poniedziałek, 3 września 2012

Rozdział 22


Na pogrzebie czułam się tak, jakby mnie tam wcale nie było. Nie płakałam, nie wygłosiłam mowy, nie czułam nic oprócz pustki. Tak, jakbym w tamtym momencie nie żyła. Równie dobrze mogłabym umrzeć na tej kanapie razem z nią.
Dwa dni po pogrzebie wróciliśmy do domu. Przyjaciele starali się przygotować czułe powitanie, lecz na marne. Nie czułam niczego. Żadnej radości, smutku, ani bólu. Całkiem tak, jakbym wyłączyła wszystkie emocje i uczucia.
Funkcjonowałam jak robot, czynności wykonywałam automatycznie. Spałam, jadłam, myłam się, uczyłam. Nie czułam nawet potrzeby aby być blisko z Alexem, co go nie zniechęcało. Cały czas był obok, próbując się na nowo zbliżyć.
Wróciliśmy w połowie świąt, więc cały czas przesiedziałam w pokoju Alexa. W naszym pokoju. Kilka razy ktoś zaglądał do środka, proponując ciasto czy jakieś inne świąteczne łakocie, lecz jedynie kręciłam głową, zajmując się swoimi sprawami.
Wieczorami blondyn próbował ze mną rozmawiać, choć nic oprócz mhm, tak, spoko itp. nie udało mu się ze mnie wykrzesać. Wiedziałam, że nie powinnam karać go za to, co się wydarzyło. Oczywiście, nie była to jego wina, lecz nie potrafiłam zachowywać się inaczej.
Nocami z kolei śniły mi się koszmary, przez co nie raz budziłam się w nocy z krzykiem, albo płaczem. Mimo to, Alex nadal był wyrozumiały i troszczył się o mnie.  Byłam mu za to wdzięczna, choć tego nie mówiłam. Pozostawała mi jedynie nadzieja na to, że on o tym wie.
Gdy zostawałam w pokoju sama z myślami, różne wspomnienia zalewały mój umysł. I nie zawsze były to wydarzenia, nad którymi w tym momencie chciałabym się rozwodzić. Lecz mózg myśli, że jest mądrzejszy, prawda? I nie słucha rozsądku, czy serca.
Żyłam tak jakby w swoim świecie. Nie dostrzegałam barw tego, co mnie otaczało. Dla mnie wszystko mogłoby być białe i czarne. Jedzenie bez smaku, a świat bez żadnych dźwięków, ponieważ tak właśnie się czułam. Jakby życie było pozbawione tych wszystkich uroków, niesamowitych aspektów nawet prozaicznych spraw.
Nic nie cieszyło, nic nie wywoływało jakichkolwiek pozytywnych uczuć. Ba! Nic nie wywoływało jakichkolwiek uczuć. Jedynie pustka, po czymś, co kiedyś było dla mnie ważne, niemalże święte. W tamtym momencie nawet nie pamiętałam, jak to było się cieszyć, czy też być szczęśliwą.
Pewnego dnia, gdy przepisywałam notatki z rachunkowości, do pokoju zajrzała blond głowa współlokatorki. Na jej twarzy widniał niepewny uśmiech i jakaś część mnie, która była zepchnięta w głębokie otchłanie podświadomości podpowiadała mi, że to troska i zmartwienie wymalowane są na twarzy dziewczyny.
- Mogę? – spytała niepewnie, zaciskając palce na drzwiach.
Wzruszyłam obojętnie ramionami, dalej zajmując się swoim zajęciem. Nie czułam żadnej powinności wobec niej, choć ta sama część mnie, która chwilę wcześniej podpowiedziała mi o uczuciach dziewczyny, szeptała abym odłożyła zeszyt, okazując jej szacunek. Jednakże nie czułam takiej konieczności.
Minął jakiś czas, po którym dziewczyna zamknęła za sobą drzwi i usiadła obok mnie, na łóżku. Przez chwilę mi się przyglądała, po czym delikatnie przyłożyła dłoń do moich pleców, wywołując tym samym gęsią skórę na moim ciele. Skrzywiłam się delikatnie, czując to, lecz nie przerwałam swojego zadania i niemalże uparcie przepisywałam notatki z zeszytów przyjaciół.
Jeśli nadal byliśmy przyjaciółmi. Nie pamiętałam jakie to uczucie mieć przyjaciela, ponieważ w tamtej chwili nie darzyłam ich innymi uczuciami niż reszty ludzi. Wszystko brałam na logikę. Ta jest przyjaciółką, ten znajomym, ta wrogiem, a ten chłopakiem. Jednakże moje serce nie chciało okazywać wobec nich żadnych uczuć. W pewnym momencie zastanawiałam się nawet, czy jeszcze mam jakieś serce, ponieważ chyba niemożliwe było mieć je i niczego nie czuć, prawda?
- Dobra, Vik, muszę ci o czymś powiedzieć – westchnęła w końcu i zabrała zeszyt z moich kolan.
Spojrzałam na nią bez cienia jakichkolwiek uczuć. Żadnego zdenerwowania, zażenowania, czy też zaciekawienia. Pustka. I co najśmieszniejsze, nawet ta pustka mnie nie denerwowała.
- Więc mów – odparłam, nawet nie wiedząc jakim cudem nie dodając jeśli musisz.
Widziałam tę dziwną minę na jej twarzy, jakby nie wiedziała co teraz zrobić. Od razu przed oczami stanął mi obraz małej Eleein która spoglądała to na tabliczkę czekolady, to na paczkę chipsów, jakby była zaskoczona możliwością takiego wyboru.
Konsternacja, podpowiedział mi ten sam uczynny głos, który pojawił się wraz z głową Amy zaglądającą zza drzwi pokoju. Wzruszyłam obojętnie ramionami na tę myśl. Jaka to była różnica, co ona czuła? Łatwiej by jej było, gdyby przybrała moją postawę. Nie czuć nic i żyć dalej.
- Rozumiemy, że straciłaś mamę. Rozumiemy, że to jest tragedia, ale sama sobie z tym nie poradzisz, słoneczko. A do tego ranisz Alexa, choć on tego po sobie nie daje poznać – mówiła spokojnie, jednakże jakaś nutka wkradła się do jej głosu.
Nutka, której pomocna część mnie nie chciała mi podpowiedzieć. Może to była oznaka buntu przeciw mojej znieczulicy, albo próba wytężenia mojego mózgu, do przypomnienia sobie uczuć i ich oznak. Bez względu na to, co to było, nie poskutkowało.
- Nikt nie każe mu ze mną być – westchnęłam wzruszając ramionami i wywróciłam oczami.
Kątem oka spojrzałam na Amy i dostrzegłam jak jej drobne wargi się rozchylają w wyrazie.. zaskoczenia? Szoku? Coś w głębi mnie, co wcześniej pomagało mi z rozróżnianiem emocji, podpowiadało mi, że obie odpowiedzi były prawidłowe.
Po chwili na jej twarzy pojawiły się inne uczucia. Powieka jej zadrżała, a usta zacisnęły w wąską kreskę. Palce zadrżały, ściskając materiał beżowej tuniki i coś mi mówiło, że to nie był dobry znak.
- Nikt mu nie każe z tobą być? – spytała przez przygryzione policzki. – NIKT MU NIE KAŻE?! – ryknęła po chwili, zrywając się na równe nogi. – On cię kocha, rozumiesz?! I się o ciebie troszczy, nawet gdy zachowujesz się jak pieprzona suka, Collins.
- Nikt mu nie każe – odparłam spokojnie, może nawet trochę sennym głosem.
I to podziałało na nią jak płachta na byka. Nie spostrzegłam ruchu dziewczyny, ani niczego co by zwiastowało to, co wydarzyło się chwilę później. Poczułam przeszywający ból i pieczenie na policzku, w miejscu, gdzie przed chwilą znajdowała się dłoń przyjaciółki.
Jej oczy błyszczały niemalże ze łzami, lecz pod tym widziałam zimną furię, która targała jej ciałem. Spojrzenie jej oczu było pełne niedowierzania, lecz nie dla tego co ona zrobiła. Bardziej przez to, co ja powiedziałam.  Zacisnęła mocniej wargi, biorąc głęboki oddech, przy czym cały czas lustrowała mnie wściekłym spojrzeniem.
- Powiedz to jemu. Facetowi, który musi znosić twoje pieprzone humoru. Zachowanie dziewczyny, którą kocha, która go biła, gryzła i drapała w chwili śmierci swojej matki. W chwili, która przypominała mu jego własną tragedię, był przy tobie i nie okazał jak jemu było ciężko. Facetowi, który stawia twoje dobro ponad swoje i kocha cię, jak nikogo innego – powiedziała z błyszczącymi łzami w oczach i wyszła z pokoju z trzaskiem drzwi.
A ja zostałam sama, rozbita i czułam nieprzyjemne uczucie w żołądku, albo trochę wyżej. Zaczęłam szybciej oddychać i nie mogłam skupić się już na przepisywaniu notatek. Przyłożyłam dłoń do obolałego policzka, nie wiedząc co się ze mną dzieje.
Dopiero po chwili to do mnie dotarło.
Zaczynałam znowu czuć. I jako pierwsze, dotarły do mnie najgorsze emocje.


* * *

- To twoja mama? – spytałam zaskoczona.
Staliśmy nad marmurową płytą, moknąc w zimnych strugach deszczu. Wtulałam się w bok chłopaka, aby ukryć drżenie, choć wmawiałam mu, że wcale nie jest mi zimno. Oczywiście kłamałam.
Powiedział, że chciałby mi kogoś przedstawić, więc doszłam do wniosku, że nawet deszcz nam w tym nie przeszkodzi. Nawet jeśli był zimny i gdyby to było możliwe, pewnie miałby ujemną temperaturę. Przynajmniej ja go tak odczuwałam.
Alex skinął delikatnie głową, obejmując mnie mocniej ramieniem. Spojrzałam na niego, zadzierając przy tym głowę do góry i byłam pewna, że po policzkach spływają mi czarne stróżki po makijażu. Twarz blondyna była ściągnięta w wyrazie skupienia i poczułam ucisk w żołądku.
Nie wiedziałam, czy potrafiłabym stać nad grobem swojej mamy. Może i jej nienawidziłam, albo bardzo chciałam jej nienawidzić, jednakże była moją mamą i miałam z nią wiele fantastycznych wspomnień. A mimo to, gdzieś głęboko, z pewnością ją kochałam.
Przeniosłam jeszcze raz wzrok na płytę nagrobną i przygryzłam wargę, wpatrując się w już lekko wyblakłe litery. Poczułam jak ciarki przechodzą mi po plecach i wciągnęłam głęboko powietrze. Miałam nadzieję, że chłopak tego nie usłyszał.

Emilly Anabelle Raiver
17.06.1971r. - 03.05.2005r.
Kochająca matka, żona i przyjaciółka.
R.I.P.

Kolejny dreszcz przeszedł wzdłuż mojego ciała, gdy zdałam sobie sprawę, że jej imię jest takie samo jak moje drugie. Zastanawiałam się, czy Alex też zdawał sobie sprawę z tej zbieżności. A może właśnie dlatego to wszystko… nie. Od razu odrzuciłam z głowy ten absurdalny pomysł. To z pewnością była przypadkowa zbieżność imion.
Nim zdążyłam otworzyć usta, Alex wziął głęboki oddech i mocniej zacisnął palce na moim ramieniu. Znałam już ten gest i wiedziałam, że zbiera się w sobie, aby zacząć opowiadać. Jednakże nie wiedziałam, czy chciałam o tym słuchać.
- Moi rodzice kiedyś byli w sobie szalenie zakochani – westchnął patrząc pustym wzrokiem na nagrobek matki. – Później zaczęły się schody. Wiecznie się kłócili, ojciec stał się agresywny. Mama się go zaczęła panicznie bać. Uciekaliśmy z domu – szeptał, a ja widziałam, że sprawia mu to ból.
Przesunęłam palcami po jego plecach i już prawie nie zwracałam uwagi na zimny deszcz spływający po naszych przemoczonych ciałach. Ponownie rozchyliłam wargi, aby coś powiedzieć, lecz chłopak jedynie pokręcił głową i spojrzał na mnie tymi swoimi kocio zielonymi oczami, a mi przemknęła przez głowę myśl, czy odziedziczył je po swojej matce.
- Muszę ci o tym powiedzieć, skarbie – szepnął i ponownie spojrzał na nagrobek. – Pewnego dnia wracałem ze szkoły i kiedy wróciłem, drzwi były otwarte. Zaniepokoiłem się, więc wbiegłem do mieszkania i ją zobaczyłem. Leżała na płytkach w kuchni, cała we krwi, a obok kartka. Do jutra 50 tysięcy. Rozumiesz? Jej życie wycenili na marne pięćdziesiąt patyków. Zginęła przez pieprzone machlojki ojca – powiedział i mocniej mnie do siebie przycisnął.
- A co z ojcem? – spytałam po chwili, obejmując go ramionami w pasie.
Przez chwilę chłopak milczał, lecz jego ciało zesztywniało, na sam dźwięk tego jednego głowa. Długo musiałam czekać, aż spomiędzy warg ukochanego wydobył się jakikolwiek dźwięk, a gdy już to się stało, powiedział to, czego się spodziewałam.
- Nie żyje – powiedział spokojnie, jednakże słychać było napięcie w jego głosie. – Dla mnie nie żyje – dodał i wtulił twarz w moje włosy, biorąc głęboki oddech.
A ja nie oponowałam. Potrzebował mnie i doskonale o tym wiedziałam. I ja też go potrzebowałam. Potrzebowałam być dla niego, z nim i przy nim. Nie wiedziałam, jakbym zareagowała, jakby coś stało się mojej mamie, lecz jednego byłam pewna. Potrzebowałabym go ponad wszystko, bez względu na czas i okoliczności.
Potrzebowałabym go najbardziej na świecie.


* * *


Wpatrywałam się z zdjęcie mamy z dziwnym uczuciem. Jednocześnie czułam wszystko to, przed czym wstrzymywałam się od chwili jej śmierci. To, co wyparłam ze świadomości jeszcze przed jej pogrzebem.
Potrzebowałam jej.
Potrzebowałam jej jak powietrza. Przesuwając palcami po uwiecznionych na papierze puklach jej blond włosów, poczułam, jak część mnie znowu umierała.
Wcześniej miałam świadomość, że jest. Nawet gdy byłam na nią tak strasznie zła, gdy gniew przesłonił mi racjonalne myślenie, wiedziałam, że ona gdzieś tam jest. Sama ta świadomość pozwalała mi żyć. Miałam na kogo być wściekłą tak, jak teraz nie miałam kogo kochać.
Nie było jej i największą ironią było to, że znałam sobie sprawę z tego jak jej potrzebowałam w momencie, gdy już niczego nie mogłam zrobić. Niczego zmienić, na nic ni miałam wpływu. Mogłam jedynie żałować i błagać o wybaczenie ją, Boga i samą siebie.

 - Jestem w tobie zakochany, Collis – szepnął i przymknął powieki. Było widać, że mówienie sprawiało mu ból. – Bądź szczęśliwa i nigdy nie patrz w dół, obiecaj mi.

- Mamo, to boli – wydusiłam pomiędzy spazmami płaczu, zaciskając palce na materiale jej ubrania.
- Wiem, skarbie – szepnęła głaszcząc mnie po głowie kojącym gestem. – Ale rób zgodnie ze swoim sercem. Bądź szczęśliwa.

- Nie mogę być szczęśliwa bez was! – krzyknęłam i po raz pierwszy od czasu rozmowy z tatą, wybuchłam płaczem.
Chwilę później jak rozbiłam kubek o podłogę, do pokoju wpadł przerażony blondyn, rozglądając się na przyczyną hałasu. Złapał moje ręce tuż przed tym, jak rzuciłam wszystko z szafki, chroniąc tym samym szklane ramki z naszymi zdjęciami.
Powoli poprowadził mnie do łóżka, sadzając na nim i sam zajął miejsce tuż obok. Objął mnie do siebie, głaszcząc po plecach w geście, który kiedyś przynosił ukojenie. Teraz zadawał tylko ból. Przypominał o tych wielu momentach, kiedy to mama siedziała na jego miejscu i starała się mnie pocieszyć.
A mnie przy niej było. Nie było mnie, gdy mnie potrzebowała, gdy potrzebowała oparcia. Nie było przy niej jej jedynego dziecka, jedynej osoby, z którą mieszkała, dzieliła swoje życie. Osoby, której oddała wszystko co miała najcenniejszego.
Zacisnęłam palce na koszulce chłopaka, nie wiedząc czy bardziej chcę go przytulić, czy odepchnąć i krzyknęłam wciskając twarz w jego tors. Poczułam jak jego ręce zaciskają się czule na moim ciele, przyciągając mnie do siebie.
A ja krzyczałam. Krzyczałam i płakałam na zmianę. Płakałam, bo nie robiłam tego na pogrzebie. Płakałam, bo przez te wszystkie dni dusiłam to głęboko w sobie. Płakałam, bo nie potrafiłam inaczej.
Płakałam, bo sobie po prostu nie radziłam.
W jednej chwili mój świat odwrócił się o 180 stopni i runął, rozbijając się na milion części. Moje życie od roku było dalekie od idealnego. Było pełne bólu, nienawiści i niezrozumienia. A kiedy wszystko wyszło na prostą, kiedy wszystko było tak jak dawniej, wszystko legło w gruzach.
I nie mogłam nawet powiedzieć, że ją kocham.
Płakałam, bo stałam się człowiekiem, o jakiego oskarżałam własną matkę. Człowiekiem, którego za wszelką cenę starałam się znienawidzić. Zimnym, wyrachowanym, bezczelnym i krnąbrnym. Kimś, kto w moim odczuciu nie zasługiwał na szczęście.
Płakałam, bo się myliłam. Wszystko co uważałam za prawdę, było fikcją, a co było dla mnie niemożliwe, okazało się rzeczywiste. Życie, które przedzieliła gruba linia z napisem rozwód, było różne po obu stronach przeze mnie. Spieprzyłam ostatni rok życia nie tylko sobie, lecz także swoim bliskim.
Ostatni rok życia mamy.
Chciałam umrzeć. Obok mamy, na kanapie z którą łączyło się tak wiele naszych wspólnych wspomnień. Chciałam zasnąć i nigdy więcej się nie obudzić, nie musieć żyć z tym brzemieniem poczucia winy, które z każdą chwilą rosło w siłę.
Chciałam umrzeć zamiast niej. Chciałam zabrać z niej chorobę i sama znieść jej konsekwencje. Tak byłoby uczciwiej. Ona była zbyt dobra, aby przytrafiło się jej coś tak bezdusznego, wręcz barbarzyńskiego. Gdybym mogła, obwiniałabym za to Boga, lecz wiedziałam, że to nie była jego wina. Mogłam jedynie wyklinać tego drugiego, który sprowadził śmierć i choroby na cały ród ludzki.
Jednakże nie mogłam cofnąć czasu. Nie mogłam zabrać choroby z mamy. Mogłam jedynie przy niej być, jak na dobrą córkę przystało. Lecz i tego nie zrobiłam i przez to czułam się jeszcze gorzej. Nie dość, że kobieta, która była moją podporą przez 16 lat, odeszła i już nigdy nie wróci, musiałam jeszcze znieść fakt, że ostatni rok jej życia zmarnowałam nam obu.
I nawet obecność Alexa obok nie zmieniała tego, jak wielkie czułam wyrzuty sumienia. Wręcz przeciwnie, czułam się jeszcze podlej. Ja miałam obok osobę, którą kochałam i która kochała mnie. Mogłam założyć rodzinę i miałam choć cień nadziei i możliwości na szczęśliwe życie. Miałam to, czego moja mama już nigdy nie zaznała. Była młoda, nigdy nie zobaczyła swoich wnuków, nigdy nie zobaczyła ślubu swojego jedynego dziecka. Już nigdy nie mogła wysłuchać moich problemów i mi mądrze doradzić. Jej życie zostało odebrane nie tylko jej samej, lecz wszystkim, który byli przy niej, czy też dookoła.
Wybuchłam głośnym, spazmatycznym płaczem, wtulając się mocniej w ramiona ukochanego. Gdzie była sprawiedliwość na tym świecie? Kobieta, która była wręcz uosobieniem anielskiej niewinności, miłości i ciepła umarła, a ludzie, którzy popełnili rzeczy niewybaczalne, żyli, oddychali i czuli. Nawet ja, mimo tego jak bardzo ją raniłam, jak bardzo raniłam tatę, jak bardzo raniłam siebie, wciąż mogłam chodzić, myśleć i czuć. Mogłam żyć, w czasie, kiedy mój świat zawalił się z chwilą śmierci najwspanialszego anioła Bożego.
Boże, wybacz mi, bo przeżyłam.

2 komentarze: