sobota, 8 września 2012

Rozdział 16


Spojrzałam w te ciepłe, znajome zielone oczy i przygryzłam wargę dopiero teraz zauważając ten szczegół. Mieli identyczne oczy. Tak samo czułe i barwy niemalże płynnej, żywej zieleni.
- Alex – sapnęłam i zatoczyłam się do tyłu. Pewnie gdyby nie jego silne ramiona, wylądowałabym na ścieżce, a ta nie wyglądała na zbyt miękką. – Co ty tutaj robisz?
- To długa historia – szepnął i spojrzał na mnie zmartwiony, na co jedynie przygryzłam dolną wargę czując się winna i zawstydzona. – Nie osądzam cię – dodał po chwili i przesunął opuszkami palców po moim ramieniu, wywołując ten dobrze znany dreszcz.
Spojrzałam na niego zapłakanymi oczami i poczułam jak słowa ugrzęzły mi w piersi. On mnie rozumiał. Wiedział co czułam, co chciałam. Wiedział czego potrzebowałam.
Tak jak Max.
Warga mi zadrżała, a kiedy otoczył mnie ramionami, coś we mnie pękło, po raz kolejny dzisiejszego dnia i zaczęłam płakać wtulona w niego.
Tylko tym razem nie płakałam z żałości, gniewu, desperacji czy też bezsilności. Nie krzyczałam Dlaczego?! i nie rzucałam się w agonii przez te wszystkie wydarzenia, które miały miejsce w ciągu tych lat.
Płakałam, bo go odnalazłam. I nie wiedziałam czy to było dobre, czy złe. Chyba było to po równi czymś szczęśliwym tak jak i żałosnym odkryciem najmroczniejszych sekretów.
Blondyn o nic nie pytał. Przytulił mnie do swojego boku, gdy już się uspokoiłam i zaczął powoli zmierzać do miejsca, z którego przyszłam. Kilka metrów wcześniej spojrzał na mnie, a ja uniosłam ku niemu swoją twarz. Poczułam na policzkach delikatne muśnięcie jego palców, które ścierały rozmazany makijaż z rozpalonej płaczem skóry.
- Jesteś piękna – szepnął i złożył delikatny pocałunek na moim czole.
Wtuliłam się w niego roztrzęsiona i przymknęłam powieki potwornie zmęczona. Zupełnie tak, jakbym dopiero teraz pozwoliła sobie na odpoczynek, na to aby zwolnić tempo i poczuć to, co kłębiło się gdzieś głęboko, wewnątrz mnie.
Kiedy doszliśmy do grobu Maxa, Eleein już stała na nogach i spoglądała na nas z niepewnością, jednakże kiedy dostrzegła iż nic mi nie jest, jej mięśnie widocznie się rozluźniły, a spomiędzy warg wyszło ciche westchnienie.
- Alex, to jest Eleein. Eleein, to jest Alex – przedstawiłam ich sobie, a oni natomiast wymienili krótki uścisk dłoni.
Wzięłam głęboki oddech, próbując nie zadrżeć i przymknęłam zmęczone powieki, walcząc z ogarniającą mnie sennością.
- Alex, to jest Max. Max, to jest Alex – wymruczałam sennie, a następnie poczułam jak mięśnie się rozluźniają, a mnie otuliła ciemność.


* * *

Obudziłam się nad ranem, wraz z pierwszymi promieniami słońca. Zamrugałam leniwie zaspanymi powiekami i się rozejrzałam, próbując odnaleźć w zaistniałej sytuacji.
Przede mną cały czas był grób Maxa i w jakiś niewyjaśniony sposób czułam się lepiej przy nim. Następną rzeczą jaką zauważyłam to to, że siedziałam między czyimiś nogami, opierając się plecami o czyjś tors. Był płaski, z zarysem silnych mięśni. Dłonie tej osoby spoczywały delikatnie na moim brzuchu tym znajomym, wyważonym ciężarem.
Alex.
No tak, pojawił się znikąd niczym zjawa, bądź duch. Jednakże był tutaj potrzebny, bardzo potrzebny, a uświadomiłam to sobie dopiero w momencie, gdy tutaj przyjechał.
Byliśmy przykryci kocem, a dookoła nie było żadnego śladu Eleein. Widocznie w nocy przyniosła koc i składany leżaczek, na którym opierał się chłopak.
Tak, to musiało wyglądać jak całkowita profanacja. Leżakowanie przy grobie i to chłopak z dziewczyną razem. Urocze miejsce na randkę, czyż nie?
Poruszyłam się delikatnie i usłyszałam głęboki pomruk za moimi plecami. Przymrużyłam powieki niepewnie i znowu się poruszyłam tylko trochę wolniej, a odgłos tym razem był przeciągły.
Odchyliłam delikatnie głowę i w tej samej chwili poczułam na szyi delikatne muśnięcie warg chłopaka, co wyrwało cichy pomruk z mojej strony.
- Też za tobą tęskniłem, ale może nie na cmentarzu, hmmm? – spytał zadziornie, a ja poczułam jak policzki oblewają mi się czerwonymi rumieńcami.
Skinęłam delikatnie głową i więc już nic nie powiedział. Położyłam delikatnie dłonie na jego rękach i patrzyłam na grób Maxa w zamyśleniu, wyszukując podobieństw między nim, a Alexem.
Czułam się całkowicie nie fair i to wobec jednego równie mocno jak i drugiego. Uczucie, że zdradzam Maxa było przytłaczające tak samo jak i wrażenie okłamywania Alexa. To było totalnie popieprzone.
Przygryzłam dolną wargę przyglądając się jak promienie słońca odbijają się od płyty nagrobnej, nieznacznie ją rozjaśniając.
Czy mogłam pokochać Alexa i żyć ze sobą w zgodzie? Cholera, czy ja już nie pokochałam Alexa?
Przełknęłam ślinę czując nieprzyjemne uczucie w żołądku tak, jakbym zaraz miała zwrócić wczorajsze śniadanie. A może to było z głodu, ponieważ wczoraj zjadłam tylko śniadanie.
- Jesteś do niego podobny – szepnęłam w końcu i przymknęłam zmęczone powieki, mając dość walki z samą sobą, niezrozumiałymi uczuciami oraz wewnętrznymi blokadami.
- Opowiedz mi o nim – zachęcił blondyn, a ja wciągnęłam głośno powietrze, nie wiedząc od czego zacząć.
- Był dwa lata starszy – powiedziałam, zatapiając się bardziej w ramionach chłopaka. – Znaliśmy się odkąd miałam siedem lat. Był pierwszym chłopakiem, który podzielił się ze mną autkami, wiesz? – spytałam i chicho zachichotałam na tamto wspomnienie. – Chyba w tamtej chwili mi się spodobał, ponieważ był inni niż wszyscy. Mieszkał w sąsiedztwie i później zaczął mnie odwiedzać. No wiesz, pytał o autka i tak dalej. Bardzo szybko się do siebie zbliżyliśmy – odparłam i przymknęłam powieki walcząc z napływającą falą łez.
Przez oczami stanął mi obraz dziewięcioletniego Maxa z rozczochranymi czekoladowymi włosami i ciepłym spojrzeniem szmaragdowych oczu. Był pięknym dzieckiem tak jak i później cudownym chłopakiem.
- Byliśmy naprawdę blisko, jak najlepsi przyjaciele. Tylko, że ja byłam w nim zakochana, a on był zakochany we mnie. Jednakże nigdy sobie tego nie powiedzieliśmy – szepnęłam łamiącym się głosem i zadrżałam żałośnie. – Nigdy do chwili jego śmierci.
Poczułam jak ciało Alexa się napięło, jednakże nie naciskał i byłam mu za to wdzięczna. Wzięłam kilka głębokich oddechów, próbując się uspokoić. Tak naprawdę nigdy nikomu nie opowiadałam swojej historii z szatynem.
- Robiliśmy wiele szalonych rzeczy. On był idealny, piękny, o złotym sercu i niesamowitym charakterze. Mógł mieć każdą dziewczynę w swoim wieku, a nawet i te starsze. A mimo to cały czas był przy mnie – mówiłam przełykając głośno ślinę i zacisnęłam palce na dłoniach blondyna. – Przez dziewięć lat przeszłam przez wszystkie etapy, wiesz? Od dziecięcego zauroczenia, przez szczeniackie zafascynowanie, aż to prawdziwej miłości. Może i miałam tylko czternaście lat, ale kochałam go tak strasznie mocno.. – szepnęłam i zaszlochałam, pozwalając dreszczom rozejść się po ciele.
Zacisnęłam powieki walcząc ze sobą, aby powiedzieć mu to, o czym musiał wiedzieć. Bałam się tego, ogromnie się bałam, że odejdzie, że pomyśli iż to totalnie, całkowicie chore. Że jestem wybrakowanym modelem, którego nie można naprawić. Jednakże musiałam mu o tym wszystkim powiedzieć.
- To były moje czternaste urodziny. Uprosiłam przyjaciela aby wpuścił mnie, Eleein i Maxa do klubu, a ten się zgodził. Impreza trwała w najlepsze. Oczywiście nie piliśmy, ale tańce, śmiechy, wiesz jak jest. Nigdy nie byłyśmy z Eśką w klubie, a ja chciałam się popisać. Mini, proste włosy, makijaż. Do tej pory nie wiem co mi strzeliło do tego pieprzonego łba – jęknęłam przygryzając mocno wargę i potrząsnęłam głową. – Jakiś koleś się przyczepił i zaczął ze mną tańczyć. Wszystko było okej, dopóki nie zaczął wsuwać dłoni pod sukienkę. Zaczęłam się szarpać, a Max stanął w mojej obronie – po tych słowach zakryłam usta dłonią aby nie wybuchnąć głośnym płaczem i dopiero po chwili byłam w stanie mówić dalej. – Latały pięści, a później znikąd pojawił się ten błysk… on… on nie miał żadnych szans. Nie wiem ile minęło czasu. Może godzina, może dwie. Jego ubranie było przesiąknięte krwią. Dla mnie to była wieczność. Przez trzy lata nie potrafię się po tym podnieść. Trzy lata męki i agonii po jego stracie – szeptałam czując spływające po policzkach łzy. – Nie chciałam aby tak cierpiał, nie chciałam aby w ogóle cierpiał… przez śmiercią powiedział, że mnie kocha… umarł gdy go pocałowałam….
- Umarł szczęśliwie, Vik – szepnął, a w jego głosie wyczułam ból i troskę. Mocniej objął mnie ramionami, a ja już dłużej nie potrafiłam powstrzymywać łez.
Odwróciłam się bokiem do niego i wtuliłam zapłakaną twarz w tors chłopaka, drżąc gorzej niż osika na wietrze. Spazmy płaczu targały moim ciałem, podczas gdy silne ramiona blondyna otulały mnie, grzejąc i wspierając.
- Nie chcę o nim zapomnieć. Nie chcę przestać go kochać – szepnęłam płacząc i zacisnęłam palce na jego koszulce tak, jakby miał zaraz uciec.
Blondyn nie odpowiadał przez dłuższy czas, a kiedy przestałam płakać, ujął mój podbródek zmuszając abym spojrzała mu w oczy. Zobaczyłam w nim troskę i… ciepło. Nie powinien być taki ciepły, skoro zaraz miał odejść. Nie powinien się uśmiechać.
- Vik, nie chcę abyś o nim zapomniała. Nie chcę aby stał się dla ciebie mniej ważny i nie zamierzam wskakiwać w jego miejsce – powiedział spokojnie, patrząc w moje oczy z tym czułym wyrazem odmalowanym na twarzy. – Rozumiem to co czujesz, skarbie. Nie chcę aby on zniknął. Jestem mu wdzięczny, za to jaki był dla ciebie i chcę się z nim dzielić twoimi uczuciami – szepnął, na co zareagowałam płaczem.
Wtuliłam się w niego płacząc. Jednakże już nie z przerażenia, bólu, tęsknoty czy jakichkolwiek innych uczuć tego pokroju. Płakałam ze szczęścia. Płakałam, bo rozumiał, bo … bo mimo to tutaj był.
- Dziękuję – szepnęłam płacząc i zarzuciłam ręce na jego szyję. – Nie masz pojęcia jak bardzo jesteście podobni….


* * *

W końcu opuściliśmy cmentarz. Idąc ze splecionymi palcami ulicami Dover czułam się niemalże na właściwym miejscu. Niemalże.
Kiedy doszliśmy pod budynek w którym kiedyś mieszkałam, wciągnęłam głęboko powietrze do płuc. Mama zapewne była w środku, albo latała po mieście załatwiając różne sprawy.
- Skoro Max umarł w twoją czternatskę, to urodziny były…
- Wczoraj – odparłam i wyciągnęłam pęk kluczy, który był schowany we wnętrzu żaby.
Miło wiedzieć, że są rzeczy, które się nie zmieniają nawet, gdy ludzie odchodzą. Tak jak chociażby miejsce chowania zapasowych kluczy.
Usłyszałam za sobą jak Alex wciąga głęboko powietrze do płuc, widocznie przetrawiając usłyszaną informację. Wsunęłam klucz do zamka otwierając tym samym drzwi do klatki schodowej.
- Nic nie powiedziałaś – szepnął przytrzymując ciężar abym mogła pierwsza wejść do środka.
- O nic nie pytałeś – odparłam wzruszając delikatnie ramionami i ruszyłam przodem ku górze.
Gdy weszliśmy do mieszkania, w nozdrza pierwsze co mnie uderzyło to zapach leków i środków czystości. Coś zdecydowanie było nie tak. Gdzie podział się delikatny aromat konwalii?
Mamy nie było w domu, jednakże w całym domu można było znaleźć różne leki, niemalże tak, jakby prowadziła małą aptekę. Najstraszniejsze było to, że większość była już do połowy pusta.
Zobaczyłam na kuchennym kalendarzu, że miała tego dnia wizytę u niejakiej dr. Wild więc w sumie nic dziwnego, że jej nie zastałam. Bardziej zastanawiało mnie to, że przy wielu dniach było Ch. Spotykała się z kimś? To byłoby dziwne.
Napisałam jej karteczkę, że byłam i tęsknię, którą pozostawiłam na kuchennym stole. ( Tak, nadal nie potrafiłam napisać, że ją kocham).
Po tym jak Alex dorwał się do mojego pokoju chyba przez godzinę próbowałam go z niego wyciągnąć, co ostatecznie udało mi się kilkoma szantażami i nieudanymi próbami protestów przeciw jego pocałunkom.
Gdy w końcu opuściliśmy mieszkanie, schowałam klucze tam, gdzie było ich miejsce, po czym udaliśmy się na pociąg.
- Wciąż mi nie powiedziałeś skąd się tutaj wziąłeś – odparłam kiedy zajęliśmy nasze miejsca w przedziale.
Z piersi chłopaka wydobył się głośny, niezadowolony jęk i odchylił on głowę, mierzwiąc leniwie swoje blond włosy w widocznym zamyśleniu. Próbował dobrać słowa. Cholera, miałam przekichane?
- Nate widział jak wybiegasz z domu i wsiadasz do jakiegoś obcego samochodu. Przyszedł do nas jak tylko usłyszał o tej akcji na parkingu, więc kiedy dodatkowo zobaczył cię w takiej sytuacji przestraszył się nie na żarty. Przybiegł do nas, a ja wsiadłem w samochód. Tak naprawdę dogoniłem cię na pierwszych światłach i pojechałem za wami na lotnisko. A później trzymałem się ciebie. Usłyszałem, że lecisz do domu, więc również kupiłem lot do Nowego Jorku. Na dworcu musiałem uważać, abyś mnie nie widziała. Na szczęście wiedziałem gdzie zmierzasz. W Dover myślałem, że się zgubię, lecz i z tym sobie szybko poradziłem – odparł wzruszając delikatnie ramionami i przygarnął mnie blisko, muskając wargami czubek głowy. – Ale nigdy więcej mi tego nie rób. Nie znikaj bez słowa.
Skinęłam posłusznie głową i wtuliłam się w niego mocno. Czułam się o niebo lepiej wiedząc, że nie był długo tak zatroskany, a jeszcze bardziej pomogła mi myśl, że się o mnie troszczył.
- Jesteś nienormalny. Sam nie wiedziałeś gdzie lecisz. Nie byłeś na to przygotowany – westchnęłam po chwili i spojrzałam na blondyna spod przymrużonych powiek.
- Ale ty wiedziałaś. To mi wystarczyło.


* * *

Po dotarciu na lotnisko znowu czułam się zmęczona. Za niedługo miało zacząć zmierzchać, a my jeszcze pakowaliśmy się na noc do samolotu.
Naprawdę nas pogięło.
Przynajmniej przez odlotem Alex zmusił mnie do zjedzenia czegoś na pozór kolacji w barze na obiekcie lotniska, za co byłam mu prawdziwie wdzięczna, ponieważ orzeszki w samolocie zdecydowanie nie mogły zatkać wielkiej dziury, którą w tamtym momencie był mój żołądek.
Lot minął nawet szybko. Trochę rozmawialiśmy, a kiedy byłam totalnie zmęczona oparłam się o chłopaka, który bawił się kojąco moimi włosami. Czułam się bezpiecznie i spokojnie, tak jak nie czułam się od dawna, zanim go poznałam.
Gdy największe zmęczenie minęło, zaczęliśmy grać w Zgadnij co widzę moim małym oczkiem, albo nadawać nazwy chmurom widzianym za oknem. Chociaż ta druga zabawa się skończyła, gdy nastała noc.
Gdy wysiedliśmy w San Diego, miło było rozprostować kości. Spojrzałam przelotem na Alexa z delikatnym uśmiechem i niepewnie ujęłam jego dłoń, splatając nasze palce razem.
- Wesołego Halloween – szepnęłam, na co chłopak się roześmiał jakby z niedowierzaniem.
Posłałam mu równie rozbawione spojrzenie i wyciągnęłam z kieszeni telefon, który był wyłączony od momentu aż wsiadłam na pokład w San Diego, dzień przed urodzinami.
Po włączeniu piekielnego urządzenia, zaczęłam przeglądać zaległości w nadziei, że nikomu nic się nie stało, ani świat się nie zawalił przez to, że kilka dni byłam poza zasięgiem.
3 wiadomości od mamy.
1 wiadomość od taty.
5 wiadomości od Eleein.
30 połączeń nieodebranych od przyjaciół.
4 połączenia nieodebrane od Alexa.
56 nieodebranych połączeń i 9 wiadomości od Taylora.

1 komentarz: