wtorek, 4 września 2012

Rozdział 20


Przez dwa dni chodziłam jak nakręcona, a humor zmieniał mi się gorzej niż w kalejdoskopie, przez co w domu wszyscy usuwali mi się z drogi. Oczywiście, wszyscy oprócz Alexa.
Cały czas byłam na niego zła za to, że nie skonsultował ze mną daty wylotu. I w taki sposób latałam między szkołą, sklepami, a domem, próbując wszystko uporządkować przed wyjazdem.
Dom był w totalnym nieporządku. Ubrania latały na wszystkie strony, a nawet jak już się je posprzątało, po chwili znowu sytuacja się powtarzała. To pakowałam, to rozpakowywałam walizkę, aby ponownie spakować chociaż w większej mierze to samo.
- Nie przejmuj się tak. Jedziesz do rodziny, a nie na Hawaje – powtarzał z czułym uśmiechem Alexander.
Jednakże on niczego nie rozumiał! Musiałam spakować się perfekcyjnie, aby nie musieć o nic prosić mamy. Nie to, że by mi nie dała. Po prostu jakaś durny, dumny głos mi tak szeptał w głowie, a ja nie potrafiłam go odepchnąć.
Pewnie dlatego rozpakowałam walizkę piąty raz z rzędu i siedziałam nieporadnie wśród góry zmiętych ubrań. Podciągnęłam kolana pod brodę i zaczęłam bujać się na boki ze zmarnowaną miną.
Nie spakuję się i nie pojadę, krzyczałam w myślach, zalewając się przy tym mentalnymi łzami, które zaczynały powoli przybierać fizyczny kształt.
Gdy klucz przekręcił się w zamku, nie musiałam podnosić głowy, aby wiedzieć kto się przedziera przez pokłady mojej rozrzuconej garderoby. Stukot obcasów był niemalże całkowicie stłumiony przez materiały spoczywające na podłodze.
- Tornado tutaj przeszło? – jęknęła szatynka zsuwając botki ze stóp.
Ściągnęła wargi w uroczy dzióbek, trzymając kurtkę w ręce, którą ostatecznie rzuciła na pokłady ubrań, które walały się po całym salonie. Wolnym krokiem ruszyła w moją stronę, starając się przy tym zdeptać jak najmniejszą liczbę rzeczy, co z pewnością było wyczynem.
Kiedy podeszła do mnie, nic nie powiedziała. Po prostu usiadła za mną i objęła mnie ,wyciągając telefon. Spojrzałam na wyświetlacz i zmarszczyłam delikatnie brwi, patrząc na to, co przyjaciółka robiła. Dopiero po chwili zrozumiałam.
- Przez cały weekend ma być zimno w Dover – odparła opierając brodę na moim ramieniu.
Przytaknęłam delikatnie głową, patrząc na pogodę i temperaturę, którą wskazywał telefon. Przygryzłam wargę w zamyśleniu. Od razu przejrzałam w głowie całą swoją garderobę, przeszukując czegoś odpowiedniego na tę pogodę i zanim skończyłam, poczułam jak dziewczyna za mną się podnosi.
Z jej pomocą spakowanie się zajęło mi raptem dwie godziny. Fakt, że po kilka razy zastanawiałyśmy się nad tym czy dana rzecz jest mi rzeczywiście potrzebna, ale skutek był satysfakcjonujący. Kilka podkoszulków i bluzek, do tego trzy swetry różnego rodzaju i dwie pary spodni. Oczywiście o bieliźnie nie zapomniałam, lecz to Eli pozwoliła mi dobrać sama.
Na sam koniec poszły kosmetyki i tutaj żadna z nas nie szła na ustępstwa. Było ich tak wiele, że wahałyśmy się, czy nie wziąć na nie mniejszej walizeczki, lecz jakimś cudem je upchnęłyśmy razem z ubraniami.
Do torebki oprócz oczywistych rzeczy pierwszej potrzeby jak portfel i… takie tam kobiece sprawy, dorzuciłyśmy ładowarkę, abym jej przypadkiem nie zgubiła w wielkiej walizce. A oprócz tego leki itp.
Miałam nadzieję, że bagaż nie przekroczył maksymalnej wagi - 35 kilo, lecz po postawieniu walizki na wadze odetchnęłyśmy z ulgą. Miałyśmy jeszcze dwa kilo zapasu.
Do wylotu zostało nam jeszcze kilka godzin, a ja nie wiedziałam co miałam ze sobą zrobić. Pewnie dlatego ostatecznie wylądowałam z Eli w kuchni, robiąc obiad. Fakt, że miała go robić z Joshem, w niczym nam nie przeszkodził – chłopak musiał pomóc Alexowi w księgarni, ogarnąć wszystko przed odlotem.
Czułam się, jakbyśmy jechali na kilka tygodni, a nie dni. Oraz jakby on się bardziej przejmował wizytą u moich rodziców niż ja, chociaż może właśnie i tak było. Tego nie wie nikt.
Nic nie mogło przebić tortilli Josha, która cały czas za mną chodziła, przez co męczyłam przyjaciela, aby zrobił ją jeszcze raz. Jednakże nasza chińszczyzna też wyszła całkiem smaczna, przynajmniej tak nam się wydawało.
Chociaż jak reszta domowników (wygłodniałych!) zleciała się do kuchni, to po obiedzie nie było śladu – może więc faktycznie było to dobre. A może po prostu byli zbyt głodni i nawet nie czuli smaku tego co jedli?
Zdecydowanie wolałyśmy wersję, że po prostu im smakowało. Czego sami też się zaciekle trzymali. Ich szczęście.
Po obiedzie, Alex zabrał się za zmywanie mimo moich oporów. Chciałam się czymś zająć, aby nie czuć tego dziwnego stanu bezużyteczności. Sprawdziłam kilka razy, czy wzięłam klucze do mieszkania w Dover i wzięłam telefon do ręki.
Zadzwoniłam do Nate’a, później do Lany i Lily, na koniec rozmawiając jeszcze z Dexem. Dzięki tym rozmowom, godzina przebiegła między palcami, choć może bardziej między wargami.
Gdy godzina wyjazdu była coraz bliżej, denerwowałam się coraz bardziej. Poprawiałam kanapę, przekładałam rzeczy i sprzątałam. W pewnym momencie Amy objęła mnie od tyłu i posadziła na miejscu, próbując uspokoić.
Już po chwili zapomniałam o zdenerwowaniu, całkowicie angażując się w rozmowę z nią i niedługo później zaczęłyśmy się śmiać tak głośno, że nawet reszta domowników zaczęła do nas spoglądać.
Nie spostrzegłyśmy się jak szybko minął czas i pora podróży zaskoczyła nas jak złodziej. Podczas gdy Alex wynosił walizki i pakował je do samochodu, żegnałam się czule z przyjaciółmi, a już chwilę później siedziałam na miejscu obok kierowcy jadąc na lotnisko.


* * *

Przejeżdżając przez miasto, spoglądałam na zachód słońca. Był on niemalże tak samo malowniczy jak kilka dni wcześniej z Nathanem. Pomarańczowa łuna otulała budynki, niczym skrzydła kochającej matki.
Uśmiechnęłam się nieznacznie na tę myśl i oparłam czoło o szybę samochodową, przypominając sobie czułość mamy.

Siedziałam skulona w rogu pokoju i patrzyłam pustym wzrokiem na swoje dłonie. Paznokcie były obgryzione, a palce poranione od wiecznego wspinania się po drzewach. Nożyczki rzucone metr ode mnie razem z połową ściętego warkocza wydawały się nadzwyczaj smutne.
Po chwili drzwi pokoju się otworzyły, a po chwili zajrzała do środka blond głowa. Zielone oczy matki spoglądały na mnie z początku zaskoczone, a później z odmalowaną troską.
Weszła do środka, zamykając za sobą drzwi i wolnym krokiem ruszyła w moją stronę. Niczego nie mówiła i ja też nie wyrywałam się z rozmową. Wsunęłam zniszczone dłonie pod uda w momencie, gdy kobieta usiadła tuż obok mnie.
Poczułam jak delikatnie mnie przesunęła i wzięła do ręki nożyczki. Nie myślałam o tym, co chciała zrobić. Nie myślałam o niczym. Tak było łatwiej, nie myślenie o tym bólu i pustce w sercu.
Mama wzięła w dłoń moje włosy i po chwili wyrównała w milczeniu moje dzieło. Gdy skończyła, przeczesała palcami moje zdecydowanie krótsze, blond włosy, które sięgały ramion i przesunęła opuszkami palców po rękach.
Nie musiała niczego mówić, sama jej obecność była krzepiąca i kojąca. Odwróciłam się i wtuliłam w nią mocno, czując jak ciałem zaczął wstrząsać dreszcz. Łzy cisnęły się do oczu, a po chwili spływały strumieniami w dół policzków.
Jej otulające mnie ramiona sprawiały, że przestawałam się powstrzymywać. Zapłakałam głośno, wtulając twarz w bluzkę swojej rodzicielki. Czułam się tak, jakby wszystko legło w gruzach.
- Mamo, to boli – wydusiłam pomiędzy spazmami płaczu, zaciskając palce na materiale jej ubrania.
- Wiem, skarbie – szepnęła głaszcząc mnie po głowie kojącym gestem. – Ale rób zgodnie ze swoim sercem. Bądź szczęśliwa.
Później jeszcze przez długi czas tak siedziałyśmy na podłodze, wtulone w siebie. Długo po tym jak przestałam płakać i pewnie jeszcze sporo czasu po tym, jak zamknęłam powieki i odpłynęłam w sen.

Westchnęłam cichutko i odgoniłam łzy spod powiek. Doskonale pamiętałam tamtą sytuację. To był moment, w którym zrozumiałam swoje uczucia do Maxa i podjęłam decyzję, że nie mogły one wpłynąć na naszą przyjaźń. W geście pogardy do samej siebie za to, ścięłam włosy.
Byłam głupia, że mu tego nie powiedziałam, jednakże nigdy, aż do jego śmierci, nie miałam całkowitej pewności, co do mnie czuł. Jedynie przeczucia i domysły. A to było za mało, aby wystawić na próbę naszą przyjaźń.
Odchyliłam głowę i przymknęłam powieki, wsłuchując się w piosenkę Taylor Swift – I knew you were trouble i wyobraziłam sobie, że te słowa Max powinien kierować w moją stronę. Gdyby nie ja, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej.
Spojrzałam na blondyna, który siedział obok i przygryzłam delikatnie wargę Nie wiedziałam czy dobrze robiłam, dopuszczając go do siebie. Nie wiedziałam, czy potrafiłam być z nim całkowicie szczera i fair wobec niego. Fakt, wiedział o moich uczuciach do Maxa i mówił, że to rozumiał, lecz czy rzeczywiście tak było? Nie wiedziałam czy uczciwe było spotykanie się z szatynem w swoich snach.
Jednakże tak było i musiałam wybaczyć to samej sobie. Nie mogłam zmusić Alexa do zrozumienia tego, co się działo, ale musiałam wybaczyć to samej sobie, byłam to sobie winna.
Gdy dojechaliśmy na lotnisko i chłopak zaparkował na parkingu, wysiedliśmy z samolotu. Było już koło 23, a zmęczenie dawało się we znaki. Pewnie dlatego też wzięło mnie na sentymentalne wspominki.
Przewiesiłam torbę przez ramię, rozglądając się dookoła. Podeszłam do bagażnika i położyłam dłoń na rączce walizki, lecz zaraz chłopak ją z niej ściągnął i sam zabrał walizki.
Pokręciłam głową z rozbawieniem patrząc na blondyna i ruszyłam za nim wolnym krokiem. Po oddaniu bagażu i przejściu przez bramkę oraz obmacaniu nas przez ochroniarza – dobrze, że to nie była kobieta, bo chyba bym jej coś zrobiła za dotykanie TAK Alexa – weszliśmy na pokład samolotu.
Usiadłam na swoim miejscu przy oknie i zasłoniłam usta dłonią, próbując stłumić ziewnięcie. Poczułam jak dłoń ukochanego delikatnie ujmuje moją i spojrzałam na niego z uroczym, zaspanym uśmieszkiem.
- Prześpij się, skarbie. Przed nami kilka godzin lotu – odparł z tym swoim ciepłym wyrazem twarzy.
Skinęłam posłusznie głową i oparłam ją o ramię chłopaka z nieznacznym, sennym uśmiechem. Poczułam jak ramię blondyna mnie otula i przyciąga do siebie w czułym geście. Opuszki jego palców delikatnie wyznaczały kręte ścieżki na moim ramieniu, wywołując cichutki pomruk.
Przymknęłam powieki, wsłuchując się w równomierne bicie jego serca i ciepły oddech otulający mój policzek. Jego bliskość sprawiała, że czułam się całkowicie bezpieczna i niczym nie zagrożona. Tak, jak nie czułam się przed wyjazdem z piekła, do którego właśnie wracaliśmy.


* * *

Świetlówka szybko mrugała, dodatkowo wprawiając mnie w nerwowy nastrój. Tak jakbyśmy już nie mieli wystarczającej ilości nerwów.
Palce drżały mi ze zdenerwowania, a myśli krążyły od jednego, do drugiej czarnego scenariusza. Nie wiedziałam jakim cudem jeszcze nie wybuchłam spazmatycznym płaczem, choć głowa już i tak wystarczająco bolała.
Biel ścian była wręcz przytłaczająca, nie wspominając o ostrym zapachu środków do dezynfekcji. Żołądek podchodził mi do gardła i chyba jedynie nerwy utrzymywały jego zawartość wewnątrz mnie.
I ta pieprzona świetlówka!
Tata przechadzał się od kąta w kąt, a echo jego kroków rozbrzmiewało jeszcze przez długi czas w mojej głowie.
Nienawidziłam szpitali. Nienawidziłam ich tak bardzo, jak tylko człowiek może nienawidzić. Kojarzyły mi się z bólem, cierpieniem i śmiercią. Kojarzyły mi się z Maxem. Poczułam jak do powiek cisnęły się łzy.
Max umarł raptem rok wcześniej, nie mogłam stracić mamy. Poczułam jak moim ciałem wstrząsnął dreszcz tak silny, że nawet ojciec zwrócił na mnie uwagę. Spojrzałam na niego wilgotnymi oczami i rozchyliłam wargi, chcąc coś powiedzieć, lecz przez chwilę nie wyszedł spomiędzy nich żaden dźwięk.
- Tatusiu… - szepnęłam łamiącym się głosem i widziałam w jego oczach, że rozumiał co chciałam powiedzieć. Jego ciało zesztywniało i patrzył na mnie jakby sam próbował się nie rozpłakać. – … mamusia nie umrze, prawda? – wydusiłam w końcu i zadrżałam.
Po chwili pochwycił mnie w ramiona, głaszcząc kojącym gestem i dopiero wtedy poczułam jak sam drżał. Słyszałam jak kilka razy brał głęboki oddech, jakby chciał coś powiedzieć i wypuszczał powietrze, rezygnując z tego.
Tata doskonale wiedział co przeżyłam po śmierci Maxa. Nie przeżyłabym tego po raz drugi, nie w tak krótkim odstępie czasu. Nie w ogóle.
Mamusia nie mogła umrzeć. Po prostu nie mogła, nie miała takiego prawa, niczym sobie na to nie zasłużyła. Nie była na to gotowa. JA nie byłam na to gotowa. Nikt nie był. Nie pozbierałam się jeszcze po odejściu Maxa, nie mogłam żegnać już kolejnej osoby, tak ważnej w moim życiu.
Gdy mama zemdlała w galerii, wszystkie złe myśli przeleciały mi przed oczami. Stanął mi obraz umierającego szatyna i wpadłam w panikę tak ogromną, że nie byłam w stanie mamie pomóc. I to mnie dobijało jeszcze bardziej.
Może gdybym coś zrobiła, cokolwiek, nie wylądowałaby w szpitalu. Może gdybym nie zaczęła panikować, zwracając uwagę na siebie, zamiast na mamę, wszystko potoczyłoby się inaczej. I znowu wszystko spieprzyłam. Tak, jak rok wcześniej z Maxem.
Przygryzłam palec i rozpłakałam się niczym dziecko, wtulona w tatę. Poczucie winy nie dawało mi spokoju i ciągle podszeptywało jedno zdanie, które rozbrzmiewało w mojej głowie echem.
To twoja wina.
- To moja wina – szepnęłam pomiędzy spazmami płaczu.
- Kochanie, to nie… - zaczął tata, lecz w tym samym momencie lekarz zawołał go do siebie.
Czas, który spędziłam samotnie na korytarzu, trwał chyba wieczność. Niewiele brakowało, a zaczęłabym wyrywać sobie włosy z nerwów. Byłam zmęczona płaczem i jednocześnie bliska kolejnego wybuchu. Od kilku godzin byliśmy w szpitalu, a nikt nie chciał nam nic powiedzieć. Nikt nie chciał mi nic powiedzieć.
I tym samym dawali pożywkę temu głupiemu głosowi w mojej głowie, obwiniającemu mnie za to wszystko. Choć w sumie i miał rację. Gdyby nie ja, wszystko mogłoby się potoczyć inaczej.
Gdy tata wyszedł z gabinetu lekarskiego, miałam wrażenie, że był o wiele bardziej blady niż w momencie, gdy do niego wchodził. Podszedł do mnie powoli, jakby zrezygnowany i przez myśl przeszła mi najgorsza rzecz. Coś poszło nie tak i mama nie żyje.
Rozchyliłam wargi i spojrzałam na niego z niemym błaganiem o to, aby nie było tak źle jak myślałam. Zawsze rozumiałam się z tatą bez słów i nie miałam wątpliwości – zrozumiał. Potrząsnął głową, pokazując, że mama żyje i przytulił mnie mocno do siebie.
- To nie twoja wina – szepnął wtulając twarz w moje włosy.
I nie wiedziałam, że powiedział to, aby uciszyć moje wyrzuty sumienia, czy dlatego, że dowiedział się od lekarza czegoś na temat stanu mamy. Miałam nadzieję, że nie było to tak złe, jak myślałam.

Obudziłam się niemalże zrywając z fotela, czym obudziłam blondyna, który widocznie zdążył usnąć. Wtuliłam się w niego i starłam wilgoć z policzków. Dawno już nie płakałam przez sen.
Chłopak objął mnie, głaszcząc kojąco po plecach i miałam wrażenie, że ponownie usnął, jednakże gdy stewardessa  ogłosiła to, że zaraz lądujemy, wydawał się całkiem rozbudzony.
Przeciągnęłam się leniwie i potarłam zmęczone powieki, tłumiąc przy tym ziewnięcie. Wtuliłam się w ukochanego i musnęłam czule jego wargi, uśmiechając się do niego delikatnie. Nie chciałam pamiętać o wydarzeniach sprzed dwóch lat.
Fakt był jeden. Nawet wtedy mama nie wyglądała tak źle, jak w dobie obecnej. I pewnie dlatego po moim ciele przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Skoro teraz mama wyglądała gorzej niż podczas tamtego pobytu w szpitalu, to jak bardzo źle z nią było?
W czasie gdy samolot kołował na swoim pasie, zastanawiałam się, czy mama będzie spała, gdy wejdziemy do domu. W sumie byłoby dziwnie, gdybyśmy przyszli, a ona biegałaby po domu owinięta jedynie ręcznikiem.
I z jakiejś niewyjaśnionej przyczyny, ta myśl wywołała uśmiech na mojej twarzy. Może i byłoby to niezręczne, jednakże jednocześnie bardzo… normalne. Tak, jakby ostatni rok nie miał miejsca. Jakby te wszystkie przykre słowa nie padły, a dystans między nami nigdy nie zaistniał. Tak, jak powinno być.
Kiedy wysiedliśmy z samolotu, pierwsze promienie słońca przebijały się między budynkami. Nocne niebo rozjaśniała pomarańczowa łuna, wlewając nutkę optymizmu w nadchodzący poranek. Dzień budził się do życia, a wraz z nim, początek wizyty w piekle.

2 komentarze: