesuwając się na bok kanapy tuż przed tym, jak obok mnie runęła fura smakołyków.
- Nie, oczarowałem ją swoim boskim uśmiechem – odparł poruszając brwiami z tym swoim oszałamiającym uśmiechem.
Poczułam jak na policzki wylewają mi się rumieńce, co starałam się ukryć pod falą dziewczęcego, perlistego śmiechu, który niemalże sam opuścił moje gardło.
- Collins się rumieni? – spytał uśmiechając się zawadiacko i zaczął szperać w górze swoich z pewnością smacznych zdobyczy.
- Jesteś pewien, że nie dała co ich z litości, tak? – spytałam usilnie próbując zmienić ten zdecydowanie niezręczny temat, przez co roześmiałam się jeszcze głośniej.
Chłopak wydął wargi wyglądając przez chwilę jak smutne dziecko, lecz nawet to szybko minęło. Nie spostrzegłam nawet jego ruchu, a już po chwili spoczywałam miękko w jego ramionach. Odgarnął niesforne kosmyki z mojej twarzy, patrząc tymi swoimi zielonymi oczami, a mi zaparło dech w piersi.
- Masz rację, dała mi to z litości – szepnął przyglądając mi się w tym wyrazem, jakby skrywał jakąś tajemnicę głęboko w sobie. – Ulitowała się nad chłopakiem, który pragnie pochwycić śniegu płatki w dzień upalnego lata – szepnął, a na jego miękkich wargach wystąpił delikatny uśmiech.
Wzięłam głęboki oddech, czując się tak, jakbym miała rozpłynąć się w czułym spojrzeniu jego szmaragdowych oczu. On był uosobieniem doskonałości, a ja zwykłą szarą myszką. To było zbyt piękne. Zanim zdążyłam jakkolwiek zareagować, jego wargi się rozchyliły, a mnie ponownie odjęło mowę.
- Ale za to mamy słodycze – dodał wesoło, po czym pociągnął ku furze łakoci.
Szkoda, że dopiero po czasie pojęłam sens wypowiedzianych wtedy przez niego słów.
Z zamyślenia wyrwał mnie napis na mijanej stacji. Penn Station. Dźwignęłam się z miejsca, rozsuwając drzwi przedziału. Niecałe półgodziny przeleciało niemalże niezauważalnie. Lecz z Maxem wszystko mijało szybciej, taki jego urok.
Do kolejnego pociągu miałam około dwudziestu minut, więc przechadzając się po dworcu, kupiłam jakiegoś typowo niezdrowego kebaba, za co kiedyś nieźle bym siebie opieprzyła – kolejny argument za tym, że nie jestem normalna. Kto sam na siebie krzyczy?
Już widziałam to kpiące spojrzenie podświadomości znad tych jej kanciastych okularów, lecz posłałam jej ostre zamknij się i zaczęłam pałaszować swoje śniadanie.
Pociąg przyjechał punktualnie, tuż po tym jak wsunęłam ostatni kawałek bułki do ust. Tym razem znalezienie pustego przedziału zajęło mi znacznie więcej czasu. Przechodziłam przez kilka wagonów i w jednym z nich znowu miałam to dziwne wrażenie, że znam osobę zwróconą plecami w moją stronę.
Wariujesz, Collins.
Pewnie tak.
Dobra, rozmowa sama ze sobą z pewnością nie była niczym normalnym, ale cóż, tak już miałam. W sumie chyba zaczęło się to po śmierci Maxa, kiedy zabrakło mi ciągłych rozmów z nim.
Usiadłam przy oknie i próbowałam skupić się na barwnych drzewach mijanych za oknem, albo chmurach pędzących niebem. Na czymkolwiek, byleby nie powracać myślami do minionych dni.
Jednakże mój umysł widocznie był innego zdania. Albo robił mi na złość, albo był całkowicie stęskniony za szatynem o oczach tak ciepłych, że mogłyby stopić najgrubszy lód.
- A co jeśli pewnego dnia umrę? – spytał wodząc opuszkami palców wzdłuż mojego policzka, zostawiając na nim rozgrzaną jego dotykiem ścieżkę.
Uniosłam głowę z jego torsu, patrząc na niego całkowicie zaskoczona tym pytaniem. Był słoneczny poranek, sam środek wakacji, a my leżeliśmy beztrosko na kocu. Nic nie dawało powodu do takich refleksji.
- Nawet tak nie mów – szepnęłam błagalnie, patrząc na niego z walącym sercem.
Prawda była taka, że bałam się myśleć o tym, co by było gdyby zabrakło go w moim świecie. Znaliśmy się od dziewięciu lat i szczerze nie pamiętałam czasów, kiedy go nie było. Całkiem tak, jakby wraz z jego pojawieniem się, tamten czas przestał mieć jakiekolwiek znaczenie.
Max musiał wyczuć panikę w ruchach mojego ciała, ponieważ przesunął dłonią wzdłuż moich pleców, sprawiając że mięśnie się trochę rozluźniły. Uśmiechnął się do mnie w ten jego charakterystyczny, piękny sposób, a zieleń oczu stała się niemalże płynna.
- Nie bój się, kochanie – szepnął przeczesując palcami moje blond włosy, które sięgały za łopatki. – Nigdy cię nie opuszczę.
- Więc przestań pieprzyć bzdury – warknęłam płaczliwie, czując wzbierające łzy.
Wtuliłam się w niego mocno, niczym przerażone dziecko, a on otulił mnie swoimi ramionami. Jak na szesnastolatka był cholernie umięśniony. Wzięłam kilka głębokich oddechów, a kiedy było już pewne, że nie wybuchnę żałosnym płaczem, usłyszałam jego głęboki pomruk.
- Maleństwo – wymruczał tuż przy moim uchu, kojąco i jednocześnie pobudzająco. – Nigdy cię nie opuszczę, rozumiesz? Nawet po śmierci. Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz.
I tym jednym zdaniem wywołał śmiech u nas obojga. Szkoda tylko, że nie wiedział jak szybko ta obietnica będzie wystawiona na próbę.
Starłam z policzków łzy dziękując Bogu za ten pusty przedział, ponieważ chyba bym nie zniosła dziwnych spojrzeń obcych ludzi z przelotną troską i naiwnym zapytaniem „czy coś się stało?”. Cholera, płaczę więc chyba coś się stało, prawda?!
Przez następną godzinę jazdy starałam się usnąć choć na chwilę, lecz jak zwykle skończyło się to na biciu z myślami. Och, miałam ochotę przywalić tym małym gnojkom prawym sierpowym, aby się odczepili i pozwolili mi w końcu spać.
Po opuszczeniu pociągu przeciągnęłam się na peronie, wciągając do płuc ten znajomy zapach Dover. Mieszanka kurzu, kwiatów i świeżo skoszonej trawy. Co najzabawniejsze, zapach trawy unosił się w powietrzu nawet zimą.
Przez wargi przemknął delikatny uśmiech, a stopy niemalże automatycznie poprowadziły mnie w jasno określonym kierunku. Była jedenasta, od dwunastu godzin byłam w drodze. Miałam ochotę się gdzieś skulić i usnąć, lecz jednocześnie byłam zbyt podekscytowana swoim szalonym pomysłem.
Przy wejściu na ogromną przestrzeń kupiłam bukiet białych lilii i zapuściłam się w głąb. Bez problemu odnalazłam miejsce o które mi chodziło i nawet nie musiałam liczyć płyt tak, jak niektórzy mieli to w zwyczaju.
Przygryzłam wargę z subtelnym uśmieszkiem, kucając przy chłodnym marmurze i ułożyłam przed nim kwiaty. Oblizałam wargi, biorąc kilka głębokich, oczyszczających oddechów.
- Hej, skarbie – szepnęłam cicho, odchyliłam się do tyłu upadając na tyłek.
Rozchyliłam nogi w siadzie rozkrocznym, mając resztę ciała jakieś dwa kroki od ciemnej pionowej przegrody. Pochyliłam się do przodu, co mogło wyglądać jak dziwne ćwiczenia gimnastyczne i starłam kurz z ciemnej powierzchni.
Teraz z łatwością można było odczytać umieszczony tam napis:

Maximilian Matthew Divine
18.06.1994 – 28.10.2010
Kochający syn, człowiek, przyjaciel i mąż.
R.I.P.

Uśmiechnęłam się delikatnie pod nosem świadoma tego, jak przerażająco to musiało wyglądać, ale szczerze mówiąc miałam to głęboko gdzieś. Przypomniała mi się rozmowa z mamą Maxa na temat słów, które mają się znaleźć na nagrobku. Podniosłam załzawione oczy i zmarszczyłam brwi, jakby niczego nie rozumiejąc, po czym wypowiedziałam tylko jedno słowo.
Mąż.
Przesunęłam opuszkami palców po srebrnej, cienkiej obrączce spoczywającej miękko na palcu, czując napływające do oczu łzy.
- Zawsze i na zawsze – szepnął cytując fragment przysięgi małżeńskiej, wsuwając przy tym na mój palec coś na kształt obrączki ślubnej.
Zachichotałam spoglądając na cienkie kółko, które nie miało raczej nawet 5 mm. Podniosłam spojrzenie na jego oczy, które wręcz emanowały ciepłem.
- Zawsze i na zawsze – powtórzyłam słowa, wsuwając srebrną obręcz na jego palec serdeczny, przygryzając przy tym wargę w uroczym uśmiechu.
- Ogłaszam was najlepszymi przyjaciółmi. Teraz możecie się przytulić – zawołała Eleein na co cała nasza trójka wybuchła dźwięcznym śmiechem.
I oczywiście spełniliśmy jej polecenie.

(…)

- Odejdź! – krzyknęłam zalana łzami, zatrzaskując za sobą drzwi z taką siłą, że te aż zadrżały. Ściągnęłam przez głowę czarny sweter i rzuciłam nim wściekle o podłogę.
Chwilę później dołączyły do nich spodnie w tej samej, żałobnej barwie. Wydałam z siebie głośny, żałosny krzyk i uderzyłam otwartą dłonią o ścianę, po której następnie się osunęłam.
Nie potrafiłam sobie tego wszystkiego poukładać. Dwa dni wcześniej był pogrzeb, na którym była ledwie garstka osób. I to jeszcze część osób, których w ogóle nie znałam.
Gdzie się podziali ci wszyscy wielcy przyjaciele? Gdzie ludzie, którzy pojawiali się w potrzebie i prosili o wsparcie?!
Gdzie do cholery jest mój Max…?
Podkuliłam nogi pod brodę pozwalając aby szloch wstrząsnął moim ciałem. Po tygodniu agonii nie miałam już siły z tym walczyć. Nie miałam siły już następnego dnia. Oczy miałam spuchnięte od wiecznego płaczu, ale przy tym i czyste jak dwa kryształy.
A jeszcze miałam iść do pani Divine w sprawie płyty nagrobnej. Nie miałam na to czasu, ani siły, jednakże myśl, że on leży tam bezimienny, dobijała mnie jeszcze bardziej.
Uderzyłam pięścią w biurko z żałosnym jękiem i wtedy coś mi mignęło. Spojrzałam na swoją dłoń i osadzoną obrączkę na jednym z palców.
Zawsze i na zawsze.
To nie była deklaracja przyjaźni. To była deklaracja miłości.
- Zawsze i na zawsze – szepnęłam wpatrzona w nagrobek, czując strumienie łez spływające w dół policzków. Przeczesałam palcami źdźbła trawy, chcąc móc zrobić to samo z jego włosami.
Raz, jeszcze choć jeden raz.
Choć błagałam o to samo rok w rok, wiedziałam że raz by mi nie wystarczył. Ból mijał, albo się do niego już przyzwyczajałam. W każdym bądź razie nienawidziłam się za to. Nienawidziłam się za to, że przestawałam cierpieć.
Tak samo nienawidziłam siebie w tej chwili. Pozwoliłam aby moim ciałem wstrząsnął spazmatyczny szloch i ułożyłam się obok nagrobka, po prostu płacząc. Wiedziałam jak to musiało wyglądać z boku, ale to były moje urodziny, prawda?
Dzień, który był najtragiczniejszy w całym moim życiu.


* * *

Leżałam tam przez dobrych kilka godzin. Możliwe, że nawet przysnęłam na chwilę, ponieważ zmierzch przyszedł zdecydowanie zbyt szybko. Spojrzałam zaczerwienionymi oczami na nagrobek, chcąc go zobaczyć. Chcąc zobaczyć jeszcze raz Maxa i te jego ciepłe oczy, które sprawiały iż czułam się wyjątkowo.
- Obiecałeś, że mnie nie opuścisz! – krzyknęłam zdesperowana i przygryzłam wargę, aby nie wybuchnąć głośnym płaczem.
Wiedziałam, że mi nie odpowie, nie poruszy gałęzią, nie da mi żadnego pieprzonego znaku na to, że jest obok. Poza tym sama nie wierzyłam w duszę nieśmiertelną i te bzdury. Jak więc mogłam wymagać od Maxa czegoś, w co nie wierzyłam?
Wsunęłam palce we włosy, ciągnąc je do tyłu w geście całkowitej rozpaczy. Nie miałam już siły do niego mówić, nie miałam siły wierzyć w to, że będzie dobrze. Jedyne czego w tamtej chwili chciałam to tego, aby mnie przytulił i powiedział, że to tylko zły sen.
Jednakże przez trzy lata to się nie stało, a teraz przeżywałam to na nowo.
- Vik – szepnęłam za sobą zduszony szept i niemalże od razu podskoczyłam przerażona.
Spojrzałam do góry i dostrzegłam brązowe loki spływające po ramionach dziewczyny oraz czekoladowe oczy tak wielkie, jakby właśnie zobaczyły ducha. Policzki delikatnie zarumienione co było widać nawet przy tym zachodzącym słońcu.
- Eleein – szepnęłam z trudem, nie wierząc w to, że dziewczyna tutaj jest.
Dźwignęłam się na nogi i dopiero teraz poczułam jak bardzo źle ze mną było. Ciało zadrżało, a nogi się ugięły pod ciężarem reszty i pewnie gdyby nie przyjaciółka, runęłabym na ziemię jak długa.
Dziewczyna posadziła mnie tam, gdzie przed chwilą siedziałam i sama też zajęła miejsce obok. Położyła wiązankę goździków na grobie i spojrzała na mnie z troską w oczach, na co tylko przygryzłam wargę, spuszczając zawstydzona głowę.
- Twoja mama nie mówiła, że przyjedziesz – odparła w końcu, na co z mojej piersi wyszło ciche prychnięcie.
- Bo nie wie. Wczoraj rano sama o tym nie wiedziałam – westchnęłam wzruszając ramionami i zaczęłam skubać źdźbła trawy niczym niesforne dziecko. Podniosłam na nią zmęczone spojrzenie i zmarszczyłam brwi. – Ale co ty tutaj robisz?
Widziałam jak rozchyliła wargi, próbując dobrać słowa, po czym je zamknęła, aby po chwili ponownie otworzyć i tak kilka razy. Dobrze znałam ten jej gest przy czym wyglądała jak naprawdę urocza rybka.
Eleein starała się wybrnąć z niezręcznej sytuacji.
Uniosłam brew posyłając jej stanowcze spojrzenie w stylu no gadaj wreszcie i oblizałam wargi. Czułam się totalnie wyprana z emocji, siły i wszystkiego co było potrzebne do normalnego funkcjonowania, więc tylko jakimś cudem jeszcze nie padłam na grób zasypiając.
- Przychodzę tutaj rok w rok, zaraz po tym jak Ty odchodzisz – przyznała w końcu i odwróciła speszona wzrok.
Rozchyliłam delikatnie wargi, spoglądając na nią zaskoczona. Zmarszczyłam pytająco brwi, lecz nie musiałam nic mówić. Wiedziałam, że dziewczyna doskonale rozumie moją mimikę, tak samo jak ja znałam jej.
- To moja kara, okej? Za to, że wam nie pomogłam. Za to, że nie zadzwoniłam na to pieprzone pogotowie lub policję. Za to, że patrzyłam bezczynnie jak się wykrwawia oraz za to, że nie potrafiłam ci pomóc przez te wszystkie lata – powiedziała łamiącym się głosem, a w jej oczach zabłysły łzy.
Wtuliłam się w nią mocno, a chwilę później obie wybuchłyśmy płaczem. I w taki sposób wspomnienia tamtej upiornej nocy powróciły jak bumerang, tylko z jeszcze większą mocą.
Ubrania z każdą chwilą coraz bardziej nasiąkające krwią i zimne ciało Maxa przyciśnięte do mojej roztrzęsionej skóry oraz to uporczywe błaganie, aby nie odchodził, aby mnie nie zostawiał samej.
Zaczęłyśmy się przemiennie obwiniać i pocieszać jednocześnie. Ja nawijałam o swojej krótkiej sukience i o tym, że w ogóle nie powinnam była nas tam zabierać, ona rzucała coś o tym, że nie mogłam wiedzieć, że takie rzeczy się nie zdarzają i zrzucała winę na to iż nie zrobiła nic aby uratować życie przyjacielowi.
Miałyśmy wtedy raptem czternaście lat, nie powinno nas tam być. Nie powinnyśmy musieć przeżywać coś takiego ani wtedy, ani nigdy później.
Jakiś czas później poczułam jak ktoś potrząsa moim ramieniem i otworzyłam zaspane powieki. Widocznie zasnęłyśmy z wykończenia, w taki sposób uzewnętrzniając naszą żałobę.
- Ktoś tu idzie – usłyszałam przy uchu przestraszony głos przyjaciółki.
Momentalnie się rozbudziłam i podniosłam na łokciach. Rozejrzałam się dookoła i mój wzrok prędko spoczął na ciemnej postaci, która szła do nas wolnym krokiem.
Mrugnęłam oczami, lecz tym razem nie zniknęła. Cały czas szła w naszym kierunku i byłam pewna, że to jest ta sama osoba, którą spotykałam na etapach swojej podróży. W stylu jej chodzenia było coś znajomego. Sylwetka, nieznaczne gesty.
Jednakże nie było to możliwe. Tej osoby nie mogło być tutaj, to było totalnie szalone, jeszcze bardziej zwariowane niż mój pomysł przylotu tutaj.
Dźwignęłam się powoli do góry i poczułam smukłe palce dziewczyny oplatające mój nadgarstek w zadziwiająco silnym uścisku. Zapomniałam już ile Eleein ma w sobie taką moc.
- Co Ty u diabła robisz, Collins? – syknęła, lecz tylko strząsnęłam jej palce, co samo w sobie nie było zbyt proste.
- Znam tę osobę – odparłam i pobłagałam Boga w myślach, aby faktycznie tak było.
Wzięłam głęboki oddech i przeczesałam włosy palcami, chcąc tym gestem nadać sobie pewności siebie, chociaż nie mam zielonego pojęcia jak to miało mi w tym wszystkim pomóc.
Dasz sobie radę Collins, usłyszałam głos w swojej głowie i byłam zaskoczona, że moja podświadomość popiera misję typowo kamikaze.
Pieprzyć to, najwyżej umrę tuż przy Maxie.
Ruszyłam szybkim krokiem ku nadchodzącej postaci. Im bliżej niej byłam, tym byłam coraz bardziej przekonana o swojej racji. Jednakże to nie miało żadnego sensu. Nie było nawet najmniejszej szansy, aby ta osoba się tutaj znalazła, akurat w tym miejscu, akurat tego dnia.
Kiedy dzieliły nas dosłownie kroki, zauważyłam, że jest ode mnie o głowę wyższa, albo i nawet trochę więcej, dokładnie tak, jak zapamiętałam przez cały ten czas naszej znajomości.
Sięgnęłam ręką do kaptura osoby, lecz ta pacnęła nie w geście odtrącenia. Lekko, nie chcąc zrobić mi krzywdy. I to w jakimś dziwnym, niewyjaśnionym zbiegu okoliczności dodało mi odwagi.
Ponownie wyciągnęłam rękę, lecz tym razem znacznie szybciej, a więc tajemnicza postać nie zdołała mnie powstrzymać.
Kiedy zobaczyłam twarz tej osoby, sapnęłam głośno, cofając się o krok, po czym wciągnęłam głośno powietrze do płuc. Byłam pewna, że oczy mam wielkości spodków, pełna zaskoczenia i czegoś, czego nie potrafiłam zidentyfikować.
Rozchyliłam wargi, mając to imię na końcu języka.

2 komentarze: