- Nie śpisz już –
odparł blondyn, niemalże na mnie wpadając, przy czym w jego głosie był
zaskoczony podźwięk, a brwi zmarszczyły się w wyrazie niepewności.
- Skąd Josh wie, że
jesteś zdolny kogoś zabić? – odparowałam bez namysłu, patrząc w zielone oczy
chłopaka z hardością i zaciętością.
Alex sapnął widocznie
nie spodziewając się takiego pytania, lecz już po chwili na jego twarzy pojawił
się pewny siebie wyraz, przy czym kącik jego ust się lekko uniósł. Teraz
wyglądał jakby upominał niesforne dziecko.
- Nie ładnie
podsłuchiwać – powiedział i założył mi za ucho niesforny kosmyk blond włosów,
który plątał się po twarzy.
Przez chwilę poczułam
się winna, że w jakiś sposób naruszyłam ich prywatność. Fakt, zniżyłam się do
podsłuchiwania, co nie świadczyło o mnie zbyt dobrze. Jednakże po chwili w
głowie znowu rozbrzmiały słowa chłopaka. Pieprzyć to.
- Nie podsłuchiwałam.
Po prostu nie byłeś świadomy mojej obecności – odparłam, gdy po poczuciu winy
nie pozostał nawet najmniejszy ślad.
Chłopak zaśmiał się
pod nosem, po czym pochylił się do pocałunku. I wtedy zrobiłam coś, czego oboje
się nie spodziewaliśmy. Odsunęłam się gwałtownie na bezpieczną odległość, cały
czas patrząc na niego z wyczekiwaniem odmalowanym na twarzy.
Oparłam się
Alexandrowi Michaelowi Raiverowi. Było to jednocześnie piękne, dumne uczucie
jak i rozdzierające na pół. Oczywiście, że chciałam poczuć znowu smak jego ust –
nie to, że czułam je rzadko, co to to nie – jednakże były sprawy, które
najpierw trzeba było załatwić.
- Kiedyś pobiłem pewnego
kolesia – westchnął w końcu wsunął zrezygnowany dłonie w przednie kieszenie swoich
spodni.
- Na śmierć? – pisk wyrwał
mi się z piersi, a wyrazie twarzy chłopaka, domyśliłam się, że oczy niemalże
wyskoczyły mi z orbit.
- Oczywiście, że nie –
odparł i spojrzał na swoje bose stopy jakby na czymś się zastanawiał. - Ale w
sumie niewiele mu brakowało – dodał w końcu i przygryzł dolną wargę.
Spojrzałam na niego
oniemiała i przełknęłam głośno ślinę. Alex by kogoś zabił? Alex? Do cholery,
MÓJ ALEX?! Rozchyliłam wargi aby coś powiedzieć, lecz nic nie chciało wyjść
spomiędzy warg.
Głos ugrzązł mi w
gardle, a wraz z nim cała wiara w blondyna. Teraz już nie zwracałam uwagi na te
chwile czułości, które pamiętałam. Blondyn miał też ciemną, znacznie
mroczniejszą stronę i zaczynałam się jej bać.
- Nie odchodź –
szepnął niepewnie, kiedy zrobiłam krok do tyłu.
Wtedy z tą
przygryzioną wargą wyglądał tak niewinnie, pełen skruchy. Objął się ramionami,
wyglądając całkiem jak zagubione dziecko, szukające oparcia. Jednakże nie
potrafiłam mu go okazać.
Wiedziałam, że mnie
potrzebował. Czułam, że powinnam go przytulić i powiedzieć, że nic się nie
stało, że niczego to między nami nie zmienia. Że się go nie boję.
Jednakże nie
potrafiłam. Te same ręce, które dotykały mnie każdego dnia, kiedyś niemalże
zabiły człowieka. Nie znały granic i nie miały szacunku dla życia. Nawet jeśli
tamten był bydlakiem.
Odwróciłam się na
pięcie i rzuciłam biegiem do schodów, a on mnie nie zatrzymywał. Oboje siebie
teraz potrzebowaliśmy i jednocześnie nie mogliśmy sobie pomóc. Co za pieprzona
ironia.
A na domiar złego,
najbezpieczniejszym miejscem w całym domu, miejscem w którym się przed nim
schowałam, był właśnie jego pokój.
Patrząc na czerwoną,
satynową pościel kontrastującą z czernią łóżka, osunęłam się po drzwiach
czując, jak policzki coraz bardziej wilgotnieją od spływających po nich słonych
łzach i zastanawiając się co przyniesie jutro.
* * *
Tego dnia już nie
widziałam Alexa, chociaż wiedziałam, że on widział mnie. Zasnęłam po godzinach
płaczu pod drzwiami, jednakże obudziłam się na łóżku, otulona satyną. Na
policzku cały czas czułam jego delikatny dotyk tak, jakby głaskał mnie po nim
całą noc.
Może i tak z resztą
było.
Wiedziałam, że to co
robiłam było bezsensowne, głupie i żałosne. A ponadto totalnie egoistyczne.
Karałam Alexa za coś, co było w dalekiej przeszłości, kiedy jeszcze nic dla
mnie nie miało znaczenia. To nie powinno mieć dla mnie znaczenia.
Jednakże na myśl o
tym, że te dłonie, które głaskały mnie do snu, kiedyś niemalże odebrały komuś
życie, robiło mi się jednocześnie niedobrze i zbierało na łzy. Ciało
przechodziło przez fale dreszczy, a w gardle robiło się zaskakująco sucho,
nawet mimo wypitej pół butelki wody.
To było tak bardzo
znajome, że aż przerażające. Za wszelką cenę starałam się wyprzeć to z pamięci,
wszystkie rady i ostrzeżenia oraz po prostu cieszyć się dzisiejszym dniem,
dzisiejszymi sprawami. Cieszyć się Alexem.
Ale nie mogłam.
Wydarzenia oddalone o niemalże 3000 mil, sprzed wielu lat powracały jak żywe,
nie pozwalając mi o nich zapomnieć. Nie pozwalając mi przestać czuć się tak
cholernie rozbita i … zdradzona. Oszukana.
Krzyknęłam głośno w
poduszkę, która na szczęście stłumiła sfrustrowany dźwięk i wybuchłam
spazmatycznym, żałosnym płaczem, pozwalając ciału po raz kolejny przechodzić
przez żałobę tamtych dni.
- Max! – zawołałam roztrzęsiona, próbując się wyrwać z
ramion przyjaciółki. Łzy spływały mi po policzkach widząc opadające pięści i
zataczające się w tył ciało szatyna.
Szarpałam się na tyle, na ile miałam siły, jednakże
alkohol zrobił swoje. Kolana się pode mną uginały przy każdym spazmatycznym drżeniu
ciała. Krzyczałam imię chłopaka, wyklinając w duszy to, że tutaj w ogóle
przyszliśmy.
Kątem oka dostrzegłam błysk i wydałam z siebie zduszony,
zrozpaczony jęk, nie mając nawet siły krzyczeć. Powtarzałam w głowie imię
przyjaciela, zalewając się kolejnymi strumieniami łez.
Nóż przeciął powietrze, a następnie w klubie rozbrzmiał
przeraźliwy krzyk. Skuliłam się w ramionach Eleein błagając aby to wszystko się
skończyło. Błagając, aby Max przestał cierpieć. Wbijałam paznokcie w ramiona
dziewczyny płacząc głośno.
Kochałam go. Cholernie mocno go kochałam, ale nigdy mu
tego nie powiedziałam. Wiedziałam, że wie, ale nigdy mu tego nie powiedziałam.
W tym momencie krzyknęłam żałośnie, upadając przy tym na kolana.
Byłam bezgranicznie zakochana w swoim przyjacielu, ale
nigdy mu tego nie powiedziałam. Kochałam w nim wszystko, zadziorny uśmiech,
radosny błysk w dużych, zielonych oczach, opaloną skórę i ten sposób w jaki na
mnie patrzył.
On też był we mnie zakochany, wszyscy to powtarzali, a ja
to po prostu wiedziałam. Dookoła niego zawsze była masa pięknych, długonogich
dziewczyn. Lecz on na żadną z nich nie patrzył w taki sposób jak na mnie. Widziałam
w jego oczach tę miłość i oddanie oraz to, że oddał by za mnie wszystko.
A teraz oddawał życie.
Skuliłam się z bólu krzycząc i błagając, aby to wszystko
się już skończyło. Aby ktoś zadzwonił na policję, pogotowie. Gdziekolwiek.
Jednakże nikt się nie ruszał.
Widziałam jak czerwień barwiła białą koszulkę
przyjaciela, a ja nie mogłam z tym nic zrobić. Kuliłam się na podłodze,
wiedząc, że obok stoi Eleein i patrzy na mnie, lecz nic się w tedy nie liczyło.
Nie liczyło się nic, oprócz Maxa wijącego się z bólu na podłodze i
powiększającej się plamy krwi.
Jakimś niezrozumiałym cudem doczołgałam się do niego,
cały czas płacząc, a łzy zamazywały mi obraz. Dziewczyna mnie nawet nie zatrzymywała.
Wzięłam jego głowę na swoje kolana i podziękowałam Bogu za to że oddycha.
Otworzył swoje zielone oczy i spojrzał na mnie spokojnie tak, jak kiedyś.
- Vik.. – szepnął chrapliwie, na co poczułam jak do oczu
napływa kolejna fala gorących łez. – Vik, kocham cię – szepnął, a ja
przygryzłam wargę, aby nie zacząć krzyczeć.
- Nie żegnaj się ze mną – wydusiłam płaczliwie i
przesunęłam dłonią po jego policzku, który po chwili w nią wtulił. – Błagam,
nie żegnaj się ze mną…
- Jestem w tobie zakochany, Collis – szepnął i przymknął
powieki. Było widać, że mówienie sprawiało mu ból. – Bądź szczęśliwa i nigdy
nie patrz w dół, obiecaj mi.
- Nie żegnaj się ze mną – wydusiłam płacząc, a kiedy
napotkałam jego spojrzenie, wiedziałam, że czeka na odpowiedź. – Chcę być
szczęśliwa z tobą, rozumiesz? Tylko z tobą. Kocham cię, nie możesz odejść
- wydusiłam pomiędzy spazmami płaczu.
Jego oczy rozbłysły tak jak kiedyś, swoim zielonym
blaskiem. Wiedziałam, że zrozumiał co powiedziałam, tak jak chciałam. Nie
chciałam nikogo oprócz niego. Nigdy nikogo. Uśmiechnął się delikatnie, a ja
niemalże zapomniałam o poszarpanej ranie w jego brzuchu.
- Zawsze będę obok – szepnął, a ja pochyliłam się ku
niemu i przycisnęłam usta do jego warg w desperackim pocałunku.
Naszym pierwszym prawdziwym pocałunku.
Leżałam wtulona w niego na klubowym parkiecie jeszcze
przez kilka godzin. Nikt nie zadzwonił po policję, nawet Eleein, która
siedziała skulona w rogu.
Leżałam wtulona w ukochanego jeszcze przez kilka godzin
po tym, jak wydał z siebie ostatni dech.
Obudziłam ze łzami w
oczach, cała roztrzęsiona i spocona po walce z kołdrą. Wtuliłam się w mokrą od
łez poduszkę, czując jak blisko byłam histerii.
Miałam raptem
czternaście lat, kiedy cały mój świat się zawalił. Trzy lata temu straciłam
kogoś, kogo kochałam tak mocno, że po jego śmierci sama miałam ochotę umrzeć. I
po tych trzech latach, cały czas byłam w rozsypce.
- Przepraszam –
szepnęłam sama nie wiedząc czy było to do mnie, czy do brązowowłosego chłopaka
o pięknych, szmaragdowych oczach, który umarł w moich ramionach, przy naszym
pierwszym i ostatnim pocałunku.
* * *
To był totalnie
popieprzony pomysł. Nie pamiętam jak się tutaj znalazłam, działałam niczym w
transie. Złapałam pierwszego lepszego stopa i ruszyłam przed siebie. A teraz
stałam tutaj, na lotnisku w kolejce po bilet.
Wydawało mi się, że
kątem oka zobaczyłam kogoś, postury Alexa, lecz szybko wybiłam to sobie z
głowy. On nie wiedział, że tu jestem i gdzie zmierzam. Nie mógł wiedzieć. Nikt
nie wiedział.
Zapewne nikt nie
pamiętał tego, co wydarzyło się przed trzema laty, a ci, który to pamiętali,
udawali że tak nie było. W ciągu roku, moja mama, tata oraz Eleein starannie
zamazywali wspomnienia z Maxem. Regularnie zbierali jego zdjęcia z mieszkania,
czyścili mój komputer. Starali się wymazać go z mojej pamięci.
Kiedy się
zorientowałam co jest grane, schowałam kilka rzeczy, tuż przy jego grobie. To
było niesprawiedliwe. Karali nas za to, że on umarł. Zakradali się do mojego
świata i sprzątały go, tłumacząc się, że to dla dobra.
Pieprzyć takie dobro.
Przez te trzy lata
udawali, że nic się nie stało, przez ten czas organizowali moje urodziny, które
kończyły się fiaskiem. Robili wszystko, aby udawać, że to, co stało się lata
wcześniej nie miało miejsca.
Ale miało! Miało
miejsce i żywo było w mojej pamięci. To były moje czternaste urodziny! To miał być
magiczny dzień, a tymczasem ktoś odebrał mi mój najcenniejszy prezent na
świecie! Ktoś wydarł mi go i zadźgał jak psa.
Lecz nawet pies na to
nie zasługiwał. Nikt na to nie zasługiwał, a przydarzyło się to właśnie jemu.
Niewinnemu, dobremu chłopakowi, który miał przed sobą całe życie. A skończył w
grobie.
Po raz setny od tych
trzech lat wyklinałam siebie za to, że poprosiłam przyjaciela o to, aby nas tam
wpuścił. Z Eleein miałyśmy raptem czternaście lat, nie miałyśmy prawa tam być.
A gdyby nie było nas, nie byłoby też i Maxa.
Gdybym tylko ubrała
choć trochę dłuższą sukienkę, możliwe że tamten facet by się nie przyczepił, a
szatyn nie stanąłby w mojej obronie. Jeśli nie byłabym taka bezmyślna, możliwe,
że chłopak by żył i tego odczucia nie zmieni żadna rozmowa z psychologiem, mamą
czy nawet Eleein.
Max był zbyt dobry
dla mnie. Dwa lata starszy, przystojny chłopak o złotym sercu i cudownym
charakterze. Nie był bogaty, ani biedny, czyli taki jak ja. Powinien spotykać
się z dziewczynami w swoim wieku, a nie takimi dzieciakami jak my.
- Pamiętasz Jake’a i Nessie? – spytał obejmując mnie
ramieniem, na co roześmiałam się dźwięcznie, przygryzając dolną wargę,
wpatrzona w jego oczy.
- Czy ty naprawdę przyrównałeś nas do bohaterów
Zmierzchu? – rzuciłam nie potrafiąc pozbyć się głupkowatego uśmiechu, który
pojawił si1) na moich wargach.
Zmarszczył czoło, jakby się nad tym poważnie zastanawiał
i wciągnął wargi z głośnym westchnieniem przepełnionym zadumą. Przesunął
opuszkami po moim ramieniu wywołując delikatne dreszcze, po czym posłał mi ten
swój pełen czułości uśmiech.
- Tak, chyba tak. Wiesz, ja jestem seksownym wilkiem, a
ty dziecinką, której mam strzec – odparował, wywołując u mnie głośny wybuch
śmiechu.
Lecz on się nie śmiał. Spoglądał na mnie z tym swoim
ciepłym uśmiechem, jakby podziwiał coś naprawdę pięknego. Jakby zachwycał się
jakimś dziełem sztuki, drogocennym i szykownym. Tak, jakby mnie kochał.
Uśmiechnęłam się
delikatnie na wspomnienie o chłopaku. Uwielbiałam każdą cząstkę jego osoby,
każdą myśl z nim związaną. Po prostu go kochałam, cały czas, nawet jeśli minęły
już te trzy lata.
Czułam się winna
wobec Maxa tak samo jak i wobec Alexa. Miałam poczucie, że zdradzam pierwszego
z drugim, a co do Alexa…
On nie wiedział nic o
szatynie z przeszłości, nic o przeszłości jaką z nim dzieliłam, ani nic o tym
co się wydarzyło i dlaczego moje serce pękło na miliony części. Nie miał
pojęcia o tym, dlaczego tak się zachowuję.
A oprócz tego, nie
byłam pewna czy kiedykolwiek będę w stanie pokochać go tak bardzo, jak pewna
czternastolatka, która umarła przy ciele ukochanego i została wraz z nim
pochowana kilka metrów pod ziemią.
Zrobiłam krok do
przodu, postępując w kolejce coraz bliżej kasy. Przede mną było jeszcze kilka
osób, więc mogłabym się wycofać, jeślibym tylko chciała. Chodziło o to, że nie
chciałam.
Powinnam powiedzieć o
tym Alexowi. Powinnam powiedzieć mu, że wyjeżdżam. Nie chciałam aby się
martwił, czy też sądził, że uciekłam od niego po tym, co powiedział. Nie mógł
tak sądzić, błagałam w myślach, aby tak właśnie nie sądził.
Jednakże nie mogłam
spojrzeć mu w oczy, nie mogłam się zawahać nawet na moment, ponieważ
wiedziałam, że w tej samej chwili, w której znalazłabym się przy nim,
zrezygnowałabym z planów.
A do tego nie mogłam dopuścić.
Ludzie tak naprawdę
nie umierają, dopóki pozwalamy im żyć w naszych wspomnieniach, dopóki o nich
pamiętamy. Żyją wtedy w naszych sercach, umysłach i co najważniejsze – w nas
samych.
Nie zamierzałam nigdy
pozwolić Maxowi umrzeć. Nie mogłam stracić go kolejny raz. Byłam mu to winna.
Tak samo winna jemu jak i samej sobie.
Przygryzłam mocniej
wargę i przesunęłam się do przodu kolejki, cierpliwie czekając na swoją kolej,
co nie było łatwe, ani przyjemne.
Uśmiechnęłam się pod
nosem przypominając sobie sytuację na długo przed nieszczęsną imprezą, na długo
przed tymi pieprzonymi urodzinami.
- Wiercisz się jakbyś miała owsiki – rzucił roześmiany
chłopak, kiedy kręciłam się dookoła niego tanecznym krokiem, uśmiechając się
przy tym niczym jedna z tych typowo niebezpiecznych wariatek.
- Jestem podekscytowana, a ty nie? – spytałam zaskoczona,
po czym wybuchłam dźwięcznym śmiechem, przeskakując z nogi na nogę.
Szatyn potrząsnął głową, co skwitowałam kolejną salwą
śmiechu. Włosy upięte w luźny kok zaczęły wychodzić pod wpływem wariacji, a
koszula zdecydowanie zaczęła opuszczać spodnie.
- Sikasz po gaciach na myśl o Leto – odparł udając
naburmuszoną minę.
Podeszłam do niego spokojniej, uśmiechając się przy tym
ciepło. Zarzuciłam mu ręce na szyję niczym kobiety w tych podrzędnych serialikach
i zbliżyłam wargi do jego ucha.
- Nie zamieniłabym cię nawet za Jareda – szepnęłam z
uroczym, dziewczęcym uśmieszkiem jak przystało na trzynastolatkę, po czym
odsunęłam się od niego, powracając do podskoków i dziewczęcych chichotów, a
przyjaciel po prostu obserwował to z tajemniczym uśmieszkiem.
Oblizałam wargi z
cichym westchnieniem, przy czym przeczesałam włosy palcami. Przyjaźniłam się z
nim od siódmego roku życia i byłam zakochana w nim niemalże tak samo długo.
Początkowe dziecięca
fascynacja zmieniała się z czasem w coraz silniejsze zauroczenie, aż
ostatecznie była prawdziwą miłością.
Wszystkie złe rzeczy,
których się wystrzegałam, były dla niego. Nie próbowałam dragów, bo nie chciałam
sprowadzić na niego kłopotów. Nie upijałam się, ponieważ nie chciałam być dla
niego ciężarem dźwiganym do domu. Ogólnie nie sprawiałam wielkich kłopotów.
Wszystko dla niego.
A później go zabrakło
i dla kogo miałam się starać? Dla kogo miałam być tą dobrą dziewczynką? Dla
rodziców, którzy nie rozumieli mojej tragedii, czy dla Eleein, która jej nie
zapobiegła?
Kochałam ich,
oczywiście, że kochałam swoich rodziców i przyjaciółkę oraz byłam z nimi
szczęśliwa. To była jedna, jedyna rzecz której nie potrafiłam im wybaczyć. Tak
samo jak i rozwodu.
Wyciągnęłam portfel z
torby, biorąc głęboki, orzeźwiający oddech. Kiedy nadeszła moja kolej, oparłam
drżącą dłoń o ladę, za którą siedziała młoda dziewczyna. Jej oczy błyszczały w
ciepłym, życzliwym uśmiechu.
Poczułam napływające
do oczu łzy, a to zdecydowanie nie był najlepszy moment na rozklejenie się.
Oczywiście dziewczyna nie mogła wiedzieć co się dzieje, no bo jakim prawem?
Potrząsnęłam
energicznie głową i zmusiłam się do delikatnego, dziewczęcego uśmiechu.
Spojrzałam na przelotnie na plakietkę dziewczyny.
Maxie.
Czy to był jakiś
pieprzony znak? Westchnęłam starając się odciągnąć te myśli w jakiś zakamarek
umysłu. Będę miała sporo czasu w samolocie na zadręczanie się takimi rzeczami.
Oblizałam wargi i
sprawdziłam czy aby na pewno mam gotówkę i wszystkie karty. Kiedy podniosłam
oczy, patrząc w czekoladowe oczy dziewczyny, byłam całkowicie pewna swojego
postanowienia.
- Dover – odparłam przełykając
ślinę.
Słyszałam jak ktoś za
mną wciąga głęboko powietrze do płuc, lecz miałam nadzieję, że to tylko moja
jak zwykle wybujała fantazja.
Tak, z pewnością tak
właśnie było.
*____________*
OdpowiedzUsuńfantastic!
OdpowiedzUsuń♥♥
OdpowiedzUsuńBicz, chcę wiedzieć, kto za nią stoi - TERAZ. A Max... imię od razu przywodzi mi na myśl mojego Kundla, ale twój też jest/był cudo, tylko dlaczego musiałaś go kiedyś tam uśmiercić? =.= To nie fair, teraz pokocham go pewnie przez wspomnienia i na każdym będę ryczeć .__.
OdpowiedzUsuńkocham ♥
OdpowiedzUsuń