poniedziałek, 10 września 2012

Rozdział 14


- Nie śpisz już – odparł blondyn, niemalże na mnie wpadając, przy czym w jego głosie był zaskoczony podźwięk, a brwi zmarszczyły się w wyrazie niepewności.
- Skąd Josh wie, że jesteś zdolny kogoś zabić? – odparowałam bez namysłu, patrząc w zielone oczy chłopaka z hardością i zaciętością.
Alex sapnął widocznie nie spodziewając się takiego pytania, lecz już po chwili na jego twarzy pojawił się pewny siebie wyraz, przy czym kącik jego ust się lekko uniósł. Teraz wyglądał jakby upominał niesforne dziecko.
- Nie ładnie podsłuchiwać – powiedział i założył mi za ucho niesforny kosmyk blond włosów, który plątał się po twarzy.
Przez chwilę poczułam się winna, że w jakiś sposób naruszyłam ich prywatność. Fakt, zniżyłam się do podsłuchiwania, co nie świadczyło o mnie zbyt dobrze. Jednakże po chwili w głowie znowu rozbrzmiały słowa chłopaka. Pieprzyć to.
- Nie podsłuchiwałam. Po prostu nie byłeś świadomy mojej obecności – odparłam, gdy po poczuciu winy nie pozostał nawet najmniejszy ślad.
Chłopak zaśmiał się pod nosem, po czym pochylił się do pocałunku. I wtedy zrobiłam coś, czego oboje się nie spodziewaliśmy. Odsunęłam się gwałtownie na bezpieczną odległość, cały czas patrząc na niego z wyczekiwaniem odmalowanym na twarzy.
Oparłam się Alexandrowi Michaelowi Raiverowi. Było to jednocześnie piękne, dumne uczucie jak i rozdzierające na pół. Oczywiście, że chciałam poczuć znowu smak jego ust – nie to, że czułam je rzadko, co to to nie – jednakże były sprawy, które najpierw trzeba było załatwić.
- Kiedyś pobiłem pewnego kolesia – westchnął w końcu wsunął zrezygnowany dłonie w przednie kieszenie swoich spodni.
- Na śmierć? – pisk wyrwał mi się z piersi, a wyrazie twarzy chłopaka, domyśliłam się, że oczy niemalże wyskoczyły mi z orbit.
- Oczywiście, że nie – odparł i spojrzał na swoje bose stopy jakby na czymś się zastanawiał. - Ale w sumie niewiele mu brakowało – dodał w końcu i przygryzł dolną wargę.
Spojrzałam na niego oniemiała i przełknęłam głośno ślinę. Alex by kogoś zabił? Alex? Do cholery, MÓJ ALEX?! Rozchyliłam wargi aby coś powiedzieć, lecz nic nie chciało wyjść spomiędzy warg.
Głos ugrzązł mi w gardle, a wraz z nim cała wiara w blondyna. Teraz już nie zwracałam uwagi na te chwile czułości, które pamiętałam. Blondyn miał też ciemną, znacznie mroczniejszą stronę i zaczynałam się jej bać.
- Nie odchodź – szepnął niepewnie, kiedy zrobiłam krok do tyłu.
Wtedy z tą przygryzioną wargą wyglądał tak niewinnie, pełen skruchy. Objął się ramionami, wyglądając całkiem jak zagubione dziecko, szukające oparcia. Jednakże nie potrafiłam mu go okazać.
Wiedziałam, że mnie potrzebował. Czułam, że powinnam go przytulić i powiedzieć, że nic się nie stało, że niczego to między nami nie zmienia. Że się go nie boję.
Jednakże nie potrafiłam. Te same ręce, które dotykały mnie każdego dnia, kiedyś niemalże zabiły człowieka. Nie znały granic i nie miały szacunku dla życia. Nawet jeśli tamten był bydlakiem.
Odwróciłam się na pięcie i rzuciłam biegiem do schodów, a on mnie nie zatrzymywał. Oboje siebie teraz potrzebowaliśmy i jednocześnie nie mogliśmy sobie pomóc. Co za pieprzona ironia.
A na domiar złego, najbezpieczniejszym miejscem w całym domu, miejscem w którym się przed nim schowałam, był właśnie jego pokój.
Patrząc na czerwoną, satynową pościel kontrastującą z czernią łóżka, osunęłam się po drzwiach czując, jak policzki coraz bardziej wilgotnieją od spływających po nich słonych łzach i zastanawiając się co przyniesie jutro.


* * *

Tego dnia już nie widziałam Alexa, chociaż wiedziałam, że on widział mnie. Zasnęłam po godzinach płaczu pod drzwiami, jednakże obudziłam się na łóżku, otulona satyną. Na policzku cały czas czułam jego delikatny dotyk tak, jakby głaskał mnie po nim całą noc.
Może i tak z resztą było.
Wiedziałam, że to co robiłam było bezsensowne, głupie i żałosne. A ponadto totalnie egoistyczne. Karałam Alexa za coś, co było w dalekiej przeszłości, kiedy jeszcze nic dla mnie nie miało znaczenia. To nie powinno mieć dla mnie znaczenia.
Jednakże na myśl o tym, że te dłonie, które głaskały mnie do snu, kiedyś niemalże odebrały komuś życie, robiło mi się jednocześnie niedobrze i zbierało na łzy. Ciało przechodziło przez fale dreszczy, a w gardle robiło się zaskakująco sucho, nawet mimo wypitej pół butelki wody.
To było tak bardzo znajome, że aż przerażające. Za wszelką cenę starałam się wyprzeć to z pamięci, wszystkie rady i ostrzeżenia oraz po prostu cieszyć się dzisiejszym dniem, dzisiejszymi sprawami. Cieszyć się Alexem.
Ale nie mogłam. Wydarzenia oddalone o niemalże 3000 mil, sprzed wielu lat powracały jak żywe, nie pozwalając mi o nich zapomnieć. Nie pozwalając mi przestać czuć się tak cholernie rozbita i … zdradzona. Oszukana.
Krzyknęłam głośno w poduszkę, która na szczęście stłumiła sfrustrowany dźwięk i wybuchłam spazmatycznym, żałosnym płaczem, pozwalając ciału po raz kolejny przechodzić przez żałobę tamtych dni.


- Max! – zawołałam roztrzęsiona, próbując się wyrwać z ramion przyjaciółki. Łzy spływały mi po policzkach widząc opadające pięści i zataczające się w tył ciało szatyna.
Szarpałam się na tyle, na ile miałam siły, jednakże alkohol zrobił swoje. Kolana się pode mną uginały przy każdym spazmatycznym drżeniu ciała. Krzyczałam imię chłopaka, wyklinając w duszy to, że tutaj w ogóle przyszliśmy.
Kątem oka dostrzegłam błysk i wydałam z siebie zduszony, zrozpaczony jęk, nie mając nawet siły krzyczeć. Powtarzałam w głowie imię przyjaciela, zalewając się kolejnymi strumieniami łez.
Nóż przeciął powietrze, a następnie w klubie rozbrzmiał przeraźliwy krzyk. Skuliłam się w ramionach Eleein błagając aby to wszystko się skończyło. Błagając, aby Max przestał cierpieć. Wbijałam paznokcie w ramiona dziewczyny płacząc głośno.
Kochałam go. Cholernie mocno go kochałam, ale nigdy mu tego nie powiedziałam. Wiedziałam, że wie, ale nigdy mu tego nie powiedziałam. W tym momencie krzyknęłam żałośnie, upadając przy tym na kolana.
Byłam bezgranicznie zakochana w swoim przyjacielu, ale nigdy mu tego nie powiedziałam. Kochałam w nim wszystko, zadziorny uśmiech, radosny błysk w dużych, zielonych oczach, opaloną skórę i ten sposób w jaki na mnie patrzył.
On też był we mnie zakochany, wszyscy to powtarzali, a ja to po prostu wiedziałam. Dookoła niego zawsze była masa pięknych, długonogich dziewczyn. Lecz on na żadną z nich nie patrzył w taki sposób jak na mnie. Widziałam w jego oczach tę miłość i oddanie oraz to, że oddał by za mnie wszystko.
A teraz oddawał życie.
Skuliłam się z bólu krzycząc i błagając, aby to wszystko się już skończyło. Aby ktoś zadzwonił na policję, pogotowie. Gdziekolwiek.
Jednakże nikt się nie ruszał.
Widziałam jak czerwień barwiła białą koszulkę przyjaciela, a ja nie mogłam z tym nic zrobić. Kuliłam się na podłodze, wiedząc, że obok stoi Eleein i patrzy na mnie, lecz nic się w tedy nie liczyło. Nie liczyło się nic, oprócz Maxa wijącego się z bólu na podłodze i powiększającej się plamy krwi.
Jakimś niezrozumiałym cudem doczołgałam się do niego, cały czas płacząc, a łzy zamazywały mi obraz. Dziewczyna mnie nawet nie zatrzymywała. Wzięłam jego głowę na swoje kolana i podziękowałam Bogu za to że oddycha. Otworzył swoje zielone oczy i spojrzał na mnie spokojnie tak, jak kiedyś.
- Vik.. – szepnął chrapliwie, na co poczułam jak do oczu napływa kolejna fala gorących łez. – Vik, kocham cię – szepnął, a ja przygryzłam wargę, aby nie zacząć krzyczeć.
- Nie żegnaj się ze mną – wydusiłam płaczliwie i przesunęłam dłonią po jego policzku, który po chwili w nią wtulił. – Błagam, nie żegnaj się ze mną…
- Jestem w tobie zakochany, Collis – szepnął i przymknął powieki. Było widać, że mówienie sprawiało mu ból. – Bądź szczęśliwa i nigdy nie patrz w dół, obiecaj mi.
- Nie żegnaj się ze mną – wydusiłam płacząc, a kiedy napotkałam jego spojrzenie, wiedziałam, że czeka na odpowiedź. – Chcę być szczęśliwa z tobą, rozumiesz? Tylko z tobą. Kocham cię, nie możesz odejść -  wydusiłam pomiędzy spazmami płaczu.
Jego oczy rozbłysły tak jak kiedyś, swoim zielonym blaskiem. Wiedziałam, że zrozumiał co powiedziałam, tak jak chciałam. Nie chciałam nikogo oprócz niego. Nigdy nikogo. Uśmiechnął się delikatnie, a ja niemalże zapomniałam o poszarpanej ranie w jego brzuchu.
- Zawsze będę obok – szepnął, a ja pochyliłam się ku niemu i przycisnęłam usta do jego warg w desperackim pocałunku.
Naszym pierwszym prawdziwym pocałunku.
Leżałam wtulona w niego na klubowym parkiecie jeszcze przez kilka godzin. Nikt nie zadzwonił po policję, nawet Eleein, która siedziała skulona w rogu.
Leżałam wtulona w ukochanego jeszcze przez kilka godzin po tym, jak wydał z siebie ostatni dech.


Obudziłam ze łzami w oczach, cała roztrzęsiona i spocona po walce z kołdrą. Wtuliłam się w mokrą od łez poduszkę, czując jak blisko byłam histerii.
Miałam raptem czternaście lat, kiedy cały mój świat się zawalił. Trzy lata temu straciłam kogoś, kogo kochałam tak mocno, że po jego śmierci sama miałam ochotę umrzeć. I po tych trzech latach, cały czas byłam w rozsypce.
- Przepraszam – szepnęłam sama nie wiedząc czy było to do mnie, czy do brązowowłosego chłopaka o pięknych, szmaragdowych oczach, który umarł w moich ramionach, przy naszym pierwszym i ostatnim pocałunku.


* * *

To był totalnie popieprzony pomysł. Nie pamiętam jak się tutaj znalazłam, działałam niczym w transie. Złapałam pierwszego lepszego stopa i ruszyłam przed siebie. A teraz stałam tutaj, na lotnisku w kolejce po bilet.
Wydawało mi się, że kątem oka zobaczyłam kogoś, postury Alexa, lecz szybko wybiłam to sobie z głowy. On nie wiedział, że tu jestem i gdzie zmierzam. Nie mógł wiedzieć. Nikt nie wiedział.
Zapewne nikt nie pamiętał tego, co wydarzyło się przed trzema laty, a ci, który to pamiętali, udawali że tak nie było. W ciągu roku, moja mama, tata oraz Eleein starannie zamazywali wspomnienia z Maxem. Regularnie zbierali jego zdjęcia z mieszkania, czyścili mój komputer. Starali się wymazać go z mojej pamięci.
Kiedy się zorientowałam co jest grane, schowałam kilka rzeczy, tuż przy jego grobie. To było niesprawiedliwe. Karali nas za to, że on umarł. Zakradali się do mojego świata i sprzątały go, tłumacząc się, że to dla dobra.
Pieprzyć takie dobro.
Przez te trzy lata udawali, że nic się nie stało, przez ten czas organizowali moje urodziny, które kończyły się fiaskiem. Robili wszystko, aby udawać, że to, co stało się lata wcześniej nie miało miejsca.
Ale miało! Miało miejsce i żywo było w mojej pamięci. To były moje czternaste urodziny! To miał być magiczny dzień, a tymczasem ktoś odebrał mi mój najcenniejszy prezent na świecie! Ktoś wydarł mi go i zadźgał jak psa.
Lecz nawet pies na to nie zasługiwał. Nikt na to nie zasługiwał, a przydarzyło się to właśnie jemu. Niewinnemu, dobremu chłopakowi, który miał przed sobą całe życie. A skończył w grobie.
Po raz setny od tych trzech lat wyklinałam siebie za to, że poprosiłam przyjaciela o to, aby nas tam wpuścił. Z Eleein miałyśmy raptem czternaście lat, nie miałyśmy prawa tam być. A gdyby nie było nas, nie byłoby też i Maxa.
Gdybym tylko ubrała choć trochę dłuższą sukienkę, możliwe że tamten facet by się nie przyczepił, a szatyn nie stanąłby w mojej obronie. Jeśli nie byłabym taka bezmyślna, możliwe, że chłopak by żył i tego odczucia nie zmieni żadna rozmowa z psychologiem, mamą czy nawet Eleein.
Max był zbyt dobry dla mnie. Dwa lata starszy, przystojny chłopak o złotym sercu i cudownym charakterze. Nie był bogaty, ani biedny, czyli taki jak ja. Powinien spotykać się z dziewczynami w swoim wieku, a nie takimi dzieciakami jak my.
- Pamiętasz Jake’a i Nessie? – spytał obejmując mnie ramieniem, na co roześmiałam się dźwięcznie, przygryzając dolną wargę, wpatrzona w jego oczy.
- Czy ty naprawdę przyrównałeś nas do bohaterów Zmierzchu? – rzuciłam nie potrafiąc pozbyć się głupkowatego uśmiechu, który pojawił si1) na moich wargach.
Zmarszczył czoło, jakby się nad tym poważnie zastanawiał i wciągnął wargi z głośnym westchnieniem przepełnionym zadumą. Przesunął opuszkami po moim ramieniu wywołując delikatne dreszcze, po czym posłał mi ten swój pełen czułości uśmiech.
- Tak, chyba tak. Wiesz, ja jestem seksownym wilkiem, a ty dziecinką, której mam strzec – odparował, wywołując u mnie głośny wybuch śmiechu.
Lecz on się nie śmiał. Spoglądał na mnie z tym swoim ciepłym uśmiechem, jakby podziwiał coś naprawdę pięknego. Jakby zachwycał się jakimś dziełem sztuki, drogocennym i szykownym. Tak, jakby mnie kochał.
Uśmiechnęłam się delikatnie na wspomnienie o chłopaku. Uwielbiałam każdą cząstkę jego osoby, każdą myśl z nim związaną. Po prostu go kochałam, cały czas, nawet jeśli minęły już te trzy lata.
Czułam się winna wobec Maxa tak samo jak i wobec Alexa. Miałam poczucie, że zdradzam pierwszego z drugim, a co do Alexa…
On nie wiedział nic o szatynie z przeszłości, nic o przeszłości jaką z nim dzieliłam, ani nic o tym co się wydarzyło i dlaczego moje serce pękło na miliony części. Nie miał pojęcia o tym, dlaczego tak się zachowuję.
A oprócz tego, nie byłam pewna czy kiedykolwiek będę w stanie pokochać go tak bardzo, jak pewna czternastolatka, która umarła przy ciele ukochanego i została wraz z nim pochowana kilka metrów pod ziemią.
Zrobiłam krok do przodu, postępując w kolejce coraz bliżej kasy. Przede mną było jeszcze kilka osób, więc mogłabym się wycofać, jeślibym tylko chciała. Chodziło o to, że nie chciałam.
Powinnam powiedzieć o tym Alexowi. Powinnam powiedzieć mu, że wyjeżdżam. Nie chciałam aby się martwił, czy też sądził, że uciekłam od niego po tym, co powiedział. Nie mógł tak sądzić, błagałam w myślach, aby tak właśnie nie sądził.
Jednakże nie mogłam spojrzeć mu w oczy, nie mogłam się zawahać nawet na moment, ponieważ wiedziałam, że w tej samej chwili, w której znalazłabym się przy nim, zrezygnowałabym z planów.
A do tego nie mogłam dopuścić.
Ludzie tak naprawdę nie umierają, dopóki pozwalamy im żyć w naszych wspomnieniach, dopóki o nich pamiętamy. Żyją wtedy w naszych sercach, umysłach i co najważniejsze – w nas samych.
Nie zamierzałam nigdy pozwolić Maxowi umrzeć. Nie mogłam stracić go kolejny raz. Byłam mu to winna. Tak samo winna jemu jak i samej sobie.
Przygryzłam mocniej wargę i przesunęłam się do przodu kolejki, cierpliwie czekając na swoją kolej, co nie było łatwe, ani przyjemne.
Uśmiechnęłam się pod nosem przypominając sobie sytuację na długo przed nieszczęsną imprezą, na długo przed tymi pieprzonymi urodzinami.
- Wiercisz się jakbyś miała owsiki – rzucił roześmiany chłopak, kiedy kręciłam się dookoła niego tanecznym krokiem, uśmiechając się przy tym niczym jedna z tych typowo niebezpiecznych wariatek.
- Jestem podekscytowana, a ty nie? – spytałam zaskoczona, po czym wybuchłam dźwięcznym śmiechem, przeskakując z nogi na nogę.
Szatyn potrząsnął głową, co skwitowałam kolejną salwą śmiechu. Włosy upięte w luźny kok zaczęły wychodzić pod wpływem wariacji, a koszula zdecydowanie zaczęła opuszczać spodnie.
- Sikasz po gaciach na myśl o Leto – odparł udając naburmuszoną minę.
Podeszłam do niego spokojniej, uśmiechając się przy tym ciepło. Zarzuciłam mu ręce na szyję niczym kobiety w tych podrzędnych serialikach i zbliżyłam wargi do jego ucha.
- Nie zamieniłabym cię nawet za Jareda – szepnęłam z uroczym, dziewczęcym uśmieszkiem jak przystało na trzynastolatkę, po czym odsunęłam się od niego, powracając do podskoków i dziewczęcych chichotów, a przyjaciel po prostu obserwował to z tajemniczym uśmieszkiem.
Oblizałam wargi z cichym westchnieniem, przy czym przeczesałam włosy palcami. Przyjaźniłam się z nim od siódmego roku życia i byłam zakochana w nim niemalże tak samo długo.
Początkowe dziecięca fascynacja zmieniała się z czasem w coraz silniejsze zauroczenie, aż ostatecznie była prawdziwą miłością.
Wszystkie złe rzeczy, których się wystrzegałam, były dla niego. Nie próbowałam dragów, bo nie chciałam sprowadzić na niego kłopotów. Nie upijałam się, ponieważ nie chciałam być dla niego ciężarem dźwiganym do domu. Ogólnie nie sprawiałam wielkich kłopotów.
Wszystko dla niego.
A później go zabrakło i dla kogo miałam się starać? Dla kogo miałam być tą dobrą dziewczynką? Dla rodziców, którzy nie rozumieli mojej tragedii, czy dla Eleein, która jej nie zapobiegła?
Kochałam ich, oczywiście, że kochałam swoich rodziców i przyjaciółkę oraz byłam z nimi szczęśliwa. To była jedna, jedyna rzecz której nie potrafiłam im wybaczyć. Tak samo jak i rozwodu.
Wyciągnęłam portfel z torby, biorąc głęboki, orzeźwiający oddech. Kiedy nadeszła moja kolej, oparłam drżącą dłoń o ladę, za którą siedziała młoda dziewczyna. Jej oczy błyszczały w ciepłym, życzliwym uśmiechu.
Poczułam napływające do oczu łzy, a to zdecydowanie nie był najlepszy moment na rozklejenie się. Oczywiście dziewczyna nie mogła wiedzieć co się dzieje, no bo jakim prawem?
Potrząsnęłam energicznie głową i zmusiłam się do delikatnego, dziewczęcego uśmiechu. Spojrzałam na przelotnie na plakietkę dziewczyny.
Maxie.
Czy to był jakiś pieprzony znak? Westchnęłam starając się odciągnąć te myśli w jakiś zakamarek umysłu. Będę miała sporo czasu w samolocie na zadręczanie się takimi rzeczami.
Oblizałam wargi i sprawdziłam czy aby na pewno mam gotówkę i wszystkie karty. Kiedy podniosłam oczy, patrząc w czekoladowe oczy dziewczyny, byłam całkowicie pewna swojego postanowienia.
- Dover – odparłam przełykając ślinę.
Słyszałam jak ktoś za mną wciąga głęboko powietrze do płuc, lecz miałam nadzieję, że to tylko moja jak zwykle wybujała fantazja.
Tak, z pewnością tak właśnie było.

5 komentarzy:

  1. Bicz, chcę wiedzieć, kto za nią stoi - TERAZ. A Max... imię od razu przywodzi mi na myśl mojego Kundla, ale twój też jest/był cudo, tylko dlaczego musiałaś go kiedyś tam uśmiercić? =.= To nie fair, teraz pokocham go pewnie przez wspomnienia i na każdym będę ryczeć .__.

    OdpowiedzUsuń